— Nie — powiedział pan Nancy.
— Tak — odparł Cień.
Obaj starcy umilkli. W końcu Nancy spytał:
— Czemu?
— Bo coś takiego zrobiłby żywy człowiek — wyjaśnił Cień.
— Oszalałeś! — mruknął Czernobog.
— Możliwe. Lecz zamierzam czuwać przy zwłokach Wednesdaya.
Gdy zatrzymali się na stacji benzynowej, Czernobog oświadczył, że jest mu niedobrze i chce jechać z przodu. Cień nie miał nic przeciwko przejściu na tylne siedzenia. Wyciągnął się na nich i zasnął.
Jechali w milczeniu. Cień miał wrażenie, że podjął decyzję ważną i dziwną zarazem.
— Hej, Czernobogu — odezwał się w końcu pan Nancy. — Widziałeś technicznego chłopca w motelu? Nie był szczęśliwy. Dostał pierdolca, i to ostrego. To właśnie największy problem z tymi nowymi. Uważają, że zjedli wszystkie rozumy i wszystkiego muszą doświadczyć na własnej skórze.
— I dobrze — rzekł Czernobog.
Cień leżał na tylnym siedzeniu. Czuł się dziwnie rozdwojony, może nawet więcej niż rozdwojony. Jakaś część jego myślała z radością i zachwytem: w końcu coś zrobił. Wykonał własny ruch. Nie miałoby to znaczenia, gdyby nie chciał żyć, ale on tego pragnął. Oto różnica. Miał nadzieję, że przeżyje. Był jednak gotów umrzeć, jeśli wymagało tego życie. Przez chwilę wydawało mu się, że wszystko to jest zabawne, najzabawniejsze na świecie. Zastanawiał się, czy Laura doceniłaby komizm sytuacji.
Inna część jego — może to Mike Ainsel, unicestwiony jednym naciśnięciem guzika na komisariacie w Lakeside? — wciąż próbowała wszystko zrozumieć, dostrzec ogólny wzór.
— Ukryci Indianie — powiedział głośno.
— Co? — z przodu dobiegł go poirytowany skrzeczący głos Czemoboga.
— Obrazki, które kolorowaliśmy w dzieciństwie. „Czy widzisz ukrytych Indian? Na tym obrazku jest ich dziesięciu, znajdziesz wszystkich?”. Na pierwszy rzut oka było widać wyłącznie wodospad, skały i drzewa; potem dostrzegaliśmy, że jeśli przekręcić obrazek, cień zamienia się w Indianina… — Ziewnął.
— Idź spać — poradził Czernobog.
— Ale wzór — zaprotestował Cień. Potem zasnął, śniąc o ukrytych Indianach.
Drzewo rosło w Wirginii, na tyłach starej farmy. Aby na nią dotrzeć, musieli jechać niemal godzinę na południe od Blacksburga, pokonując drogi o nazwach takich jak Gałązka Pennywinkle’a i Koguci Grzebień. Dwa razy musieli zawracać. Pan Nancy i Czernobog wściekli się na Cienia i siebie nawzajem. Zatrzymali się i poprosili o wskazówki w małym sklepiku u stóp wzgórza, w miejscu gdzie droga się rozwidlała.
Z zaplecza wyszedł stary człowiek i spojrzał na nich. Miał na sobie dżinsowe ogrodniczki i nic poza tym, nawet butów. Czernobog wyjął ze słoja na ladzie marynowaną wieprzową nóżkę i wyszedł na zewnątrz, żeby ją zjeść, gdy tymczasem mężczyzna w ogrodniczkach narysował panu Nancy’emu mapki na serwetkach, zaznaczając właściwe zakręty i punkty charakterystyczne.
Znów ruszyli w drogę. Pan Nancy prowadził. Po dziesięciu minutach dotarli na miejsce. Napis nad bramą głosił JESION.
Cień wysiadł z minibusu i otworzył bramę. Wóz przejechał przez nią, podskakując na wyboistej łące. Potem zamknął bramę, kawałek szedł za busem, aby rozprostować nogi. Od czasu do czasu podbiegał, gdy wóz oddalał się zbytnio. Cieszył się, że może poruszać własnym ciałem.
Podczas jazdy z Kansas stracił poczucie czasu. Ile jechali? Dwa dni? Trzy? Nie wiedział.
Ciało z tyłu minibusu nie ulegało rozkładowi. Wciąż czuł jego zapach — lekką woń Jacka Danielsa połączoną z czymś, co przypominało skwaśnialy miód. Nie była jednak nieprzyjemna. Od czasu do czasu Cień wyciągał z kieszeni szklane oko i przyglądał mu się. Było mocno pęknięte, przypuszczał, że od uderzenia pocisku, lecz prócz odpryśniętego kawałka z boku tęczówki, powierzchnię miało nietkniętą. Cień przekładał je z ręki do ręki, ukrywał w dłoniach, przesuwał palcami. Upiorna pamiątka, lecz dziwnie dodająca otuchy. Podejrzewał, że Wednesday nieźle by się uśmiał, gdyby się dowiedział, że jego oko wylądowało w kieszeni Cienia.
Farma była opuszczona. Na pozostawionych odłogiem łąkach rosła wysoka trawa. Z tyłu dach budynku zaczynał się walić. Pokrywały go płachty czarnego plastiku. A potem przejechali przez szczyty wzgórza i Cień ujrzał drzewo.
Było srebrzystoszare, wyższe niż dom na farmie. Najpiękniejsze drzewo, jakie zdarzyło mu się oglądać — widmowe, a przecież absolutnie rzeczywiste i niemal idealnie symetryczne. Natychmiast też wydało mu się znajome; zastanawiał się, czy o nim śnił, a potem zrozumiał, że nie, po prostu widział je wcześniej, czy raczej jego wizerunek, i to wielokrotnie — srebrną spinkę do krawata Wednesdaya.
Volkswagen jechał naprzód, podskakując na wybojach. W końcu zatrzymał się jakieś pięć metrów od pnia.
Obok drzewa stały trzy kobiety. Na pierwszy rzut oka Cień pomyślał, że to Zorie, ale nie, nie znał ich. Sprawiały wrażenie zmęczonych i znudzonych, jakby stały tam od bardzo dawna. Każda z nich trzymała drewnianą drabinę, najwyższa dodatkowo brązowy worek. Wyglądały jak zestaw rosyjskich lalek babuszek: wysoka była wzrostu Cienia, czy nawet wyższa, druga średniego wzrostu i trzecia kobieta tak drobna i zgarbiona, że na pierwszy rzut oka Cień błędnie wziął ją za dziecko. Były do siebie tak podobne, iż uznał, że to z pewnością siostry.
Najdrobniejsza z kobiet przykucnęła i dygnęła przed hamującym wozem. Pozostałe dwie patrzyły bez słowa. Wszystkie trzy paliły jednego papierosa, aż do filtra. W końcu jedna z nich zgasiła go o korzeń.
Czernobog otworzył tył samochodu. Największa z kobiet przecisnęła się obok niego i bez trudu, jakby miała do czynienia z workiem mąki, zabrała ciało Wednesdaya i zaniosła je pod drzewo. Ułożyła zwłoki na ziemi tuż przed drzewem, jakieś trzy metry od pnia. Wraz z siostrami odwinęła ciało Wednesdaya. W blasku dnia wyglądał gorzej niż w świetle świec w pokoju motelowym. Po jednym szybkim spojrzeniu Cień odwrócił wzrok. Kobiety uporządkowały jego strój, wyprostowały krawat, potem położyły Wednesdaya na skraju prześcieradła i z powrotem go owinęły.
A później podeszły do Cienia.
— Ty nim jesteś? — spytała największa z sióstr.
— Tym, który będzie opłakiwał Wszechojca? — spytała środkowa.
— Postanowiłeś czuwać? — spytała najdrobniejsza.
Cień skinął głową. Potem nie potrafił już sobie przypomnieć, czy rzeczywiście usłyszał ich głosy. Może po prostu zrozumiał, co mówiły, dzięki ich wyglądowi i wyrazowi oczu.
Pan Nancy, który odszedł do domu, żeby skorzystać z toalety, wrócił pod drzewo. Palił cygaretkę. Sprawiał wrażenie zamyślonego.
— Cieniu! — zawołał. — Naprawdę nie musisz tego robić. Znajdziemy kogoś, kto lepiej nada się do tej roli.
— Ale to zrobię — odparł z prostotą Cień.
— A jeśli umrzesz? — spytał z prostotą pan Nancy. — Jeśli to cię zabije?
— Wówczas — odparł Cień — zabije mnie.
Pan Nancy gniewnym gestem odrzucił cygaretkę w głąb łąki.
— Mówiłem, że masz w głowie gówno nie mózg, i to wciąż prawda. Nie dostrzegasz, gdy ktoś proponuje ci honorowe wyjście?
— Przykro mi. — Cień nie odezwał się więcej. Nancy wrócił do minibusu.
Do Cienia podszedł Czernobog. Nie wyglądał na zadowolonego.
— Musisz przez to przejść i przeżyć — powiedział. — Zrób to dla mnie. — Łagodnie postukał zgiętymi palcami w czoło Cienia, mówiąc: — Bam! — Ścisnął mu ramię, poklepał po ręce i dołączył do pana Nancy’ego.