Выбрать главу

Czas wlecze się niemiłosiernie. Z domu naprzeciw wychodzi tęga kobieta, idzie przed siebie. Nic ciekawego. Przejechał listonosz na rowerze. Znowu wszystko zamarło. Przemknął czarny Mercedes, na tylnym siedzeniu facet odziany w białe prześcieradła. To przedstawiciel biednego kraju udaje się na konferencję, by żądać pieniędzy od krajów bogatych. Dyplomaci z bogatych krajów też jadą na konferencję, ale ich pojazdy są skromniejsze — Fordy, Yolkswageny. Specjaliści twierdzą, że przepaść oddzielająca kraje biedne od bogatych w przyszłości ma się pogłębiać: przedstawiciele biednych krajów będą jeździć wyłącznie Rolls-Royce'ami, a dyplomaci z krajów bogatych przesiądą się na rowery, bo to oszczędniej.

Cienka wskazówka malutkiego chronometru niezmordowanie krąży po cyferblacie. Znowu przeszła tęga kobieta. Znów zaskrzypiały opony dużej czarnej limuzyny z przyciemnionymi szybami: jeszcze jeden biedak pojechał po wsparcie. Ponownie omiatam Zeissem ulicę. Żeby tylko nikogo nie przegapić. Zapamiętać numery. Zapamiętać twarze. Zapamiętać każdy ruch, każdą zmianę. Minox czeka odbezpieczony jak cekaem w czołgu. Pogotowie bojowe. Każdy podejrzany szczegół — na kliszę. Klatki na filmie są mikroskopijne, więc mieści się ich bardzo dużo. A to co takiego?

Co??! Zanim cokolwiek zdążyłem sobie uświadomić, poczułem, że stała się rzecz straszna i nieodwołalna. Przy krawężniku zatrzymał się elegancki Citroen. Poznałbym go wśród tysięcy innych samochodów: to Citroen Pierwszego Zastępcy. Z wozu wysiada kobieta, która szybkim ruchem pochyla się ku Pierwszemu Zastępcy i całuje go na pożegnanie. Właśnie ten moment utrwala mój mały niezawodny Minox. Kobieta wsiada do sportowego Fiata i odjeżdża. Pierwszy Zastępca już dawno zniknął za rogiem.

Siedzę w fotelu, zaciskam wargi. Kobieta nie jest, oczywiście, żoną Pierwszego Zastępcy. Znam jego żonę. Nie jest to również tajna agentka: Nawigator zna czas i miejsce każdej operacji i z pewnością zabronił jakichkolwiek działań w moim rejonie. To znaczy, że GRU znowu mnie sprawdza. Wpakowali mnie do tego kretyńskiego pokoju i odegrali komedię. Teraz czekają: zamelduję o występku uwielbianego przeze mnie człowieka czy też przemilczę? Aparat dali mi, żeby sprawdzić, czy się zawahałem choć chwilę, czy też użyłem go natychmiast. Po samym zdjęciu też potrafią ocenić czy zadrżała mi ręka, czy też zachowałem spokój i opanowanie.

Nie bez powodu zagryzam wargi. Jest jeszcze jedna możliwość. Cicha, spokojna uliczka to wymarzone miejsce na tajną schadzkę. Mało kto wie, że siedzę tu, na szóstym piętrze, ukryty za ciężką kotarą. Mikołaj Tarasowicz nie ma o tym pojęcia, jeżeli nie bierze udziału w operacji. Pierwszy Zastępca i kochanka. Amerykanka? Angielka? Oczywiste, że cudzoziemka. Kobieta radziecka za granicą nie powinna mieć samochodu, tym bardziej sportowego. Na co jej sportowy wóz? Wszystkie samochody należą do państwa radzieckiego i korzystają z nich tylko ci, co stoją na straży jego potęgi. Jeżeli to nie była gra ani weryfikacja, to przyszła kryska na Pierwszego Zastępcę. Klapa. Szlus. Funta la commedia. Konwejer. Pełny konwejer z bardzo nieprzyjemnym finałem.

A może to jednak kontrola? Mało to razy tak właśnie nas sprawdzali? Postąpiłem jak należało. Szybko i zdecydowanie. Patrzę przez okno szklanym wzrokiem. Pusta ulica, nic nie zakłóca spokoju. Tylko jakiś nieprzyjemny garbus z gazetą w łapie sterczy przed sklepem z obuwiem. Co tam, człowieku, takiego ciekawego?

Zanurzam się w fotelu, gapię się w sufit. Nagle zrywam się na równe nogi, przewracam termos. Łapię Mi-noxa, pstrykam. Przecież to ON! A niech to wszyscy diabli, to STARY PRZYJACIEL! Pstryk, pstryk, pstryk. Jeszcze raz. Szlag by trafił wszystkich przyjaciół do kupy z pułkownikiem Mieszczeriakowem, z Pierwszym Zastępcą i jego dziwką. Czas minął. Przyjaciel obojętnie rzuca gazetę do kosza i znika za rogiem.

Marna jakość zdjęć może zdradzić mój stan ducha, może zasugerować, że się wahałem, że nie chciałem wydać Pierwszego Zastępcy.

Podrywam się z miejsca. Wykręcam teleobiektyw. Zawijam termos, obiektyw i lornetę, paczkę wkładam do kosza na śmieci. Ktoś to później zabierze. Minoxa ściskam w lewej ręce. W ten sposób łatwiej wyrwać film w razie aresztowania. Ach, gdyby mnie teraz aresztowano! A może upozorować napaść policji? Nie, taki numer nie przejdzie. Konsul generalny zaraz zadzwoni na komisariat i dowie się, że to czysta bujda. Wtedy czeka mnie konwejer.

Wychodzę na ulicę, jaskrawe słońce razi prosto w oczy. Nie, ten radosny świat nie może być aż tak okropny. To była najzwyklejsza kontrola, zwyczajna prowokacja GRU. Nie dałem się nabrać. W Akademii nie takie badania nam urządzano. Wtedy naprawdę bywało gorąco, życie najbliższych istot rzucano na jedną szalę. Potem okazywało się, że to nasi szefowie takie z nas żarty sobie stroili. Niejeden tego nie wytrzymał. Ja wytrzymałem.

III

Skąd nadszedł Stary Przyjaciel? Przez moment zawahałem się: skłamać czy nie?

— Nie widziałem, towarzyszu generale.

— Miałeś przecież chronometr. Czyżby nie przyszedł punktualnie? Milczę.

— Czy coś cię zbiło z tropu? Zobaczyłeś coś podejrzanego? Niezrozumiałego? Dziwnego? Czy coś cię speszyło?

— Wasz Pierwszy Zastępca…

W jego oczach maluje się nieopisana trwoga.

— Wasz Pierwszy Zastępca był na miejscu spotkania 12 minut przed pojawieniem się Starego Przyjaciela… z kobietą.

Kostki zaciśniętych pięści robią się białe. Twarz jak kreda. Milczy. Patrzy przeze mnie na wskroś, na ścianę. Potem pyta cicho i spokojnie:

— Ma się rozumieć, nie zdążyłeś go sfotografować… Trudno zrozumieć, pyta czy stwierdza. A może grozi.

— Zdążyłem…

Boję się spojrzeć mu w oczy. Patrzę pod nogi. Czas wlecze się potwornie. Zegar cyka na ścianie.

— Co teraz zrobimy?

— Nie wiem — wzruszam ramionami.

— Co teraz zrobimy!? — wali pięścią w stół i bryzgając śliną syczy mi w twarz: — CO ZROBIMY!?

— Ewakuację! — odcinam się nagle, rozwścieczony.

Mój krzyk uspokaja go. Przycichł. Jest po prostu starym, zmęczonym człowiekiem, na którego zwaliło się wielkie nieszczęście. To silny mężczyzna. Ale system jest od nas silniejszy. System jest najsilniejszy. Pod jego nieubłagany topór może trafić każdy z nas. Patrzy niewidzącym wzrokiem.

— Wiesz, Witia, pułkownik Moroz w sześćdziesiątym czwartym roku uratował mnie od KS. Od tego czasu ciągnąłem go za sobą po całym świecie. Werbował kobiety. Ale jakie kobiety! Kochał je i one go kochały. Wiedziałem o jego wyskokach, wiedziałem, że w każdym mieście ma kochankę. Wybaczałem mu. I wiedziałem, że prędzej czy później wpadnie. Wiedziałem. Jakże się tu ukryjesz w tej Austrii? Dobra. Czy damy radę we dwóch przeprowadzić ewakuację?

— Damy.

— Weź strzykawkę z szafy.

— Mam.

Naciska guzik interfonu:

— Pierwszy szyfrant.

— Jestem, towarzyszu generale — odpowiada aparat.

— Wezwać do mnie Pierwszego Zastępcę.

— Rozkaz!

— Siadaj — mówi zmęczonym głosem dowódca. Sam zostaje za biurkiem. Lewa dłoń na blacie, prawa znieruchomiała w szufladzie. Staję za krzesłem, na którym siedzi już Mikołaj Tarasowicz. Ręka w szufladzie mówi Pierwszemu Zastępcy wszystko, a moja obecność podpowiada mu, że to ja go sprawdzałem i coś doniosłem. Przeciąga się całym ciałem, wszystkimi mięśniami, aż słychać chrzęst kości. Następnie spokojnie zakłada ręce za poręcz krzesła. Zna reguły gry. Zatrzaskuję kajdanki. Ostrożnie podwijam rękaw jego marynarki, rozpinam złotą spinkę i odsłaniam przegub. Cienką serwetką zwilżoną dżinem z zielonej butelki przecieram skórę w miejscu zastrzyku. Wciągam do strzykawki przezroczysty płyn z butelki, unoszę ją na wysokość oczu, naciskam tłok, aż kilka kropelek spływa po igle. Ostrożnie wbijam igłę pod skórę. Gdy strzykawka jest pusta, nie puszczając tłoka — mógłby zassać wszystko z powrotem — delikatnie wyciągam igłę. Już po wszystkim.