Выбрать главу

— W świecie, gdzie codziennie giną ludzie — odparła Media — musimy wszyscy pamiętać, że każdej chwili, w której ludzie codziennie opuszczają ten padół, towarzyszy chwila, gdy wkracza do niego nowe dziecko. Pierwszy płacz to — magia; trudno to wyrazić, ale miłość i smutek są niczym mleko i ciasteczka. Oto jak świetnie do siebie pasują. Wszyscy powinniśmy pomyśleć o tym przez chwilę.

Pan Nancy odchrząknął.

— A zatem ja to powiem, bo nikt inny nie chce. Jesteśmy w samym środku tego miejsca, kraju, któremu brak cierpliwości dla bogów, a tu, w środku, ma jej jeszcze mniej niż gdziekolwiek indziej. To ziemia niczyja, miejsce neutralne, a my dotrzymujemy tu rozejmow. Nie mamy wyboru: wy oddajecie nam ciało przyjaciela, my je przyjmujemy. Zapłacicie za to, morderstwo za morderstwo, krew za krew.

— Tak, jasne — wtrącił Town. — Oszczędzilibyście sobie wiele czasu i wysiłku, gdybyście po prostu wrócili do domu i strzelili sobie w łeb. To wyklucza pośrednika.

— Pieprz się — odparł Czemobog. — Niech szlag trafi ciebie, twoją matkę i pieprzonego konia, na którym tu, kurwa, przyjechałeś. Nie zginiesz nawet w bitwie, żaden wojownik nie skosztuje twojej krwi, żywy człowiek nie odbierze ci życia. Umrzesz żałosną śmiercią mięczaka, zginiesz z pocałunkiem na wargach i kłamstwem w sercu.

— Uspokój się, starcze — rzucił Town.

— Wzbiera krwawy przypływ — powiedział dzieciak. — Tak to chyba idzie.

Wiatr skowyczał.

— W porządku — oznajmił Loki. — Jest wasz. Skończyliśmy. Bierzcie drania.

Pstryknął palcami. Town, Media i grubas wyszli z pokoju. Loki uśmiechnął się do Cienia.

— Nie nazywaj nikogo szczęśliwym, co, mały? — Z tymi słowy także przekroczył próg.

— I co teraz? — spytał Cień.

— Teraz go zawiniemy — powiedział Anansi. — I zabierzemy stąd.

Owinęli ciało motelowymi prześcieradłami, okręcili zaimprowizowanym całunem tak, by nikt go nie dostrzegł i by mogli go zabrać. Dwaj starsi mężczyźni ustawili się po bokach, Cień jednak rzekł:

— Tylko coś sprawdzę. — Ugiął kolana, wsunął ręce pod spowitą w biel postać, pociągnął ją i zarzucił na ramię. Wyprostował się i stanął dość pewnie na nogach. — W porządku — rzekł. — Mam go. Zanieśmy go do samochodu.

Czernobog wyglądał, jakby miał ochotę się kłócić, zamknął jednak usta. Splunął na palec wskazujący i kciuk i zaczął gasić nimi świece. Opuszczając mroczny pokój, Cień słyszał za plecami syk.

Wednesday był ciężki, ale Cień poradził sobie z ciężarem. Maszerował miarowo. Nie miał wyboru. Przy każdym kroku w jego głowie dźwięczały słowa Wednesdaya, w gardle czuł kwaśną słodycz miodu. „Chronisz mnie. Przewozisz z miejsca na miejsce. Wykonujesz moje polecenia. W razie zagrożenia, ale tylko w wyjątkowym przypadku, robisz krzywdę ludziom, których należy skrzywdzić. Na wypadek mojej śmierci, co mało prawdopodobne, będziesz nade mną czuwał…”.

Pan Nancy otworzył przed nim drzwi wyjściowe, potem poszedł naprzód i podniósł klapę z tyłu busa. Pozostała czwórka stała już przy swym dżipie, obserwując ich, jakby nie mogli się doczekać chwili odjazdu. Loki z powrotem włożył czapkę kierowcy. Wiatr atakował Cienia, szarpał prześcieradłami.

Cień możliwie najdelikatniej ułożył Wednesdaya z tyłu mini-busu.

Ktoś klepnął go w ramię. Cień odwrócił się. Tuż za nim stał Town z wyciągniętą ręką.

— Proszę — rzekł. — Pan World chciał ci to przekazać.

To było szklane oko, nadpęknięte pośrodku. Z przodu brakowało odłamka szkła.

— Znaleźliśmy je we Dworze Masońskim podczas sprzątania. Zatrzymaj je na szczęście. Bóg jeden wie, że będziesz go potrzebował.

Cień zacisnął palce wokół oka. Pożałował, że nie potrafi odciąć się czymś zjadliwym i błyskotliwym, Town zdążył już dotrzeć do dżipa i wsiąść do niego, a Cień wciąż szukał właściwej riposty.

* * *

Jechali na wschód. Świt zastał ich w Princeton, w stanie Missouri. Cień nie zdrzemnął się jeszcze ani chwili.

— Gdzie mam cię podrzucić? — spytał Nancy. — Na twoim miejscu załatwiłbym sobie lewe papiery i wyjechał do Kanady. Albo do Meksyku.

— Zostaję z wami — odparł Cień. — Tego właśnie pragnąłby Wednesday.

— Już dla niego nie pracujesz. On nie żyje. Kiedy pozbędziemy się jego ciała, będziesz wolny.

— I co mam robić?

— Nie wchodzić nikomu w drogę podczas wojny. — Nancy włączył kierunkowskaz i skręcił w lewo.

— Schowaj się, młody przyjacielu — powiedział Czernobog. — Kiedy wszystko się skończy, wrócisz do mnie, a ja zakończę sprawę.

— Dokąd zabieramy ciało? — spytał Cień.

— Do Wirginii. Tam jest drzewo — odparł Nancy.

— Drzewo świata — uzupełnił z ponurą satysfakcją Czernobog. — Kiedyś mieliśmy takie w naszej części świata, ale nasze rosło pod ziemią, nie nad nią.

— Złożymy go u stóp drzewa — ciągnął pan Nancy — i zostawimy tam. Wypuścimy ciebie i pojedziemy na południe. Czeka nas bitwa. Rozlew krwi. Wielu zginie. Świat zmieni się nieco.

— Nie chcecie, żebym wziął udział w bitwie? Jestem dość duży i dobrze sobie radzę w bójkach.

Nancy odwrócił głowę i uśmiechnął się do Cienia — był to pierwszy prawdziwy uśmiech, jaki Cień oglądał na jego twarzy od chwili wyciągnięcia go z okręgowego więzienia.

— Bitwa ta zostanie stoczona w miejscu, do którego nie możesz się udać. Którego nie zdołasz dotknąć…

— W sercach i umysłach ludzi — dokończył Czemobog. — Jak na tamtej wielkiej zabawce.

— Gdzie?

— Na karuzeli — przetłumaczył pan Nancy.

— Ach tak, na tyłach. Rozumiem. Coś jak ta pustynia z kośćmi.

Pan Nancy uniósł głowę.

— Za każdym razem, gdy uznaje, że brak ci rozsądku, by wykonać najprostszą czynność, zaskakujesz mnie. Owszem, tam właśnie rozegra się bitwa. Dla innych pozostanie tylko rozbłysk i grzmot.

— Opowiedz mi o czuwaniu — poprosił Cień.

— Ktoś musi zostać przy ciele. Tak każe tradycja. Znajdziemy kogoś.

— Chciał, żebym ja to zrobił.

— Nie — uciął Czernobog. — To cię zabije. Zły, zły, zły pomysł.

— Ach tak? Zabije mnie? Czuwanie przy ciele?

— Nie tego chciałbym podczas mojego pogrzebu — oznajmił pan Nancy. — Gdy umrę, chcę, aby pochowali mnie gdzieś, gdzie jest ciepło. A gdy ładne dziewczyny będą przechodzić nad moim grobem, będę łapał je za kostki. Jak w tamtym filmie.

— Nigdy go nie oglądałem — odparł Czernobog.

— Oczywiście, że oglądałeś. Scena na samym końcu. To szkolny film. Dzieci idące na bal maturalny.

Czernobog pokręcił głową.

— Nazywa się „Carrie”, panie Czemobog — wtrącił Cień. — No dobrze, niech któryś z was opowie mi o czuwaniu.

— Ty mu opowiedz — polecił pan Nancy. — Ja prowadzę.

— Nigdy nie słyszałem o filmie „Carrie”. Ty mu powiedz.

W końcu Nancy rzekł:

— Osoba wybrana do czuwania zostaje przywiązana do drzewa, tak jak kiedyś Wednesday. A potem wisi na nim przez dziewięć dni i dziewięć nocy, bez jedzenia, bez snu. Zupełnie sama. W końcu odcinają ją, jeśli przeżyje… no, to możliwe. Teoretycznie. A Wednesday będzie miał swoje czuwanie.

— Może Alviss przyśle nam kogoś ze swoich — mruknął Czernobog. — Krasnal zdołałby to przeżyć.

— Ja to zrobię — oznajmił Cień.