— Dobrze wyglądasz, wielkoludzie — rzucił kierowca.
— Lokaj? — Cień nie spuszczał czujnego wzroku ze swego niegdysiejszego towarzysza.
Więzienne przyjaźnie nie są złe, pozwalają przetrwać pobyt w mrocznym miejscu, nie oszaleć z upływu lat. Lecz więzienna przyjaźń kończy się za progiem więzienia i przyjaciel pojawiający się później w życiu w najlepszym przypadku wywołuje mieszane uczucia.
— Jezu. Lokaj Lyesmith — westchnął Cień. Nagle usłyszał własne słowa i zrozumiał. — Loki — rzekł. — Loki Lie-Smith.
— Wolno kojarzysz — mruknął Loki. — Ale w końcu dochodzisz do sedna. — Jego wargi rozciągnęły się w pokrytym bliznami uśmiechu, w ciemnych oczach zapłonął żar.
Siedzieli w pokoju Cienia w opuszczonym motelu, na łóżku, po przeciwnych stronach materaca. Odgłosy dobiegające wcześniej z pokoju tłustego dzieciaka ucichły.
— Miałeś szczęście, że wsadzili nas razem — powiedział Loki. — Beze mnie nie przeżyłbyś pierwszego roku.
— Nie mogłeś wyjść w dowolnej chwili?
— Łatwiej jest odsiedzieć swoje. — Urwał. — Musisz zrozumieć, jak to jest z bogami. Tu nie chodzi o magię, lecz o bycie sobą, ale sobą takim, w jakiego wierzą ludzie. Wówczas stajesz się skoncentrowaną, powiększoną esencją własnej istoty. Stajesz się gromem, siłą biegnącego konia, mądrością, chłoniesz ich wiarę i stajesz się większy, potężniejszy, jesteś nadczłowiekiem. To jak krystalizacja. — Umilkł. — A potem, pewnego dnia zapominają tobie. Już w ciebie nie wierzą, nie składają ofiar, nie obchodzisz ich i nim się obejrzysz, grasz w trzy karty na rogu Broadwayu Czterdziestej Trzeciej Ulicy.
— Czemu siedziałeś w mojej celi?
— Przypadek. Czysty przypadek.
— A teraz pracujesz jako kierowca przeciwnika.
— Jeśli tak chcesz ich nazwać. To zależy od punktu widzenia. Według mnie pracuję dla zwycięzcy.
— Ale przecież ty i Wednesday pochodziliście z tego samego, no…
— Panteonu bogów nordyckich. Owszem, obaj pochodzimy z nordyckiego panteonu. Czy to próbowałeś powiedzieć?
— Tak.
— I co z tego?
Cień zawahał się.
— Musieliście się przyjaźnić. Kiedyś.
— Nie, nigdy się nie przyjaźniliśmy. Nie jest mi przykro z powodu jego śmierci. Nie pozwalał nam się rozwijać. Bez niego reszta będzie musiała stawić czoło faktom. Muszą się zmienić albo umrzeć, ewoluować bądź wyginąć. On odszedł, wojna się skończyła.
Cień spojrzał na niego zdumiony.
— Nie jesteś przecież aż tak głupi. Zawsze byłeś bardzo bystry. Śmierć Wednesdaya niczego nie zmieniła. Wciągnęła tylko do gry tych, którzy balansują między owsem i sianem.
— Mieszasz przenośnie, Cień. To niedobry nawyk.
— Nieważne — odparł Cień. — Po prostu mówię prawdę. Jezu, jego śmierć w jednej chwili dokonała tego, czego nie udało mu się osiągnąć przez ostatnich kilka miesięcy. Zjednoczyła ich. Dała im coś, w co mogli uwierzyć.
— Możliwe. — Loki wzruszył ramionami. — Z tego, co wiem, po mojej stronie uznano, że kiedy pozbędą się krzykacza, pozbędą się kłopotów. Ale to już nie moja sprawa. Ja po prostu prowadzę.
— Powiedz mi więc — rzekł Cień — czemu wszyscy się tak mną interesują? Zachowują się jakbym był ważny. Co ich to obchodzi?
— Niech mnie diabli, jeśli wiem. Dla nas byłeś ważny, bo Wednesday przykładał wielką wagę do twojej osoby. Natomiast czemu… To jeszcze jedna tajemnica życia.
— Zmęczyły mnie już tajemnice.
— Tak? Ja uważam, że dodają światu smaku, tak jak sól w gulaszu.
— Jesteś więc ich kierowcą? Jeździsz ze wszystkimi?
— Z każdym, kto mnie potrzebuje — odparł Loki. — Można przeżyć.
Uniósł do twarzy zegarek, nacisnął przycisk. Tarcza zalśniła łagodnym błękitem, który zalał mu twarz, nadając jej znękany, zaskoczony wyraz.
— Za pięć minut północ. Już czas — powiedział Loki. — Idziesz?
Cień odetchnął głęboko.
— Idę.
Szli naprzód ciemnym hotelowym korytarzem, póki nie dotarli do pokoju numer pięć.
Loki wyjął z kieszeni paczkę zapałek i potarł jedną z nich o paznokieć kciuka. Nagły błysk poraził oczy Cienia. Knot świecy zajął się i zapłonął, po nim kolejne. Loki wziął następną zapałkę i zapalał kolejne ogarki na parapetach, ramie łóżka, w zlewie, w kącie.
Łóżko przesunięto spod ściany na środek pokoju i okryto pościelą, starą hotelową pościelą, poplamioną i podziurawioną przez mole. Na niej leżał Wednesday, całkowicie nieruchomy.
Miał na sobie jasny garnitur, w który był ubrany w chwili śmierci. Prawa strona twarzy pozostała nietknięta, doskonała, nie splamiona krwią. Lewa była jedną wielką raną. Lewe ramię i przód marynarki pokrywały ciemne plamy. Ręce spoczywały po bokach. Zmasakrowanej twarzy daleko było do spokoju, wyglądała na udręczoną, przepełniała ją nienawiść, gniew i szaleństwo, na pewnym poziomie zaś także satysfakcja.
Cień wyobraził sobie doświadczone ręce pana Jacquela, zacierające ślady bólu i nienawiści, odtwarzające oblicze Wednesdaya w wosku i kosmetykach, nadające mu wyraz spokoju i godności, którego nie przyniosła nawet śmierć.
Jednak ciało nawet po śmierci nie wydawało się mniejsze i wciąż lekko pachniało Jackiem Danielsem.
Na zewnątrz wiatr znad równin przybierał na sile. Cień słyszał, jak ze skowytem mija stary motel w teoretycznym środku Ameryki. Świece na parapecie zamrugały gwałtownie.
Słyszał dobiegające z korytarza kroki. Ktoś zapukał do drzwi.
— Pospieszcie się! Już czas.
Zaczęli kolejno wchodzić do środka, spuszczając głowy.
Pierwszy wszedł Town, po nim Media, pan Nancy i Czerno-bog. Jako ostatni stąpał tłusty dzieciak. Jego twarz pokrywały świeże czerwone siniaki, a wargi poruszały się stale, jakby bezgłośnie coś recytował. Cień odkrył, że jest mu go żal.
Bez jednego słowa ustawili się wokół ciała, każdy o długość ręki od następnego. Atmosfera panująca w pokoju była religijna — głęboko religijna. Cień nigdy nie doświadczył niczego podobnego. Słyszał jedynie wycie wiatru i cichy trzask świeczek.
— Spotykamy się tu, w pozbawionym bogów miejscu — rzekł Loki — by przekazać ciało tego człowieka tym, którzy właściwie się nim zajmą i dopełnią rytuałów. Jeśli ktoś chce coś powiedzieć, niech przemówi teraz.
— Nie ja — wtrącił Town. — Tak naprawdę w ogóle go nie poznałem. A przez to wszystko czuję się nieswojo.
— Każde działanie ma swoje konsekwencje — oznajmił Czernobog. — Wiecie, że to dopiero początek.
Gruby dzieciak zaczął chichotać wysokim histerycznym dziewczęcym głosikiem.
— Już dobra, dobra, chwytam — rzekł. A potem, jednym tchem wyrecytował:
Urwał, marszcząc brwi.
Cholera, kiedyś znałem na pamięć cały wiersz. — Wytarł dłońmi skroń, skrzywił się i odszedł na bok.
Nagle wzrok wszystkich wbił się w Cienia. Wiatr na zewnątrz krzyczał. Cień nie wiedział, co powiedzieć.
— To wszystko jest żałosne. Połowa z was go zabiła albo przyczyniła się do jego śmierci, a teraz oddajecie nam ciało. Świetnie. Był niepoprawnym starym skurwielem, ale wypiłem jego miód i wciąż dla niego pracuję. To wszystko.