Выбрать главу

Nawigator kiwnięciem głowy pokazuje, że mam opuścić gabinet. Wychodzę, zamykając za sobą drzwi słyszę jego beznamiętny głos:

— Opowiadaj.

IV

Czuję się fatalnie, po prostu bardzo źle się czuję. Nigdy nie przytrafiło mi się coś podobnego. Kwękają tylko słabeusze. To oni wymyślają sobie choroby i głęboko przejmują się migrenami, zawrotami głowy, utratą przytomności, wyrzutami sumienia. W rzeczywistości niczego takiego nie ma, wszystko to choroby z urojenia. Nie uważam siebie za supermena. Jestem normalny, a człowiek normalny nie miewa bólów głowy, ataków serca, rozstrojów nerwowych. Nigdy nie chorowałem, nigdy nie stękałem i nie prosiłem niczyjej pomocy.

Ale dziś naprawdę miejsca sobie znaleźć nie mogę. Przeraźliwa, śmiertelna chandra. Zarżnąłbym kogoś z rozkoszą!

Zaszyłem się w kącie małej piwiarni. Siedzę w kącie jak zaszczute zwierzę. Trzymam łokcie na stole nakrytym czystym obrusem w czerwono-białą kratkę. Przede mną wielki kufel z rżniętego szkła napełniony piwem koloru koniaku. Na pewno pyszne, ale nie czuję dziś smaku. Na sali tłok. Wesołe towarzystwo, wszyscy się pewnie znają, bawią się. Naprzeciw mnie siedzi czwórka potężnych dryblasów: kapelusiki z piórkiem, skórzane krótkie spodnie na szelkach. Zdrowe, czerstwe gęby, ryże brody. Cały stół zastawiony opróżnionymi kuflami. Co wam tak wesoło? Och, z jaką chęcią strzeliłbym kuflem w te wasze roześmiane mordy. Co z tego, że jest was czterech, że kułaki macie jak te kufle, zupełnie jak mój dowódca pułku.

A może skoczyć na nich? Niechby mnie tu zatłukli na miejscu. Niechby mi roztrzaskali łeb dębowym taboretem albo austriackim kuflem. Nie ma mowy, nie zabiją, wyrzucą tylko na zbity pysk i zawołają policję. A może rzucić się na policjanta? Albo jeszcze lepiej: wkrótce do Wiednia przyjeżdża Breżniew na spotkanie z naiwniaczkiem Carterem. Może rzucić się na Breżniewa? Wtedy murowane, że zabiją.

A co to za przyjemność zginąć z ręki policjanta albo obstawy Breżniewa? To już lepiej niech zabiją cię ludzie dobrzy i silni jak ci naprzeciw.

A oni wciąż rechoczą.

Nigdy nikomu nie zazdrościłem, a tu nagle zawiść jak gadzina, trawi duszę. Wiele bym oddał, żeby teraz siedzieć w takich gatkach na szelkach, kapelusiku z piórkiem na głowie! Kufel piwa już mam. Czego jeszcze potrzeba człowiekowi do szczęścia?

Śmieją się do łez, zrywają boki. Jeden aż się zakrztusił, ale dalej ryczy. Inny usiłuje wstać — pełny kufel w dłoni — pokłada się ze śmiechu. Patrzę mu prosto w oczy. Nie wiem, co mam w oczach, ale skrzyżowały się nasze spojrzenia i potężny Austriak, dusza towarzystwa, umilkł w jednej chwili, twarz mu się zmieniła. Też patrzy mi w oczy przeciągle i badawczo. Ma jasny, czysty wzrok, patrzy na mnie, zaciska wargi, przechyla głowę.

Czy to z moich oczu powiało chłodem śmiertelnym, czy też zrozumiał, że jestem u kresu? Nie wiem, co sobie ten wielkolud pomyślał, dość, że kiedy zbiegły się nasze spojrzenia, z miejsca dziwnie przygasł. Podchmielona kompania śmieje się wesoło, a on siedzi ponury ze wzrokiem wbitym w ziemię. Aż mi się go żal zrobiło. Po co zepsułem człowiekowi zabawę?

Wreszcie wstają i kierują się do wyjścia. Na samym końcu idzie mój olbrzym. Przy drzwiach zatrzymuje się, odwraca, spogląda na mnie spode łba, nagle całym potężnym cielskiem rusza w mój ą stronę. Groźny jak rozpędzony czołg. Zastygłem w oczekiwaniu na druzgocący cios w szczękę. Nie czuję strachu. Bij, Austriaku, bij, ile wlezie, spieprzyłem ci ten wieczór, należy mi się w pysk. Tak nasz obyczaj każe. Zbliża się, potężnym swoim kałdunem przesłania mi cały świat. Bij, wal, nie mam zamiaru się bronić. Ciężka ręka opada na moje lewe ramię, czuję lekki uścisk. Silna ręka, ale ciepła, życzliwa. Spływa na mnie coś jakby ludzkie współczucie. Uścisnąłem mu rękę, uścisnąłem z wdzięcznością. Nie patrzę mu w oczy, odwracam wzrok. Dziwnie mi jakoś. Pochyliłem głowę nisko nad stołem. Poszedł do wyjścia niezgrabnym, ociężałym krokiem nie obejrzawszy się. Obcy człowiek, istota z innej planety. A przecież lepszy ode mnie. Stokroć lepszy.

V

Co się ze mną dzieje? Co za przemiana? Co za wyskoki? Na szczęście już mi lepiej. Pewnie od piwa. A może od szerokiej spracowanej łapy, która poklepała mnie po ramieniu, powstrzymała na skraju przepaści. Ale co mi się stało? Dlaczego przygasł nagle cały świat? Może właśnie to nazywają ludzie słabi wyrzutami sumienia? Wykluczone. Nie mam sumienia, nie dręczą mnie żadne wyrzuty. Czemu miałyby mnie dręczyć? Z jakiej racji? Że zdradziłem Pierwszego Zastępcę? To dobry człowiek, ale co z tego? Rachunek jest prosty: albo ja jego, albo on mnie wepchnąłby na konwejer. Taką mamy robotę. Wydając Pierwszego Zastępcę ochroniłem GRU przed możliwą przykrą niespodzianką. Za takie rzeczy w Komitecie Centralnym sam Kir mówi „dziękuję”. Zabiorą Pierwszego Zastępcę, przyślą innego. Czy warto się rym aż tak bardzo przejmować? Gdyby każdy dawał upust swoim uczuciom, cały system dawno by się zawalił. A przecież stoi i rośnie w siłę. Rośnie w silę dzięki temu, że natychmiast uwalnia się od każdego, kto pozwala sobie na chwilę słabości.

Czy rzeczywiście miałem chwilę słabości? Bez wątpienia. Czy mógł mnie ktoś w tym stanie zobaczyć? Niewykluczone. Czy widać było, że jestem w rozterce? Na pewno. Nieszczęśnik ze zwisającymi rękami, ze zgaszonym wzrokiem — czegóż więcej trzeba? Jeżeli nawet Austriak zrozumiał, że źle ze mną, to co dopiero doświadczony wywiadowca, który by mnie śledził. A przecież Nawigator spokojnie mógł po ewakuacji Pierwszego Zastępcy dać mi dyskretną obstawę: jak się zachowuje Czterdziesty Pierwszy? Czy nie stracił ducha?

Niewątpliwie coś się ze mną stało, że na kilka godzin przestałem nad sobą panować. Jeżeli Nawigator dowie się o tym, najbliższej nocy czeka mnie ewakuacja. Kolejny samolot odlatuje dopiero za trzy dni. Cały ten czas spędzę w ciemni fotograficznej. Tej nocy z pewnością zawloką mnie do ciemnicy. Samolotu, w którym może choć przez chwilę nawalić coś w układzie sterowania, nie dopuszcza się do lotów. Wywiadowcy tym bardziej. Wywiadowca, który traci kontrolę nad sobą staje się niebezpieczny. Wycofuje się go niezwłocznie.

Wlokę się z piwiarni do samochodu. Jeśli chcesz wykryć inwigilację, udawaj obojętność. Patrz pod nogi, idź niespiesznym krokiem, postaraj się uspokoić śledzących. Wtedy ich zobaczysz, bowiem pozbywszy się obaw zaczynają popełniać błędy.

Od lat prowadzę wóz i wciąż jak pilot myśliwca zerkam wstecz. Patrzę do tyłu więcej, niż przed siebie. Taki fach. Ale nie dziś. Teraz chciałbym uspokoić tych, którzy być może mnie śledzą, uśpić ich czujność. Samochód mój sunie spokojnie. Żadnych sztuczek, żadnych prób ucieczki.

Jadę wzdłuż Dunaju, most, znów nabrzeże. Nie spieszę się, nie szarpię wozu, nie próbuję odskoczyć w stronę torów kolejowych, choć to wymarzone miejsce, żeby sprawdzić czy ciągnie się ogon. Omijam śródmieście, jadę szerokimi ulicami w potoku samochodów. Dla śledzących to wymarzona sytuacja. Fatalna dla śledzonego. Od Schwedenplatz zawracam w kierunku Aspernplatz, po czym skręcam ostro w pierwszą uliczkę w lewo do Poczty Głównej i znowu odbijam w lewo. Tutaj stanę na światłach. Wiem o tym dobrze. Pytanie, czy ogon również wie o światłach?