Выбрать главу

Wisiał na drzewie, podczas gdy błyskawice rozorywały nocne niebo, a grzmoty zlewały się, tworząc wszechobecny łoskot, od czasu do czasu wznoszący się falami dźwięku odległych wybuchających bomb. Wiatr szarpał ciało Cienia, próbując oderwać go od drzewa, chłoszcząc, tnąc do kości, i Cień w głębi duszy wiedział, że zaczęła się prawdziwa burza.

Wówczas wezbrała w nim dziwna radość, zaczął się śmiać, a deszcz zmywał jego nagą skórę. Błyskawice lśniły, grzmoty rozbrzmiewały tak głośno, że prawie nie słyszał własnego śmiechu. Rozkoszował się wszystkim.

Żył. Nigdy wcześniej nie czuł czegoś takiego. Nigdy.

Jeśli nawet ma umrzeć, pomyślał, jeśli umrze tu na drzewie, warto było przeżyć to wszystko dla tej jednej szalonej doskonałej chwili.

— Hej! — krzyknął, zwracając się do burzy. — Hej, to ja! Tu jestem!

Schwytał odrobinę wody pomiędzy nagie ramię i pień drzewa, przekręcił głowę i mlaskając i siorbiąc, wypił deszczówkę. A potem znów wybuchnął radosnym śmiechem, pełnym zachwytu, nie obłędu, póki w końcu nie mógł się już śmiać i zawisł zbyt wyczerpany, by się poruszyć.

U stóp drzewa deszcz przemoczył prześcieradło, które stało się nieco przejrzyste, uniósł je i odsunął, toteż Cień widział martwą dłoń Wednesdaya, bladą, woskowatą, a także kształt jego głowy. Pomyślał o Całunie Turyńskim; przypomniał sobie dziewczynę leżącą na stole Jacquela w Kairze. Nagle, jakby rzucając wyzwanie chłodowi, pojął, że jest mu ciepło i wygodnie, a kora wabi swą miękkością. Znów zasnął i jeśli nawet o czymś śnił, tym razem niczego nie pamiętał.

* * *

Następnego ranka ból nie był już umiejscowiony, nie ograniczał się do miejsc, w których sznury zagłębiały się w ciało albo kora drapała skórę. Teraz czuł go wszędzie.

Poza tym był głodny, żołądek zaciskał się w kolejnych skurczach, Cieniowi dudniło w głowie. Czasami wyobrażał sobie, że przestaje oddychać, że jego serce już nie bije. Wówczas wstrzymywał oddech, póki nie usłyszał w uszach potężnego bicia serca, miarowego niczym szum oceanu. Wówczas wciągał w płuca powietrze, niczym nurek wynurzający się z głębiny.

Miał wrażenie, że drzewo sięga od piekła ku niebu, a on wisi na nim od zawsze.

Brązowy sokół okrążył drzewo, wylądował na złamanej gałęzi obok Cienia i znów wzleciał w powietrze, kierując się na zachód.

Burza, która ustała o świcie, w miarę upływu dnia zbliżała się ponownie. Szare skłębione chmury rozciągały się od horyzontu po horyzont, tworząc lekką mżawkę. Ciało u stóp drzewa zdawało się kurczyć, owinięte w poplamione prześcieradło motelowe, zapadało się w sobie niczym zostawiony na deszczu beżowy tort.

Ciało Cienia raz płonęło, raz zamarzało.

Gdy grzmoty powróciły, wyobraził sobie, że słyszy bębny i kotły ukryte w odgłosach gromów i biciu własnego serca, wewnątrz głowy i na zewnątrz. Nieważne.

Postrzegał ból jako barwy: czerwień barowego neonu, zieleń świateł ulicznych w deszczową noc, błękit pustego ekranu.

Wiewiórka zeskoczyła z pnia na ramię Cienia, wbijając mu w skórę ostre pazurki. „Ratatosk”, zaświergotała. Zimny nos dotknął jego ust…Ratatosk”. Z powrotem wskoczyła na drzewo.

Na całym ciele czuł ukłucia, mrowienie, jakby przebiegały po nim tysiące mrówek. To było nieznośne uczucie.

W dole, na motelowym prześcieradle, ujrzał całe swoje życie: wydarzenia rozłożone niczym dadaistyczny piknik, surrealistyczne tableau. Widział zdumione spojrzenie matki, Ambasadę Amerykańską w Norwegii, oczy Laury w dzień ślubu…

Zachichotał, rozciągając zeschnięte usta.

— Co cię tak bawi, piesku? — spytała Laura.

— Nasz ślub — odparł. — Przekupiłaś organistę, żeby zamiast marsza weselnego zagrał w chwili twojego wejścia temat z serialu „Scooby Doo”. Pamiętasz?

— Oczywiście, że pamiętam, kochany. I udałoby się, gdyby nie te wścibskie dzieciaki.

— Tak bardzo cię kochałem — rzekł Cień.

Czuł na swych wargach jej usta, ciepłe, żywe, wilgotne, nie zimne i martwe, dlatego wiedział, że to kolejna halucynacja.

— Tak naprawdę cię tu nie ma, prawda?

— Nie — odparła. — Ale wzywasz mnie po raz ostatni. Przybędę.

Oddychanie przychodziło mu coraz trudniej, sznury zagłębiające się w ciało były czymś abstrakcyjnym, jak wolna wola czy wieczność.

— Śpij, piesku — powiedziała, choć wydało mu się, że tak naprawdę słyszy własny głos. I zasnął.

* * *

Słońce lśniło niczym cynowa moneta na ołowianym niebie. Cień powoli uświadomił sobie, że już się przebudził i że jest mu zimno. Lecz część jego umysłu, rozumiejąca sytuację, oddaliła się od całej reszty. Gdzieś z dali pojmował, że usta i gardło pieką go boleśnie, wysuszone, popękane. Czasami w blasku dnia widział spadające gwiazdy. Innym razem dostrzegał lecące ku niemu olbrzymie ptaki wielkości ciężarówek dostawczych. Żaden do niego nie dotarł, nic go nie dotknęło.

„Ratatosk. Ratatosk”. Świergot zamienił się w wyrzuty.

Wiewiórka wylądowała ciężko na jego ramieniu, wbijając weń ostre pazurki, i spojrzała mu prosto w twarz. Zastanawiał się, czy to także halucynacja: zwierzątko trzymało w przednich łapkach skorupkę orzecha włoskiego niczym filiżankę z domu dla lalek. Przycisnęło ją do ust Cienia. Cień poczuł wodę; odruchowo wciągnął ją w usta, pijąc z maleńkiego kielicha. Zwilżył spękane wargi, suchy język, przepłukał zaschnięte usta i przełknął resztę, maleńki łyk wody.

Wiewiórka wróciła na drzewo, zbiegła ku korzeniom, a potem, po kilku sekundach, minutach czy może godzinach, Cień nie potrafił określić (pomyślał, że wszystkie zegary w jego umyśle już się zepsuły, ich koła zębate, łańcuchy i połamane sprężyny tworzyły stos złomu w falującej trawie), zwierzę powróciło z orzechowym kubkiem, ostrożnie wspinając się na pień. Cień wypił przyniesioną mu wodę.

Jego usta wypełnił smak błota i żelaza. Woda ochłodziła wysuszone gardło, złagodziła zmęczenie i szaleństwo.

Po trzeciej porcji przestało go dręczyć pragnienie.

I wtedy zaczął walczyć, szarpać liny, kołysać ciałem, próbując zejść, uwolnić się, uciec. Jęczał.

Węzły okazały się mocne, sznury wytrzymałe i wkrótce Cień znów wyczerpał wszystkie siły.

* * *

W swym delirium Cień stał się drzewem. Jego korzenie sięgały daleko w głąb gliniastej ziemi, w głąb czasu, do ukrytych źródeł. Poczuł źródło kobiety zwanej Urd, co oznacza przeszłość. Była wielka niczym olbrzymka — podziemna góra o kształtach niewiasty, a wody, których strzegła, były wodami czasu. Inne korzenie sięgały ku innym miejscom, niektóre z nich skrywała tajemnica. Teraz, gdy czuł pragnienie, czerpał wodę z korzeni, wciągał ją do swego jestestwa.

Miał sto rąk rozdzielających się na setki tysięcy palców, a wszystkie palce sięgały ku niebu. Przytłaczający ciężar firmamentu spoczywał na jego ramionach.

Jego cierpienie nie zmalało, lecz ból przynależał do postaci wiszącej na drzewie, nie do samego drzewa. Cień w swym obłędzie stał się kimś więcej niż człowiekiem na drzewie. Był drzewem, wiatrem kołyszącym nagimi gałęziami drzewa świata, szarym niebem, skłębionymi chmurami, wiewiórką Ratatosk przebiegającą od najgłębszych korzeni ku najwyższym gałęziom, sokołem o szalonych oczach, siedzącym na złamanym konarze u stóp drzewa i oglądającym stamtąd świat, robakiem w rdzeniu pnia.