Выбрать главу

Windy nadal stoją, nikt nie idzie po schodach. Martwa cisza.

Ostrożnie schodzę w dół. Stąpam nie na palcach i nie całą podeszwą, dotykam stopni tylko zewnętrznymi kantami butów, posuwając się jak klown na zgiętych nogach, Mam buty na miękkich zelówkach, nie skrzypią, lepiej jednak chodzić tak, jak mnie uczono; w ten sposób nigdy nie słychać kroków. Już jestem na parterze. W wyłożonym marmurami westybulu widzę z dziesięć skrytek na listy. Wiem, która mnie interesuje, ale zatrzymuję się po kolei przed każdą, wczytuję się w nazwiska mieszkańców. Potem całym ciałem przywieram do bloku skrzynek i niedostrzegalnym ruchem wrzucam paczkę do właściwego otworu. Gdyby nawet ktoś śledził mnie z tyłu, nie wiedziałby, która skrzynka mnie zaciekawiła i co przy niej majstrowałem.

Pieszo, schodami, z obojętną, zblazowaną miną kieruję się z powrotem do garażu.

Kto wchodzi i wychodzi tą samą drogą, pokazuje, że nie czuje smaku konspiracji. Ja nabrałem tego smaku. Nie przypomina smaku wina ani miłości, ani walki. Smak konspiracji jest zupełnie inny, jedyny w swoim rodzaju. Lubię ten smak, potrafię się nim delektować. To nie brak smaku goni mnie znów do ciemnego garażu, po prostu nie ma stąd innego wyjścia.

III

Znowu jestem niewyspany. Kiedy miałbym się wyspać? Oczy mnie pieką. Skoro świt zjawiam się na „przodku”, choć dziś niedziela. Czekam na Wowkę. Jakże byłoby wspaniale, gdyby zjawił się jeszcze przede mną! Ale na razie tylko Saszka-Aeroftot ziewa smętnie w kącie. Też ma opuchnięte oczy, też pewnie podkładał komuś świnię, może nawet mnie. On też pewnie czeka na kogoś, kto powinien przybiec z wywieszonym jęzorem. Usprawiedliwia się przede mną, że niby musi pilnie zamknąć rozliczenie finansowe. Wiem, oczywiście, że to prawda, choć nie cała. Co innego przygnało go w niedzielę o szóstej rano. Mówię mu, że zalegam ze sprawozdaniami z przeprowadzonych operacji. Kurier nie będzie czekać. Saszka jednak też nie w ciemię bity, wie, że to nie jest jedyny powód mojej porannej wizyty. Udaje, że pilnie pracuje, ale co rusz zerka na zegarek. Ja tak samo, ale robię to ukradkiem. Rozłożyłem papiery na biurku, a sam gapię się w ścianę. Szkoda, że nie wolno nam mieć tu okienek.

O 10.00 Pierwszy Zastępca zaprasza Saszkę-Aeroftota do swojego gabinetu. Zostałem sam.

O 11.32 zjawia się Nawigator.

— No i co?

— Towarzyszu generale, włożyłem prezent bez przeszkód. Jeszcze nie ma reakcji.

Z miny Nawigatora wnoszę, że to nie mnie sprawdzano, tylko Wowkę Fomiczewa. Elementarna prowokacja. Połknął przynętę. Znalazł Biblię, ale nie wiadomo dlaczego nie powiadomił natychmiast przełożonych. Jak w takim razie postąpi, jeżeli przytrafi mu się coś poważniejszego? Zamelduje czy też przemilczy? Jasna sprawa: stanowi zagrożenie dla naszej tajnej organizacji i dla całego systemu.

— Wiktorze Andriejewiczu, idź do domu, wyśpij się porządnie. Bądź tu z powrotem o 18.00.

— Tak jest.

GRU nie wie, co to wypoczynek. KGB również. Wyobraźmy sobie jednak na moment, że w każdy dzień wolny część dyplomatów nie zjawia się w pracy, natomiast reszta — zdecydowana większość — przychodzi jakby nigdy nic. Od razu stanie się jasne, kto jest rzeczywiście dyplomatą, a kto nie.

Aby uniknąć podobnej sytuacji, wymyśla się masę pretekstów i sztuczek, żeby każdy dyplomata musiał również w soboty i niedziele zajrzeć do biura: musimy schować się za kurtuazyjnym, dyplomatycznym uśmiechem, musimy utrzymać w tajemnicy nieprzerwaną pracę rezydentur.

W święta i dni wolne od pracy ambasada przypomina rozgrzebane mrowisko. Nie bez powodu. Tylko w te dni można odebrać korespondencje z ZSRR. Listy i prasę. Każdy potrzebuje świeżych „Izwiestij”, aby sprawdzić najnowsze kursy walut. Każdy rachuje zapamiętale: warto dzisiaj wymienić dewizy na bony, czy może jeszcze zaczekać? Kurs skacze, co dzień inne notowania. Jaki będzie za tydzień kurs Gosbanku? — jeden Pan Bóg raczy wiedzieć.

Ponadto w dni świąteczne w radzieckich ambasadach na całym świecie otwierane są specjalne sklepy: ceny takie, że oko bieleje. Cała radziecka kolonia zwartym tłumem pcha się do lady.

W niedziele odbywają się ponadto prelekcje. Sale nabite po brzegi. Nie to, żeby lgnęli do wiedzy, bynajmniej. Na wykładach sprawdza się obecność, zaznacza krzyżykami, kto był, kto opuścił. W zasadzie nie ma przymusu, wolna wola, ale jeżeli ktoś raptem uzna, że powiedzmy, Iwan Pawłowicz ostatnio nie za bardzo się udziela, przejawia skłonność do apatii i przestał interesować się polityką, to do ewakuacji jeden krok. Którejś nocy stukanie do drzwi: tatuś niedomaga, pragnie się pożegnać. Eskorta — jak na zawołanie; nieważne czy sam Iwan Pawłowicz chce się pożegnać z rodzicielem, czy nie: — Do samolotu!

Również w niedziele w ambasadach radzieckich odbywają się projekcje. Pokazują nowe i nie całkiem nowe filmy. Znowu pełno: masowe uczestnictwo — to oznaka rozwiniętej świadomości i nierozerwalnych więzów z socjalistyczną ojczyzną.

Tłoczno jest w niedziele w radzieckich ambasadach, Nie ma gdzie zaparkować samochodu. Mnie to nie dotyczy, mam zarezerwowane specjalne miejsce.

Spacerujemy z Nawigatorem po ogromnym parku. Gawędzimy, zerkamy dyskretnie na główną bramę. Przechadzają się również wicekonsul Piotr Jegorowicz Dunajec i Mikołaj Tarasowicz Moroz, pierwszy sekretarz ambasady. Niby nie zwracają na nas uwagi, ale wiem, że nieprzypadkowo postanowili się przewietrzyć. Szykuje się ewakuacja. Pomocnik radzieckiego attache wojskowego w Wiedniu kapitan GRU Władimir Dmitriewicz Fomiczew okazał się osobnikiem niepewnym. Samolot już czeka. W ewakuacji bierze udział bardzo ograniczona liczba osób: Nawigator — to on podjął decyzję; ja — bo brałem udział w kontroli, więc jestem zorientowany w całej sprawie; pułkownicy Dunajec i Moroz — zastępca i Pierwszy Zastępca rezydenta.

Szary Ford Fomiczewa miękko wpłynął przez bramę. Pomocnik attache wojskowego przyjechał z małżonką do kina. Ech, Wowka, czemuś nie przyleciał zdyszany skoro świt? Czemu nie przyniosłeś Biblii? Po co ją schowałeś? Na cholerę ci ona potrzebna? Boga nie ma, najwyższy czas, żebyś wbił to sobie do łba. Wszystkie te religijne hocki-klocki, to wredna antyradziecka robota. Nie ma raju po śmierci. Raj trzeba budować na ziemi. Jeżeli wierzysz, że raj nastąpi po śmierci, automatycznie sam się odsuwasz od aktywnego budowania raju na ziemi. Niepiśmiennej babinie można to wybaczyć, tobie — nie. Pójdziesz na konwejer, tam już się przyznasz do wszystkiego. Po coś chował Biblię? A może wcale jej nie schowałeś, może wyrzuciłeś ją do śmieci, żeby uniknąć nieprzyjemnych wyjaśnień. Sądziłeś, że nikt się nie dowie, a my wiemy wszystko. Masz obowiązek meldować cokolwiek się przydarzy. GRU nie przebaczy ci milczenia.

Zastępca Nawigatora statecznym krokiem spaceruje i jakby nigdy nic przesuwa się w kierunku bramy. Do ambasady prowadzi jedna droga; opuścić teren można tylko przez bramę wejściową. Pomocnik attache wojskowego nie ma już drogi odwrotu. Przy bramie stoją wartownicy. Nie są wtajemniczeni w całą operację. Jeżeli Fomiczew nie rzuci się do ucieczki, w ogóle niczego się nie dowiedzą. Gdyby próbował zwiać, pułapka zatrzaśnie mu się przed samym nosem. Nawigator i Pierwszy Zastępca niespiesznie, spacerkiem kierują się do biblioteki. Przy samej bibliotece jest zapasowe wejście do bunkra.

Zaczekam tu jeszcze chwilkę.

Boria, trzeci szyfrant, spieszy na parking. Boria nie jest wtajemniczony. Ma za zadanie podejść, przywitać się i powiedzieć: — Władimirze Dmitriewiczu, szyfrówka dla was.