Выбрать главу

Jeżeli jestem śledzony, to albo ktoś wyskoczy zaraz zza zakrętu, albo mnie zgubi. Innej drogi nie ma, równoległymi uliczkami nie sposób się przedostać. Znam ten rejon jak własną kieszeń, wydeptałem tu wszystkie chodniki.

Stoję na światłach. Pusto. Uliczka kręta i stroma. No jak, wyjedzie ktoś, czy nie? Jeszcze chwila i będzie zielone światło. Zza zakrętu wypada szary zdezelowany Ford. Piszczą hamulce, widać, że kierowca narwany. Nie wiedział o tych światłach. Nie przypuszczał, że mogę stać na skrzyżowaniu i czekać na niego. Ruszam płynnie. Zielone. Jednym spojrzeniem w lusterko taksuję twarz za okularami. Tak jest, kolego. Znam cię, okularniku, znam twoją gębulę. To nic, że nie masz dyplomatycznej rejestracji. Jesteś radzieckim dyplomatą! Pamiętam cię z delegacji na konferencję w sprawie redukcji zbrojeń w Europie. Nie przypuszczałem, że jesteś z naszej zgrai. Myślałem, że jesteś czysty. Ale po co czysty dyplomata miałby kręcić się po mieście w godzinach pracy? Dlaczego z taką prędkością wyskakuje zza zakrętu, przecież mógł zarobić mandat?!

Nie spieszę się. Na twarzy obojętność. Nie zwracam na nic uwagi, na nic nie reaguję. Ford więcej się nie pojawia. Może zresztą kręci się w pobliżu, ale przestało mnie to zajmować. Raz zobaczyłem, i wystarczy. Wiem, że jestem śledzony. Ani cienia wątpliwości.

Kierowcę Forda dręczy teraz niepewność: zauważyłem go? Rozpoznałem? Pociesza się, naturalnie, że jestem roztargniony, nie patrzę za siebie, że nie mogłem go dostrzec.

Ciekawe, ile samochodów wysłał ojczulek na miasto, żeby kontrolowały moje ruchy? Jasne, że nie jeden. Gdyby śledził mnie tylko jeden, siedziałyby w nim dwie osoby. Kierowca był sam, zatem musi być więcej wozów. Elementarne. Ta heca musi zakończyć się ewakuacją.

Trzeba zrozumieć dowództwo GRU. Skoro człowiek pod wpływem takiego głupstwa traci panowanie, więc i w przyszłości może się to powtórzyć, przy czym w najmniej odpowiednim momencie. A może to nie pierwszy raz? Może wrogie organizacje zdołały już skorzystać z takiej chwili słabości?

Zabiorą mnie tej nocy. Gdybym był na miejscu Nawigatora, postąpiłbym dokładnie tak samo: po pierwsze — zaraz po tym, co zaszło, poleciłbym śledzić; po drugie — stwierdziwszy niezadowalający stan rzeczy, nakazałbym ewakuację.

Nie jadę do ambasady. Ambasada to kajdanki i zastrzyk. Jadę do domu. Muszę przygotować się do nieuchronnego uderzenia losu.

VI

Drzwi wejściowe zamknąłem od wewnątrz, uchyliłem okno. Jeżeli nie starczy mi męstwa, by spotkać ich twarzą w twarz, wyskoczę. Pode mną — siedem pięter. Wystarczy. Okno to najprostsze wyjście, ale trzeba się zastanowić, bo to wyjście dla bojaźliwych. Jeżeli w ostatniej chwili obleci mnie strach, skorzystam z tej drogi. Niedawno dumny wiking z GRU tak właśnie uniknął konwejera — w samym centrum Paryża runął z okna na bruk. Inny wiking GRU, tym razem w Londynie, pracował w Szwajcarii przy ubezpieczaniu najwyższej wagi. Popełnił błąd. Nie chciał iść na konwejer. Podciął sobie żyły. Jednak major Anatolij Fiłatow, chart GRU, nie uląkł się konwejera. Ja też się nie ulęknę.

A w ogóle to diabli wiedzą. Łatwo teraz się zaklinać. A, pal to sześć! Wstaję i zdecydowanym ruchem zamykam okno. To nie dla mnie. Nie pójdę na konwejer, przez okno też nie. Kiedy zastukają, otworzę drzwi i wpiję się komuś zębami w gardło.

Co mam począć? Teoretycznie mógłbym zejść w podziemie, przyszykować sobie jakąś kryjówkę gdzieś w górach. Nauczono mnie tego w Specnazie…

Spoglądam na zegarek. Ciarki po plecach: minęła północ! Znam taktykę Akwarium. Ewakuacja zwykle zaczyna się o 4.00. Akwarium wymierza ciosy o świcie. Wtedy śpi się najmocniej… Mogą, oczywiście, zacząć wcześniej. W takim razie musieliby jeszcze wcześniej porozstawiać ludzi, więc pewnie już się spóźniłem. Całkiem możliwe, że dwóch czeka już na klatce na właściwy moment. Jeszcze dwóch przy bramie. Ktoś, ma się rozumieć, obstawia garaż. Główna grupa czai się gdzieś w pobliżu.

Mam tylko jedną szansę — ostrożnie opuścić mieszkanie, zejść dwa, trzy piętra w dół, stamtąd dopiero zjechać windą prosto do podziemnego garażu, a z garażu wyjechać nie wyjazdem, lecz wjazdem, jeśli się tylko da otworzyć bramę od wewnątrz… Bezgłośnie otworzyłem zasuwę.

Ostrożnie naciskam klamkę, najważniejsze, żeby nie zaskrzypiała. Głęboko wciągam powietrze i ciągnę drzwi. Pasmo światła wpada z klatki do pokoju. Wstrzymuję oddech, ciągnę mocniej, rozlega się cichy, przeciągły zgrzyt. Samochód zaparkowałem w znacznej odległości od domu. Stoi w ciemności, na dużym parkingu, wśród setek innych, ale mój dom widać stąd doskonale. Na ,razie nie dzieje się nic podejrzanego. Wszyscy śpią.

Nagle w oknach mojego mieszkania zapala się światło. Jest godzina 3.40. No cóż, tego się właśnie spodziewałem…

Jestem w lesie. Zimny szary świt. Mgła. Lodowata rosa. Na razie nigdzie nie uciekam. Przyszedłem tu po to, żeby spokojnie się zastanowić. Nie lubię, kiedy tok moich myśli przerywa niespodziewane pukanie albo dzwonek do drzwi. Przede wszystkim muszę dokonać wyboru: wrócić, oddać się w ich ręce, pójść na konwejer albo… W tej ostatniej decydującej chwili miliony ludzi stając twarząw twarz z systemem zadawały sobie to samo pytanie. Nic mnie nie obchodzi, co pomyślą sobie o mnie inni, teraz i później. Tak czy owak ci inni odsądzą mnie od czci i wiary, jak to uczynili z moimi poprzednikami. W rzeczy samej, ludzi, którzy szli pokornie pod komunistyczny topór bez słowa protestu, dziś się osądza — zniewolone duszyczki, niezdolne do sprzeciwu, macie to, na coście zasłużyły. Ludzi, którzy nie zgodzili się iść dobrowolnie na rzeź, którzy uciekali albo walczyli, też się potępia: zdrajcy, kolaboranci, przeniewiercy, poplecznicy wroga! Jeżeli poddam się dobrowolnie — jestem głupcem, fagasem, niewolnikiem. Jeżeli się nie poddam — jestem renegatem.

Możecie mnie kochani, uważać za przestępcę, ale nie za fagasa. Przestępcy też nie róbcie ze mnie zbyt wielkiego. Wszyscy bliscy towarzysze Lenina okazali się zdrajcami, renegatami i agentami obcych wywiadów, łącznie z Trockim, Zinowiewem, Kamieniewem, Rykowem, Bucharinem i innymi. Kim więc był Lenin? Czyżby był hersztem szajki zdrajców, szpiegów i terrorystów? Jak zatem nazwać tych wszystkich, którzy mu wiernie służyli, którzy do dziś biją przed nim czołem? Ze Stalinem była podobna historia. Jego również otaczali sami wrogowie, szpiedzy, zdeprawowani antypartyjni kombinatorzy. On też okazał się zwyczajnym bandziorem. Jak nazwać tych, którzy pokornie spełniali każdy rozkaz tego przestępcy? Prędzej czy później wszyscy nasi kolejni wodzowie znajdą się na liście zdrajców i łotrów. Uciec od nich to, oczywiście, przestępstwo. A zostać i wysługiwać się?

Zimno w lesie, ziąb. Nie przywykłem tak intensywnie myśleć, filozofia to nie moja dziedzina. Muszę odpowiedzieć sobie na jedno zasadnicze pytanie: czy uciekam dlatego, że nienawidzę systemu, czy też dlatego, że dał mi kopniaka? Nie ma wątpliwości: zawsze byłem mu przeciwny, gotów byłem oddać wszystko, nawet własną głowę, żeby zamienić obecny ustrój na jakikolwiek inny, choćby na dyktaturę wojskową. A jednak, gdyby system nie nadepnął mi na ogon — nie uciekałbym, to pewne. Nadal służyłbym wiernie, osiągając coraz lepsze rezultaty. Nie wiem czy kiedykolwiek odważyłbym się na słowo protestu, wiem natomiast, że w tej chwili po prostu ratuję własną skórę.