Выбрать главу

Za plecami usłyszał szczęk, ciche plaśnięcie buta o ziemię. Cień wyprostował się, odwrócił głowę. Ktoś stał w otwartych drzwiach, ciemna postać na tle gwiazd.

Promienie księżyca odbijały się w czymś metalowym.

— Zamierzasz mnie zastrzelić? — spytał Cień.

— Bardzo bym chciał — odparł pan Town. — To w końcu tylko samoobrona. Modlisz się? Czyżby wmówili ci, że są bogami? Nie są bogami.

— Nie modliłem się — odparł Cień. — Po prostu myślałem.

— Osobiście uważam, że to mutanci. Eksperymenty ewolucji. Trochę zdolności hipnotycznych, mały hokus-pokus i sprawiają, że ludzie wierzą we wszystko. Nie ma się czym ekscytować. I tyle. Ostatecznie umierają jak ludzie.

— Zawsze umierali. — Cień wstał. Town cofnął się o krok i Cień wyszedł z kapliczki. Tamten utrzymywał dystans. — Hej — rzucił Cień. — Słyszałeś o Louise Brooks?

— To twoja przyjaciółka?

— Nie. Była gwiazdą filmową. Pochodziła z tych okolic.

Town przystanął.

— Może zmieniła nazwisko i teraz nazywa się Liz Taylor, Sharon Stone czy coś w tym stylu? — podsunął.

— Może. — Cień skierował się do motelu. Town dotrzymywał mu kroku.

— Powinieneś wrócić do więzienia — oznajmił. — Powinieneś siedzieć w pieprzonej celi śmierci.

— Nie zabiłem twoich kolegów, ale powiem ci coś, co kiedyś usłyszałem od jednego faceta, gdy jeszcze siedziałem w więzieniu. Coś, czego nigdy nie zapomniałem.

— To znaczy?

— W Biblii pojawia się tylko jeden człowiek, któremu Jezus osobiście przyrzekł miejsce u swego boku w raju. Nie jest to Piotr, Paweł ani żaden z apostołów. Był złodziejem skazanym na śmierć. Nie obgaduj zatem facetów z celi śmierci. Może wiedzą coś, czego ty nie wiesz.

Kierowca stał obok hummera.

— Dobry wieczór, panowie — rzekł, gdy go mijali.

— Dobry wieczór — odparł pan Town, a potem zwrócił się do Cienia: — Osobiście nic mnie to nie obchodzi. Robię to, co każe pan World. Tak jest łatwiej.

Cień przeszedł korytarzem do pokoju numer dziewięć.

Otworzył drzwi i wszedł do środka.

— Przepraszam. Sądziłem, że to mój pokój.

— Słusznie — odparła Media. — Czekałam na ciebie. — W blasku księżyca widział jej włosy i bladą twarz. Siedziała sztywno na łóżku.

— Znajdę sobie inny.

— Nie zostanę długo — powiedziała. — Po prostu uznałam, że to właściwa chwila, by złożyć ci propozycję.

— W porządku. Składaj.

— Spokojnie. — W jej głosie brzmiało rozbawienie. — Jesteś potwornie sztywny. Posłuchaj, Wednesday nie żyje. Nie jesteś nic nikomu winien. Pracuj dla nas. Czas przejść na stronę zwycięzcy.

Cień milczał.

— Możemy dać ci sławę, Cień. Władzę nad tym, w co wierzą ludzie, co mówią, noszą, o czym marzą. Chcesz zostać następnym Carym Grantem? Możemy to sprawić. Możemy z ciebie zrobić następnych Beatlesów.

— Chyba wolałem, kiedy proponowałaś, że pokażesz mi cycki Lucy — mruknął Cień. — Jeśli to byłaś ty.

— Ach tak.

— Chciałbym zostać sam. Dobranoc.

— Oczywiście — odparła, nie poruszając się, jakby w ogóle nic nie powiedział — możemy też odwrócić sytuację. Możemy uprzykrzyć ci życie. Na zawsze stałbyś się tematem żartów, Cień. Albo może zapamiętano by cię jako potwora. Pozostałbyś na zawsze w ludzkiej pamięci jako Manson, Hitler. Jakby ci się to spodobało?

— Przepraszam, ale jestem bardzo zmęczony — oznajmił Cień. — Byłbym wdzięczny, gdyby pani wyszła.

— Ofiarowałam ci świat — oznajmiła. — Kiedy będziesz umierał w rynsztoku, przypomnij to sobie.

— Będę pamiętał — rzekł.

Odeszła, pozostawiając za sobą smugę woni perfum. Położył się na gołym materacu, myśląc o Laurze. Lecz każdy obraz — Laura grająca w ringo, Laura jedząca bez łyżeczki lody z piwem imbirowym, Laura śmiejąca się, pozująca w erotycznej bieliźnie, którą kupiła na zjeździe pracowników biur podróży w Anaheim — zawsze zmieniał się w jego umyśle w obraz Laury obciągającej Robbiemu, podczas gdy ciężarówka spycha ich z drogi w objęcia śmierci. A potem słyszał jej słowa, nieodmiennie wzbudzające ból.

„Nie jesteś martwy”, mówiła Laura cichym głosem. „Ale nie mam pewności, czy jesteś też do końca żywy”.

Nagle ktoś zapukał do drzwi. To był tłusty dzieciak.

— Te hamburgery — rzekł. — Paskudztwo. Wyobrażasz sobie? Osiemdziesiąt kilometrów od najbliższego McDonalda. Nie sądziłem, że na świecie można znaleźć miejsce, które jest aż osiemdziesiąt kilometrów od McDonalda.

— Mój pokój powoli zamienia się w ruchliwy dworzec. W porządku, zgaduję, że przyszedłeś tu, aby zaproponować mi wolność Internetu, jeśli przejdę na waszą stronę. Tak?

Gruby dzieciak zadrżał.

— Nie. Ty jesteś już martwy. Martwe mięso — rzekł. — Jesteś pieprzonym gotyckim rękopisem. Nawet gdybyś próbował, nie zamieniłbyś się w hypertekst. Ja… wywodzę się od synaps, ty jesteś szympans.

Cień uświadomił sobie, że tamten dziwnie pachnie. W więzieniu, w celi po drugiej stronie korytarza siedział gość, którego nazwiska nigdy nie poznał. Pewnego dnia zdjął z siebie wszystkie ciuchy, oznajmił wszem i wobec, że przysłano go, by ich stamtąd zabrał, tych naprawdę dobrych, srebrnym statkiem kosmicznym wprost do raju. Wówczas Cień widział go po raz ostatni. Gruby dzieciak pachniał dokładnie tak samo.

— Jesteś tu z jakiegoś powodu?

— Po prostu chciałem porozmawiać — odparł dzieciak. W jego głosie zabrzmiała płaczliwa nuta. — W moim pokoju jest okropnie. To wszystko. Naprawdę okropnie. Osiemdziesiąt kilometrów do McDonalda, uwierzyłbyś? Może mógłbym tu zostać z tobą?

— A co z twoimi przyjaciółmi z limuzyny? Tymi, którzy mnie uderzyli? Czy nie lepiej by było, gdybyś ich zaprosił?

— Dzieci tu nie działają. Jesteśmy w martwej strefie.

— Do północy zostało jeszcze wiele czasu — oznajmił Cień. — A jeszcze więcej do świtu. Chyba potrzebujesz odpoczynku. Ja na pewno.

Przez chwilę gruby dzieciak milczał, potem skinął głową i wyszedł z pokoju.

Cień zamknął drzwi, przekręcił klucz w zamku. Położył się na materacu.

Po kilku chwilach zaczęły się hałasy. Potrzebował kilku minut, by zidentyfikować źródło dźwięku. Otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. To był tłusty dzieciak, zamknięty w swym pokoju. Wyglądało na to, że rzucał o ścianę czymś ciężkim. Z dźwięków Cień odgadł, iż owym czymś był on sam.

— To tylko ja — szlochał. Czy może: — To tylko ciało. — Cień nie potrafił określić.

— Cisza! — ryknął Czernobog ze swego pokoju w głębi korytarza.

Cień wrócił do holu i wyszedł na zewnątrz. Był zmęczony.

Kierowca wciąż stał obok hummera, ciemna postać w szpiczastej czapce.

— Nie może pan spać? — spytał.

— Nie — odparł Cień.

— Papierosa?

— Nie, dziękuję.

— A ja mogę zapalić?

— Proszę bardzo.

Kierowca sięgnął po jednorazową zapalniczkę i w żółtym blasku płomyka Cień po raz pierwszy ujrzał jego twarz, tak naprawdę zobaczył, rozpoznał go i zaczął rozumieć.

Znał owo szczupłe oblicze. Wiedział, że pod czarną czapką kryją się krótko ostrzyżone pomarańczowe włosy. Wiedział, że gdy wargi mężczyzny wygną się w uśmiechu, ukaże się sieć wyraźnych blizn.