Выбрать главу
— Canada Bill Jones.

Drzewo zniknęło. Świat zniknął, szare poranne niebo nad głową także. Teraz niebo miało kolor północy. Wysoko w górze świeciła samotna, zimna gwiazda — jasny, mrugający punkcik. Nic poza tym. Cień postąpił krok naprzód i o mało się nie przewrócił.

Spojrzał w dół. W skale wycięto stopnie, tak wielkie, iż zdawało się, że to olbrzymy je wykuły i używały dawno, dawno temu.

Zaczął gramolić się w dół; na pół zeskakując, na pół zsuwając się z kolejnych stopni. Bolało go całe ciało. Był to ból wynikający z zastania mięśni, nie cierpienia umęczonego ciała, które aż do śmierci wisiało na drzewie.

Bez zdumienia zauważył, że jest teraz ubrany: w dżinsy i biały podkoszulek. Stopy miał bose. Nagle przeżył gwałtowne deja vu: dokładnie w tym samym stroju stał nocą w mieszkaniu Czernoboga, gdy przyszła do niego Zoria Połunocznaja i opowiedziała o gwiazdozbiorze zwanym Rydwanem Odyna. Wtedy zdjęła dla niego księżyc z nieba.

I nagle wiedział już, co się zaraz stanie: pojawi się Zoria Połunocznaja.

Czekała na niego u stóp schodów. Na niebie nie świecił księżyc, ją jednak nadal otaczała księżycowa poświata. Włosy miała białe, srebrzyste, na sobie tę samą bawełniano-koronkową nocną koszulę, co wówczas w Chicago.

Na jego widok uśmiechnęła się i spuściła wzrok, jakby zakłopotana.

— Witaj — rzekła.

— Cześć — odparł Cień.

— Co u ciebie?

— Sam nie wiem. Może to kolejny dziwny sen na drzewie. Od wyjścia z wiezienia nawiedzały mnie szalone sny.

Jej twarz była skąpana w srebrnym świetle księżyca (choć na czarnym jak śliwka niebie nie lśnił żaden księżyc, a teraz u stóp schodów stracili z oczu nawet samotną gwiazdę). Wyglądała krucho i poważnie.

— Jeśli chcesz, możesz otrzymać odpowiedzi na wszystkie twoje pytania. Gdy jednak raz je poznasz, już nigdy nie zapomnisz.

Za jej plecami ścieżka się rozdzielała. Wiedział, że będzie musiał postanowić, którędy pójść dalej, ale czuł, że najpierw powinien zrobić coś jeszcze. Sięgnął do kieszeni dżinsów i z ulgą poczuł na jej dnie znajomy ciężar monety. Wyciągnął ją, przytrzymał między kciukiem i palcem wskazującym: dolarówka z głową Wolności z 1922 roku.

— To należy do ciebie — rzekł.

W tym momencie przypomniał sobie, że tak naprawdę jego ubranie leży u stóp drzewa. Kobiety umieściły je w płóciennym worku, z którego wyjęły liny. Zawiązały koniec worka, a najwyższa z nich przygniotła go kamieniem, by ochronić przed wiatrem. Wiedział, iż w rzeczywistości dolarówka spoczywa w kieszeni, w worku, pod kamieniem. Wciąż czuł jednak jej ciężar w dłoni, tu, u wrót podziemnego świata.

Zoria Połunocznaja wzięła monetę smukłymi palcami.

— Dziękuję. Dwa razy kupiła ci wolność — oznajmiła — a teraz oświetli twą drogę w mroku.

Ścisnęła monetę w dłoni. Potem sięgnęła w górę i umieściła ją w powietrzu, najwyżej jak zdołała. Wtedy wypuściła dolarówkę. Miast spaść, moneta uleciała w górę, póki nie znalazła się trzydzieści centymetrów nad głową Cienia. Jednakże nie była to już srebrna dolarówka. Twarz Wolności otoczona ostrą koroną zniknęła. Na monecie ujrzał tajemnicze oblicze księżyca na letnim niebie.

Cień nie potrafił stwierdzić, czy patrzy na księżyc wielkości dolara, wiszący tuż nad jego głową, czy też na księżyc wielkości Oceanu Spokojnego, wiele tysięcy mil dalej. Nie żeby czyniło to jakąkolwiek różnicę. Może wszystko jest kwestią odpowiedniego spojrzenia?

Zerknął na rozwidlającą się ścieżkę.

— Którędy powinienem pójść? — spytał. — Która z dróg jest bezpieczna?

— Jeśli wybierzesz jedną, nie zdołasz pójść drugą — odparła. — Lecz żadna ze ścieżek nie jest bezpieczna. Którędy wolisz iść? Drogą trudnych prawd czy też drogą krzepiących kłamstw?

— Prawd — odparł. — Zbyt wiele już kłamstw usłyszałem.

Spojrzała na niego ze smutkiem.

— Będziesz musiał za to zapłacić.

— Zapłacę. Jaja jest cena?

— Twoje imię — rzekła. — Twoje prawdziwe imię. Musisz mi je oddać.

— Jak?

— O tak.

Sięgnęła idealnie piękną ręką ku jego głowie. Poczuł palce muskające skórę, przebijające ją, wnikające w głąb czaszki, głęboko, do środka głowy. Nagle coś go załaskotało w głowie i wzdłuż kręgosłupa. Zoria wyciągnęła rękę. Na czubku palca wskazującego tańczył płomyk, podobny do płomienia świecy, tyle że jasny, oślepiająco biały.

— To jest moje imię? — spytał Cień.

Zacisnęła palce. Płomyk zniknął.

— To było twoje imię — odparła. Wyciągnęła rękę i wskazała prawą odnogę ścieżki. — Tamtędy — oznajmiła — na razie.

Bezimienny Cień ruszył w blasku księżyca prawą ścieżką. Gdy się odwrócił, by jej podziękować, ujrzał jedynie ciemność. Miał wrażenie, że znajduje się głęboko pod ziemią. Kiedy jednak uniósł wzrok i spojrzał w mrok nad głową, wciąż widział maleńki księżyc.

Skręcił za róg.

Jeśli to jest życie po życiu — pomyślał — to bardzo przypomina Dom na Skale: częściowo diorama, częściowo nocny koszmar.

Widział samego siebie w niebieskim, więziennym stroju, w biurze naczelnika, gdy ten mówił mu o śmierci Laury w wypadku samochodowym. Ujrzał wyraz własnej twarzy — wyglądał jak człowiek, którego porzucił cały świat. Ów nagi strach i cierpienie sprawiały mu ból. Pospieszył naprzód, mijając szary gabinet naczelnika, i nagle odkrył, że zagląda do warsztatu naprawy magnetowidów na przedmieściach Eagle Point, trzy lata temu. O, tak.

Wiedział, że w środku bije na miazgę Larry’ego Powersa i B.J. Westa, rozwalając sobie kostki: wkrótce wyjdzie, dźwigając brązową torbę z supermarketu, wypełnioną dwudziestodolarówkami. Nigdy nie zdołali dowieść, że wziął te pieniądze: jego część łupu i nieco więcej, bo nie powinni byli próbować oszukać jego i Laury. Był tylko kierowcą, ale swoje zrobił. Zrobił wszystko, o co go prosiła…

Podczas procesu nikt nie wspominał o napadzie na bank, choć wszyscy bardzo tego chcieli. Niczego nie mogli dowieść, póki nikt się nie wygadał, toteż nic nie mówili. Oskarżyciel musiał skupić się na uszkodzeniach ciała Powersa i Westa. Zademonstrował zdjęcia obu mężczyzn w chwili przyjęcia do miejscowego szpitala. Cień prawie się nie bronił. Tak było łatwiej. Power i West nie potrafili sobie przypomnieć, o co poszło, przyznali jednak, że to Cień ich zaatakował.

Nikt nie wspominał o pieniądzach.

Nikt nie wspomniał imienia Laury, a Cieniowi tylko o to chodziło.

Zastanawiał się, czy ścieżka krzepiących kłamstw byłaby łatwiejsza. Odszedł stamtąd, podążając skalistą dróżką do pomieszczenia przypominającego szpitalny pokój, w szpitalu publicznym w Chicago. Poczuł, jak w gardle wzbiera mu żółć. Zatrzymał się. Nie chciał patrzeć. Nie chciał iść dalej.

W szpitalnym łóżku umierała jego matka, tak jak wtedy, gdy miał szesnaście lat. I owszem, był tutaj — wielki, niezgrabny szesnastolatek o policzkach barwy kawy ze śmietanką, pokrytych młodzieńczym trądzikiem. Siedział przy łóżku, nie mogąc na nią patrzeć, i czytał grubą książkę. Cień, zaciekawiony, co to za książka, okrążył łóżko i przyjrzał się uważniej. Stanął między oboma meblami, wodząc wzrokiem od jednego do drugiego. Wielki chłopak, który siedział zgarbiony na krześle, z nosem ukrytym w „Tęczy grawitacji”, próbował uciec przed śmiercią matki do dręczonego nalotami Londynu, lecz fikcyjne szaleństwo książki nie ofiarowało schronienia.