Выбрать главу

Cień nie potrafił zdecydować, czy mijani martwi ludzie są bardziej czy mniej straszni niż zwierzęta. Ludzie przynajmniej z góry znali swój los. Otaczała ich ciężka woń alkoholu, co sugerowało, że pozwolono im się znieczulić w drodze na szubienicę. Zwierzęta tymczasem po prostu zamordowano, podciągnięto w górę całkiem żywe i przerażone. Oblicza mężczyzn były takie młode, żaden z nich nie miał więcej niż dwadzieścia lat.

— A kim ja jestem? — spytał Cień.

— Ty? — odparł mężczyzna. — Ty byłeś pewną sposobnością, częścią odwiecznej tradycji. Choć obaj zaangażowaliśmy się w sprawę tak mocno, że gotowiśmy oddać za nią życie. Prawda?

— Kim ty jesteś? — spytał Cień.

— Najtrudniejszą rzeczą jest zwykle przetrwanie — odparł tamten.

Ognisko — Cień uświadomił sobie ze zgrozą, że nie płoną w nim drwa, tylko kości, żebra i piszczele, ognistookie czaszki spoglądały na niego z płomieni, wyrzucając w mrok barwy pierwiastków śladowych, zielenie, błękity i żółcie — trzeszczało, płonęło gorąco.

— Trzy dni na drzewie, trzy dni w świecie podziemi, trzy dni na odnalezienie drogi powrotnej.

Płomienie zamigotały i zapłonęły zbyt jasno, by Cień mógł spojrzeć wprost w ogień. Popatrzył zatem w mrok pod drzewami.

Stukanie do drzwi — przez okno wpadały promienie księżyca. Cień wstał gwałtownie.

— Podano do stołu — oznajmiła z korytarza Media.

Włożył buty, podszedł do drzwi i wyszedł na zewnątrz. Ktoś znalazł kilka świec, recepcje oświetlał słaby żółtawy blask. Kierowca hummera wmaszerował do środka, dźwigając tekturową tacę i papierowy worek. Był ubrany w długi czarny płaszcz i spiczastą szoferską czapkę.

— Przepraszam za spóźnienie — powiedział ochryple. — Wszystkim kupiłem to samo: parę burgerów, duże frytki, dużą cole i szarlotkę. Zjem w samochodzie. — Postawił tace na ladzie i wyszedł. Całe pomieszczenie wypełniła woń fast foodu. Cień wziął worek i zaczął rozdawać jedzenie, serwetki, porcyjki ketchupu.

Jedli w milczeniu. Świece migotały, płonący wosk syczał lekko.

Cień zauważył, że Town patrzy na niego gniewnie. Odwrócił się z krzesłem tak, by mieć za sobą ścianę. Media zjadła swego hamburgera i unosząc do ust serwetkę, strzepnęła okruszki.

— No świetnie, te hamburgery są prawie zimne — oznajmił tłusty dzieciak. Wciąż miał na nosie ciemne okulary. Cieniowi wydało się to głupie i bezsensowne, zważywszy na panujący wokół mrok.

— Przepraszam — odparł Town. — Najbliższy McDonald mieści się w Nebrasce.

Skończyli ledwo letnie hamburgery i zimne frytki. Gruby dzieciak wgryzł się w ciastko i nadzienie popłynęło mu po brodzie. o dziwo, wciąż było gorące.

— Auu! — Westchnął, starł je ręką i oblizał. — To piecze — dodał. — Ktoś ich zaskarży, jak dwa razy dwa.

Cień miał ochotę uderzyć dzieciaka. Pragnął go uderzyć, odkąd tamten kazał swym gangsterom porwać go do limuzyny po pogrzebie Laury. Odpędził te myśli.

— Nie możemy po prostu zabrać ciała Wednesdaya i wynieść się stąd?

— O północy — odparli jednocześnie pan Nancy i tłusty dzieciak.

— Trzeba postępować według reguł — wtrącił Czemobog.

— Owszem — odparł Cień — ale nikt nie powiedział mi, jakie są reguły. Cały czas o nich gadacie, a ja nie wiem nawet, na czym polega wasza gra.

— To jak wyznaczona z góry data — powiedziała radośnie Media. — No wiesz, od tego i tego można urządzać wyprzedaże.

— Osobiście uważam, że to czysta bzdura — dodał Town. — Lecz jeśli reguły ich cieszą, moja agencja także się cieszy i wszyscy są szczęśliwi. — Z głośnym siorbnięciem pociągnął łyk coli. — Byle do północy. Wy zabierzecie trupa i wszyscy odjadą. Będziemy sobie pić z dzióbków jak pieprzone gołąbki, pożegnamy się i znów zaczniemy na was polować jak na szczury, którymi jesteście.

— Hej — rzucił dzieciak, zwracając się do Cienia. — To mi o czymś przypomina. Kazałem ci powtórzyć twojemu szefowi, że jest już tylko historią. Powiedziałeś mu to?

— Owszem — odparł Cień. — I wiesz, co mi odpowiedział? Żebym powiedział gówniarzowi, jeśli kiedykolwiek go jeszcze spotkam, by pamiętał, że dzisiejsza przyszłość to jutrzejsze wczoraj. — Wednesday nigdy nie powiedział niczego podobnego, ale ci ludzie zdawali się lubić banały. W skierowanych nań ciemnych okularach odbiły się migotliwe płomyki świec, żywe jak oczy.

— Co za koszmarna dziura — Dzieciak westchnął. — Nie ma prądu ani zasięgu komórek. Kiedy trzeba sięgać po przewody, to jak powrót do epoki kamienia łupanego. — Wypił resztkę coli przez słomkę, upuścił kubek na stół i odszedł w głąb korytarza.

Cień umieścił śmieci w torbie.

— Idę obejrzeć środek Ameryki — oznajmił. Wstał i wyszedł na dwór, w noc. Pan Nancy podążył za nim.

Wędrowali razem przez niewielki park. Milczeli, póki nie dotarli do kamiennego pomnika. Wiatr uderzał w nich kapryśnie, najpierw z jednej, a potem z drugiej strony.

— I co teraz? — spytał Cień.

Blady półksiężyc wisiał na ciemnym niebie.

— Teraz — odparł Nancy — powinieneś wrócić do pokoju. Zamknij drzwi na klucz, spróbuj się przespać. O północy oddadzą nam ciało, a wtedy wyniesiemy się stąd w diabły. Środek nie jest najlepszym miejscem dla nikogo.

— Skoro tak twierdzisz.

Pan Nancy zaciągnął się dymem z cygaretki.

— Nigdy nie powinno było do tego dojść — powiedział. — Nic z tego nie powinno się zdarzyć. Ja i nasi jesteśmy… — pomachał cygaretką jakby szukał właściwego określenia, po czym dźgnął nią naprzód — …wyjątkowi. Nietowarzyscy. Nawet ja. Nawet Bachus. Nie na długo. Wędrujemy własnymi drogami bądź trzymamy się własnych grupek. Niezbyt dobrze radzimy sobie z innymi. Chcemy, by nas uwielbiano, szanowano, oddawano nam cześć. Osobiście lubię, by opowiadali historie o moim sprycie i przebiegłości. Wiem, to wada, ale taki jestem. Lubimy być wielcy, lecz w tych marnych czasach zmaleliśmy. Nowi bogowie powstają, upadają i znów powstają. Lecz ten kraj nie na długo znosi bogów. Brahma tworzy, Wisznu chroni, Sziwa niszczy i Brahma znów może wziąć się za dzieło stworzenia.

— Co zatem chcesz powiedzieć? — spytał Cień. — Walka się skończyła? Koniec z bitwą?

Pan Nancy prychnął.

— Oszalałeś? Zabili Wednesdaya. Zabili go i przechwalali się tym. Sami wszystkich zawiadomili. Pokazali to na wszystkich kanałach, każdemu, kto ma oczy i widzi. Nie, Cieniu. To dopiero początek.

Schylił się u stóp kamiennego pomnika, zgasił cygaretkę, wbijając ją w ziemię, i pozostawił niczym ofiarę.

— Kiedyś żartowałeś — zauważył Cień. — Teraz już nie.

— W dzisiejszych czasach trudniej o żarty. Wednesday nie żyje. Wracasz do środka?

— Za moment.

Nancy odszedł w stronę motelu. Cień wyciągnął rękę i dotknął kamieni pomnika. Przesunął wielkimi palcami po zimnej mosiężnej tablicy. Potem odwrócił się i podszedł do małej białej kaplicy. Przekroczył próg i znalazł się w ciemności. Usiadł na ławce, zamknął oczy, opuścił głowę i zaczął myśleć o Laurze, Wednes-dayu, o tym, co oznacza życie.