Obserwuję z oddali.
Boria zbliża się do samochodu. Fomiczew wysiada. Nie widzę jego twarzy. Mówi coś do żony, lekko ją całuje. Już poszła sama do sali projekcyjnej. Kapitanie, nie wiesz, co cię czeka! Jesteś przestępcą. Nie zameldowałeś dowódcy, że zgniły kapitalizm usiłuje cię zdemoralizować, ściągnąć na manowce. Za to, kapitanie, nikt cię nie rozstrzela, to jasne, ale do tiurmy pójdziesz — za próbę oszukania rezydenta. W więzieniu dołożą ci kolejny wyrok. Takim jak ty zawsze dokładają. Jeżeli kiedyś nawet wyjdziesz z pudła, to nie jest pewne, czy twoja żona jeszcze cię zechce. Rzuci cię. Widziałem ją kiedyś z bliska na jakimś przyjęciu dyplomatycznym. Rzuci, jak nic.
Na mnie czas.
Pancerne drzwi. Korytarz. Schody w dół. Następne drzwi, te z trupią czaszką. Znów w dół. Do bunkra. Wielka sala. Korytarz. Mała sala. Jeszcze jeden korytarz. Drzwi na prawo i zaraz na lewo. Naciskam dzwonek. Wychyla się twarz Pierwszego Zastępcy. Zasłania się drzwiami jak tarczą. Co w środku — nie widać.
— Czego chcesz?
— Trzeba w czymś pomóc?
— Nie, nie. Idź, obejrzyj film. Damy sobie radę.
— Do widzenia, Mikołaju Tarasowiczu.
— Do widzenia.
Korytarz. Schodami do góry. Mała sala…
— Witia! — Pierwszy Zastępca dogania mnie zdyszany.
— Tak?
— Słuchaj, Witia, na śmierć zapomniałem. Zaczekasz, aż film się skończy. Podejdziesz do jego żony, Walentyny, powiesz, że mąż dostał pilne zadanie. Wróci za dwa dni. Niech się nie niepokoi. Powiesz, że poufne zadanie. Wykombinujesz coś, żeby się nie zorientowała. Odwieziesz ją do domu. Tymczasem zabierz wóz Fomiczewa z parkingu i zjedz do podziemnego garażu. Masz klucze. To wszystko. Do jutra.
— Do jutra, Mikołaju Tarasowiczu.
Walentyna Fomiczew należy do specjalnego gatunku kobiet. Za takimi kobietami mężczyźni oglądają się na ulicy. Jest niewysoka, ostrzyżona na chłopca. Ogromne, czarujące oczy. Lekko kapryśny uśmiech. W kącikach ust ma coś rozwiązłego, ale żeby to dostrzec, trzeba przyjrzeć się bardzo uważnie. Jest w niej niewątpliwie coś szatańskiego. Co? Dobrze nie wiem. Może cała jej uroda jest szatańska. Po coś, Wowka, taką żonę sobie wybrał? Piękna żona — cudza żona. W ambasadzie kto żyw wodzi za nią wzrokiem. W mieście tak samo. Zwłaszcza południowcy, wysocy, korpulentni, lekko łysiejący. Ta zgrabna figurka nie daje im spokoju. Jedziemy samochodem, zatrzymujemy się na światłach, świdrują mnie ironiczne spojrzenia: na co ci, brzydalu, taka ślicznotka?
A ona wcale nie moja. Odwożę ją do domu, bo małżonek trafił na konwejer, śpiewa aż miło. Jeszcze tutaj, w Wiedniu, wyrwą z niego odpowiednie zeznania. Potem trafi do Akwarium, do wielkiego szklanego gmachu na Chodynce.
Walentyna, jego żona, na razie niczego się nie domyśla. Wyruszył na noc, na akcję. Jest przyzwyczajona, nie denerwuje się. Opowiada mi o nowych połyskujących płaszczach, cały Wiedeń teraz je nosi. Byłoby jej w takim płaszczu bardzo do twarzy. Jak królewna Śnieżka mącisz nasz spokój swym zimnym, wyniosłym spojrzeniem. Ileż władzy w tych zaciśniętych, wąskich dłoniach! To pewne, że potrafi owinąć wokół palca każdego, kogo napotyka na swojej drodze. Gdyby je ścisnąć, rozsypałaby się jak kryształowa waza. Z taką kobietą można spędzić tylko jedną noc i zaraz trzeba ją porzucić. W przeciwnym razie ujarzmi, rzuci na kolana. Znam takie, miałem kiedyś taką samą, też malutką i delikatną, też się za nią oglądano. Odszedłem od niej sam, nie czekałem aż przepędzi, oszuka, złamie.
Głupiś, kapitanie, żeś za taką poszedł. Wiem na pewno, że śmiała ci się w nos, a ty, miotany zazdrością, śledziłeś ją zza węgła. Później, ulegając chwilowej zachciance, zgodziła się zostać twoją żoną. Teraz pewnie na konwejerze też myślisz tylko o niej i dręczy cię, że nie wiesz, kto ją teraz odwozi do domu. Uspokój się, kapitanie, to ja, Witia Suworow. Niepotrzebna mi ona, omijam takie z daleka. Zresztą Wiedeń to nie miejsce na takie zabawy. Zbyt uważnie śledzimy się nawzajem.
— Suworow, dlaczego nigdy się do mnie nie uśmiechasz?
— Czy ja jeden?
— Tak. Wszyscy się do mnie uśmiechają. Boisz się mnie?
— Nie.
— Boisz się, Suworow. Aleja cię zmuszę do uśmiechu.
— Grozisz?
— Obiecuję.
Resztę drogi jedziemy w milczeniu. Wiem, że to nie prowokacja GRU. Takie kobiety tak właśnie mówią. Zresztą GRU nie może mnie teraz śledzić. Operacje GRU są precyzyjne i nieskomplikowane. GRU różni się od innych wywiadów prostotą swoich operacji.
GRU nigdy nie stara się złapać naraz dwóch srok za ogon. Właśnie dlatego działa tak skutecznie.
— Mam nadzieję, Suworow, że nie porzucisz mnie przed domem. Jestem ładną kobietą, może mnie ktoś zgwałcić na klatce. Wtedy wszystko będzie na ciebie.
— W Wiedniu takie rzeczy się nie zdarzają.
— Mimo wszystko boję się sama.
Nie boi się niczego na świecie, znam takie, zwierz w spódnicy.
Jesteśmy sami w windzie, Walentyna śmieje się figlarnie:
— Jesteś pewny, że Wołodia nie wróci na noc?
— Jest na operacji.
— A nie boisz się zostawić mnie samej? Ktoś mógłby ttinie porwać…
Winda zatrzymuje się, przepuszczam ją przodem. Otwiera drzwi do mieszkania.
— Co robisz dziś w nocy?
— Śpię.
— Z kim ty śpisz, Suworow?
— Sam.
— Ja też sama — wzdycha.
Przekracza próg i nagle odwraca się do mnie. Płonący wzrok. Twarzyczka wzorowej uczennicy. To najbardziej perfidny rodzaj kobiet. Nie cierpię takich.
Ewakuacja zawsze odbywa się samolotem, szybko, tylko jedna kontrola policyjna.
Ewakuacja zawsze odbywa się w dzień. W nocy policja jest bardziej podejrzliwa, rano przychodzi nowa zmiana, świeże siły, z kolei pod wieczór samoloty z reguły nie wyruszają na dalekie trasy. Dlatego w dzień.
Rozkład lotów Aeroflotu z większości zachodnich stolic do Moskwy został tak opracowany, żeby samoloty startowały w dzień. Nie zawsze jest to możliwe, ale w większości wypadków ustalono właśnie tak. Ludzi ewakuuje się nie każdym rejsem Aerofłotu, ale w razie nagłej potrzeby wszystko jest z góry zaplanowane.
Były kapitan GRU, były pomocnik attache wojskowego siedzi na taborecie. Głowa zwieszona. Nie jest skrępowany, po prostu siedzi. Nie ma już ochoty krzyczeć i awanturować się. Przeszedł pierwsze stadium konwejera. Zeznał już wszystko: tak, była Biblia w skrzynce na listy. Nie, religia mnie nie interesuje. Tak jest, wykazałem karygodne niedbalstwo. Tak, wyrzuciłem do śmieci. Trzeci pojemnik od lewej. Biblia leży już na stole. Znaleziono bez trudu. Dowód rzeczowy, leży w celofanowym opakowaniu.
Kiedy wiozłem twoją żonę, wyciągano z ciebie, kapitanie, pierwszą serię zeznań.
— Tak, wcześniej też oszukiwałem Nawigatora. Cztery razy odwiedzałem prostytutki. Nie, nie mam żadnych kontaktów z zachodnimi wywiadami. Nigdy nie otrzymałem żadnych propozycji współpracy. Nie, nie przekazywałem im tajnych informacji. Ewakuacja.
— Spirytus.
Zamiast spirytusu aptekarskiego używamy najczęściej dżinu Gordon z barku Nawigatora.
— Strzykawka.
Strzykawka jednorazowa. Zupełnie jak w Specnazie. Ale to nie Błoga Śmierć, to po prostu Błogość.
Miejsce zastrzyku trzeba starannie przetrzeć watką z dżinem, żeby nie było zakażenia.
Lotnisko. Huk silników. Lśniące podłogi. Koski z pamiątkami. Lalki w strojach regionalnych, zapalniczki Ronsona.
— Kontrola biletów. Bagaż?
— Bez bagażu. Krótka podróż służbowa.