Выбрать главу

Wrogowie! Werbujcie mnie! Godzę się na wszystko!

Czemu milczycie?

Znów weryfikacje, sprawdziany, kontrole. Wykończyły mnie te wieczne weryfikacje.

Kontrolowanie zwerbowanych przez nas „przyjaciół” nie przysparza większych trudności. Wszyscy pozostają pod stałą obserwacją Służby Informacji GRU, która nie zna, oczywiście, ich nazwisk, życiorysów ani zajmowanych stanowisk.

Zagadnienia interesujące Akwarium bada się z wielu miejsc, nieraz oddalonych o tysiące kilometrów od śledzonego obiektu. Plany Sztabu Generalnego Bundeswehry rozpracowywano z Genewy, ale także z Tokio i z Nikozji. Żadne z tych źródeł nie podejrzewało istnienia innych, nie miało pojęcia, że ktoś je może dublować. Jeżeli dane otrzymane od jednego agenta odbiegają od pozostałych, to dowód, że coś z tym agentem nie gra. Pamiętacie mojego przyjaciela z targów genewskich? Może też być odwrotna sytuacja: coś niedobrego dzieje się u pozostałych agentów, na przykład dali się nabrać na dezinformację i tylko jedno źródło przesyła wiarygodne wiadomości. Tak czy owak, jeżeli z różnych krańców świata dociera identyczny aparat, który po skopiowaniu działa bez zarzutu i jest przydatny dla armii, to można się nie kłopotać, choćby nasz facet przeszedł na drugą stronę i był teraz podwójnym agentem. Nic wielkiego, niech tylko nadsyła odpowiednie materiały. Skoro policja gotowa jest zapłacić taką cenę za złudzenie rozgrywki z GRU — niech płaci. Takie podarunki przyjmujemy z otwartymi ramionami. Gdy tylko okaże się, że prezenty zaczynają się psuć i zalatywać zapaszkiem, bardzo prędko to zasygnalizuje Służba Informacji.

Akwarium sprawdza nie tylko przyjaciół, sprawdza również nas, nie daje nam spokoju, czepia się, stosuje prowokację. Przez wszystkie lata nauki i pracy nieraz miałem okazję zakosztować tych sztuczek. Stale niepokoi ich jedno: jak też tym razem zareaguję? Ja zaś reaguję zawsze jak trzeba: niezwłocznie składam dowódcy wyczerpujący raport o wszystkim, co się przytrafiło mnie albo moim kolegom. Zobaczę w lesie kumpla — zaraz lecę zameldować. Jeżeli nic mu się nie stało, znaczy że był w lesie na operacji, a może umyślnie go tam skierowano, by dowódca mógł skontrolować, czy go zauważę, czy zamelduję na czas. Nieustannie sprawdzają: kogo wolę — Akwarium czy przyjaciela? Jasne, że Akwarium. Spróbuj tylko nie zameldować! A jeżeli to kontrola? Koniec zabawy, trafisz na konwejer.

Muszę przyznać, że ostatnimi czasy zaczęto mi bardziej ufać. Teraz sam biorę udział w sprawdzaniu innych. Również dziś. Czarna noc, samochód porzucony daleko z tyłu, człapię w ciemności po kałużach. Nogi mi przemokły, trzęsę się z zimna. Jak tylko wrócę do domu, naleję wannę gorącej wody, polezę z godzinkę, wygrzeję się.

W kieszeni mam niewielką paczuszkę, a w niej Biblię. Mała książeczka, wydrukowana na cieniutkim papierze. To te różne stowarzyszenia religijne specjalnie tak wydają, żeby łatwiej było przewozić do Związku. Biblię włożę do skrzynki na listy Wowki Fomiczewa. Wowka to pomocnik attache wojskowego, a więc nasz chłop, z Akwarium, od niedawna w rezydenturze. Nie wiem, czy się domyśla, że Akwarium podkłada mu ostatnio całą serię świństw. Teraz też idę do niego w tym celu.

Jutro rano wyciągnie Biblię ze skrzynki. Nic w tym nadzwyczajnego, wszystkie te organizacje religijne i gminy stale podrzucają nam podobne publikacje. Przez myśl mu nie przejdzie, że tym razem to nasza robota. Może książeczka go zaciekawi, może z chęci zysku postara się ją zachować: w Związku ludzie całkiem poszaleli, za takie rzeczy płacą kupę forsy, nie żałują. Jutro niedziela, nie idziemy do pracy, no więc zobaczymy, co zrobi: przyleci skoro świt, żeby zameldować czy zaczeka do poniedziałku. A może w ogóle nie powie, schowa lub wyrzuci, żeby uniknąć kłopotów. Każdy jednak wariant prócz pierwszego — prócz natychmiastowego raportu — oznacza dla niego koniec. Konwejer.

Zimno i mokro, na ulicach żywego ducha. Tylko ja, samotny szpieg, trybik wielkiego systemu. Sprawdzam właśnie swego współbrata. Zresztą trudno orzec, kto kogo sprawdza. Wowka Fomiczew to mój dobry kumpel. Dwa razy wychodziliśmy już razem na operację. Pracuje po mistrzowsku, na pewniaka. Diabli go jednak wiedzą: przybył dopiero co, ale bardzo możliwe, że ma zlecone specjalne zadanie. Może to z jego pomocą mnie właśnie sprawdzają? Coś za bardzo narzuca się ze swoją przyjaźnią. Doświadczenie chciałby zdobyć, powiada. Wcale niewykluczone, że to ja dziś jestem sprawdzany. Biblię wrzucę do skrzynki, a sam po przyjaźni spróbuję go uprzedzić, żeby w te pędy poleciał z raportem. I już mnie mają. I już ląduję na konwejerze: przyjaciel jest ci droższy niż radziecki wywiad wojskowy!

Dom Wowki Fomiczewa jest duży i elegancki, mieszka w nim bardzo wielu dyplomatów wszelkich narodowości. Gmach znajduje się, oczywiście, pod kontrolą policyjną, a już na pewno główne wejście. Chociaż może i nie, ale zawsze to lepiej wybrać gorszy wariant i na nim opierać swoje plany. Właśnie dlatego nie wchodzę główną bramą, lecz od tyłu podwórkami przekradam się koło schludnych pojemników na śmieci — i do garażu. Mamy klucze od bardzo wielu garaży i bram domów, zamieszkałych głównie przez dyplomatów. Mogę również bez trudu dostać się do dowolnego wiedeńskiego hotelu. Mamy całą wielką szafę kluczy i wytrychów. Gdziekolwiek przejdzie ktoś z Akwarium, zrobi odbitkę klucza. Najważniejszy jest dobry stan ewidencji i przechowywania, żeby zawsze móc na czas odnaleźć właściwy kluczyk. Dziś mam w kieszeni trzy. Gdyby zaszła potrzeba, mogę dostać się nawet do mieszkania Wowki. Skąd miałby wiedzieć, że przed trzema laty w tym samym apartamencie mieszkał jego pechowy poprzednik i to on właśnie wykonał dla GRU odbitki kluczy? Niestety, nie stać go było na nic bardziej heroicznego, więc został haniebnie ewakuowany i wydalony ze Sztabu Generalnego.

Koty z dzikim wrzaskiem rozpierzchły się spod śmietnika na wszystkie strony. To dobry znak, to znaczy, że nikogo nie ma w pobliżu. A może śledzi mnie ukryta kamera? Ciemno choć oko wykol, pewnie oszczędzają prąd. Zresztą światło na podwórku nie jest konieczne, a ukryta kamera może pracować również na promienie podczerwone. Nie zapinam płaszcza, aby widoczna była spinka krawata. Wygląda jak najzwyklejsza w świecie spinka, ale pokrywająca ją farba luminescencyjna świeci się w promieniach podczerwonych i od razu wykrywa obecność noktowizora. Obracając się mogę go bez trudu zlokalizować. Jeżeli jestem obserwowany, wysikam się pod śmietnikiem i poczłapię dalej. Ale spinka nie świeci się, nie ma kamery. Wyciągam klucz ł ostrożnie wkładam do zamka. Drzwi garażu ustępują bezszelestnie. Znajduję się w wielkiej hali z setkami pojazdów.

Stąpam ostrożnie, starając się jednak nie skradać, nie rozglądać się ukradkiem jak złodziej. Powinienem sprawiać wrażenie człowieka, który przed chwilą zaparkował samochód i udaje się właśnie do domu. Drugim kluczem otwieram żelazne drzwi. Jadę windą prosto z garażu na ostatnie piętro i tam odczekuję kilka minut pilnie nasłuchując. Dom śpi. Nie słychać otwierania drzwi ani zjeżdżającej windy. Spoglądam na zegarek. Jeżeli nawet jestem śledzony, nikt nie jest w stanie połapać się w moich zamiarach. Może mam spotkanie z amerykańskim dyplomatą, może czeka na mnie kobieta. Jeżeli jestem śledzony, wówczas włożenie Biblii do skrzynki na listy wyda się kamuflażem i przeciwnik długo będzie sobie głowę łamał nad prawdziwym celem mojej wizyty.