Gwiazdy krążyły mu nad głową, a on wyciągał ku nim setkę rąk, chwytając je, ukrywając, przekładając…
Chwila jasności w morzu bólu i obłędu: Cień miał wrażenie, jakby wypłynął na powierzchnię. Wiedział, że to nie potrwa długo. Poranne słońce go oślepiało. Zamknął oczy, żałując, że nie może ich osłonić.
Nie zostało mu wiele czasu. To także wiedział.
Gdy otworzył oczy, przekonał się, że obok niego na drzewie siedzi młody mężczyzna. Skórę miał ciemnobrązową, czoło wysokie, ciemne włosy mocno skręcone. Przycupnął na wysokiej gałęzi nad głową Cienia. Cień widział go wyraźnie, unosząc głowę. Widział też, że mężczyzna jest kompletnie szalony. Dostrzegł to na pierwszy rzut oka.
— Jesteś nagi — powiedział szaleniec załamującym się głosem, jakby zdradzał mu największy sekret świata. — Ja też jestem nagi.
— Widzę — wychrypiał Cień.
Szaleniec spojrzał na niego, przytaknął i pokręcił głową w dół i dookoła, jakby próbował rozluźnić zdrętwiały kark. W końcu spytał:
— Znasz mnie?
— Nie — odparł Cień.
— Ja ciebie znam. Obserwowałem cię w Kairze. I potem. Moja siostra cię lubi.
— Ty jesteś… — nie mógł przypomnieć sobie imienia. Zjada zwierzęta z drogi. Tak. — Jesteś Horus.
Szaleniec skinął głową.
— Horus — powtórzył. — Jestem jastrzębiem poranka, sokołem popołudnia, jestem słońcem. Tak jak ty. I znam prawdziwe imię Ra. Matka mi powiedziała.
— To świetnie — odrzekł uprzejmie Cień.
Szaleniec długą chwilę wpatrywał się uważnie w trawę pod nimi. Milczał. A potem zeskoczył z drzewa.
Sokół runął jak kamień ku ziemi. W ostatniej chwili wyszedł z lotu koszącego, ciężko zatrzepotał skrzydłami i wrócił na drzewo, trzymając w szponach małego królika. Wylądował na gałęzi bliżej Cienia.
— Jesteś głodny? — spytał szaleniec.
— Nie — odparł Cień. — Chyba powinienem być, ale nie jestem.
— Ja jestem głodny — oznajmił tamten.
Pospiesznie zjadł królika, rozszarpując go, wysysając, rozdzierając na strzępy. Skończywszy posiłek, upuścił na ziemię obgryzione kości i futro. Przeszedł po gałęzi, zbliżając się do Cienia na odległość ręki, i zaczął oglądać go z ciekawością, uważnie, ostrożnie, od stóp do głów. Na brodzie i piersi miał plamy króliczej krwi. Starł je grzbietem dłoni.
Cień poczuł, że musi coś powiedzieć.
— Hej — rzucił.
— Hej — odparł szaleniec. Wyprostował się na gałęzi, odwrócił od Cienia i wypuścił na łąkę w dole strumień ciemnego moczu. Sikał bardzo długo. Gdy skończył, znów przykucnął.
— Jak cię zwą? — spytał Horus.
— Cień — odparł Cień.
Szaleniec skinął głową.
— Ty jesteś cieniem, ja światłem. Wszystko, co istnieje, rzuca cień. — Po czym dodał: — Wkrótce zaczną walczyć. Obserwowałem ich, gdy się zjeżdżali.
— Ty umierasz — powiedział po chwili milczenia. — Prawda?
Cień jednak nie mógł już mówić. Sokół wzleciał w powietrze i zataczając kręgi, powoli uniósł się ku niebu, szybując na prądach wznoszących.
Blask księżyca.
Atak kaszlu wstrząsnął ciałem Cienia. Głęboki bolesny kaszel raniący gardło i płuca. Cień, krztusząc się, chwycił powietrze.
— Witaj, piesku — usłyszał znajomy głos.
Spojrzał w dół.
Białe światło księżyca przeświecało przez gałęzie drzewa, jasne jak w dzień. W dole, u stóp drzewa, stała kobieta o owalnej bladej twarzy. Wiatr kołysał gałęziami.
— Cześć, piesku — powtórzyła.
Próbował coś powiedzieć, zamiast tego z jego piersi wydobył się kaszel i długo go męczył.
— Wiesz — rzuciła wesoło. — To nie brzmi dobrze.
— Witaj, Lauro — wychrypiał.
Spojrzała na niego ciemnymi oczami i uśmiechnęła się.
— Jak mnie znalazłaś?
Przez chwilę milczała w blasku księżyca.
— Ze wszystkiego, co mam, ty jesteś najbliższy życia. Tylko ty mi pozostałeś. Tylko ty nie jesteś ponury, płaski, szary. Nawet z zasłoniętymi oczami, ciśnięta na dno najgłębszego oceanu, wiedziałabym gdzie cię szukać. Mogliby mnie pogrzebać sto mil pod ziemią, a nadal potrafiłabym cię znaleźć.
Spojrzał w dół na kobietę w blasku księżyca i oczy zapiekły go od łez.
— Odetnę cię — oznajmiła po chwili. — Zbyt wiele czasu poświęcam na ratowanie ci życia, prawda?
Znów zakasłał.
— Nie, zostaw mnie. Muszę to zrobić.
Uniosła głowę i pokręciła nią.
— Oszalałeś. Ty przecież umierasz. W najlepszym razie zostaniesz kaleką, jeśli już nim nie jesteś.
— Może — odparł. — Ale teraz żyję.
— Tak — powiedziała po chwili. — Chyba tak.
— Mówiłaś mi wtedy, na cmentarzu.
— Wydaje się, że minęło tyle czasu, piesku. Tu czuję się lepiej. Tak bardzo nie boli. Wiesz, co chcę przez to powiedzieć? Ale bardzo chce mi się pić.
Wiatr nieco zelżał i Cień poczuł jej woń: smród gnijącego mięsa, choroby i rozkładu, mdlący, przenikliwy.
— Straciłam pracę — oznajmiła. — Pracowałam w nocy, ale mi oznajmili, że ludzie skarżyli się na mnie. Mówiłam, że jestem chora, ich to jednak nie obeszło. Jestem taka spragniona.
— Kobiety — rzekł. — Mają wodę. W domu.
— Piesku… — w jej głosie zabrzmiał lęk.
— Powiedz im… powiedz, że prosiłem, by dały ci wodę…
Biała twarz zwróciła się ku niemu.
— Powinnam już iść — oznajmiła. Potem zakrztusiła się, skrzywiła i wypluła na trawę coś białego. To coś wylądowało na ziemi i odpełzło.
Cień oddychał z największym trudem. Pierś miał ciężką, kręciło mu się w głowie.
— Zostań — rzekł głosem cichszym od szeptu. Nie wiedział, czy go usłyszała. — Proszę, nie odchodź. — Znów zaczął kaszleć. — Zostań do rana.
— Trochę zostanę — odparła. A potem, niczym matka do dziecka, dodała: — Póki tu jestem, nic cię nie skrzywdzi. Wiesz o tym?
Cień znów się zakrztusił. Zamknął oczy — tylko na chwilkę, pomyślał — gdy jednak znów uniósł powieki, księżyc zaszedł, a on znów był sam.
Łoskot i ogłuszające pulsowanie w głowie, wykraczające poza ból migrenowy, poza wszelki ból. Wszystko rozpadało się na maleńkie motylki krążące wokół niego niczym wielobarwna burza piaskowa i znikające w mroku nocy.
Białe prześcieradło wokół ciała u stóp drzewa łopotało głośno, poruszane porannym wiatrem.
Rytmiczny łoskot ucichł, wszystko zwolniło bieg. Nie zostało już nic, co zmuszałoby go do dalszego oddychania. Serce przestało bić w piersi.
Ciemność, w którą tym razem wkroczył, była głęboka, rozświetlona blaskiem samotnej gwiazdy i ostateczna.
ROZDZIAŁ SZESNASTY
Wiem, że to oszustwo, ale to jedyna gra w mieście.