Выбрать главу

Matka leżała z zamkniętymi oczami, pogrążona w morfinowym spokoju. Coś, co uznała za kolejny atak anemii sierpowatej, jeszcze jedno bolesne przesilenie, okazało się, co odkryto zbyt późno, chłoniakiem. Jej skóra miała szarożółtą barwę. Matka niedawno przekroczyła trzydziestkę, lecz wyglądała o wiele starzej.

Cień pragnął potrząsnąć samym sobą, niezgrabnym chłopakiem, którym kiedyś był; zmusić go, by wziął ją za rękę, przemówił do niej, zrobił cokolwiek, nim odejdzie, co, jak wiedział, nastąpi szybko. Nie mógł jednak się dotknąć, toteż czytał dalej. I tak jego matka umarła, gdy on siedział przy łóżku, pogrążony w lekturze.

Potem praktycznie przestał czytać. Literaturze nie można ufać. Na co komu książki, jeśli nie mogą obronić przed czymś takim?

Cień wyszedł z pokoju szpitalnego i ruszył naprzód krętym korytarzem, głęboko we wnętrznościach ziemi.

Najpierw widzi swą matkę. Nie może uwierzyć, jak młodo wygląda. Nie skończyła jeszcze dwudziestu pięciu lat, nie odeszła z pracy z powodów zdrowotnych. Są w mieszkaniu wynajętym przez ambasadę, gdzieś w północnej Europie. Rozgląda się w poszukiwaniu jakiejkolwiek wskazówki i widzi siebie — małego dzieciaka o wielkich, szarych oczach i ciemnych włosach. Kłócą się. Cień nie musi słuchać, by wiedzieć, o co się kłócą. Ostatecznie, nigdy nie spierali się o nic innego.

— Opowiedz mi o moim ojcu.

— On nie żyje. Nie pytaj o niego.

— Ale kim był?

— Zapomnij o nim. Umarł. Odszedł. Niczego nie straciłeś.

— Chcę zobaczyć zdjęcie.

— Nie mam żadnego zdjęcia. — Jej głos opada w groźnej ciszy.

Cień wiedział, że jeśli nie przestanie pytać, ona zacznie krzyczeć, czy nawet go uderzy. Wiedział też, że nie zdoła się powstrzymać, toteż odwrócił się plecami i ruszył dalej tunelem.

Ścieżka, którą podążał, skręcała, zawracała, zataczała kręgi. Przypominała mu odrzucone wężowe skóry, wnętrzności, głębokie korzenie drzew. Po drugiej stronie dostrzegł jezioro. Usłyszał ciche kap, kap wody w głębi tunelu. Spadająca woda niemal nie naruszała gładkiej tafli. Osunął się na kolana i zaczął pić, oburącz unosząc wodę do ust. Potem ruszył dalej i nagle znalazł się wśród roztańczonych, dyskotekowych błysków lustrzanej kuli, zupełnie jakby trafił w sam środek wszechświata; wszystkie gwiazdy i planety krążyły wokół niego. Niczego nie słyszał, muzyki ani krzyków. Patrzył na kobietę, która nie jest wcale podobna do matki, jaką znał. Teraz jest ledwie dzieckiem…

I tańczy.

Cień odkrył, że zupełnie nie zdumiał go widok tańczącego z nią mężczyzny. Mężczyzna ów nie zmienił się specjalnie przez ostatnie trzydzieści trzy lata.

Dziewczyna jest pijana. Cień dostrzegł to natychmiast. Nie bardzo pijana, ale nieprzywykła do alkoholu. Za jakiś tydzień popłynie statkiem do Norwegii. Oboje pili margaritę; na wargach i grzbiecie dłoni pozostały jej kryształki soli.

Wednesday nie ma na sobie garnituru i krawata, lecz zapinka w kształcie srebrnego drzewa, przypięta do kieszeni koszuli, migocze i połyskuje w świetle lusterek. Tworzą piękną parę, zważywszy na dzielącą ich różnicę wieku. Wednesday porusza się z wilczą gracją.

Powolny taniec. Przyciąga ją do siebie. Jego potężna dłoń gestem właściciela otacza pośladki dziewczyny, przyciągając ją bliżej. Drugą ręką Wednesday ujmuje ją pod brodę. Unosi głowę i całują się na parkiecie, a blask lusterek otacza ich, wciąga w serce wszechświata.

Wkrótce potem wychodzą. Ona kołysze się lekko, a on wyprowadza ją na zewnątrz.

Cień ukrywa głowę w dłoniach. Nie idzie za nimi, nie chcąc lub nie mogąc stać się świadkiem własnego poczęcia.

Światełka zniknęły. Jedyny blask padał z maleńkiego księżyca, płonącego wysoko nad głową.

Cień ruszył naprzód. Za zakrętem przystanął na moment, by odetchnąć.

Poczuł dłoń muskającą lekko jego plecy, palce łagodnie rozgarniające włosy na karku.

— Witaj — zza ramienia dobiegł go zmysłowy, koci szept.

— Witaj — odparł i odwrócił się do niej.

Miała brązowe włosy i brązową skórę. Jej oczy były bursztynowozłote niczym najlepszy miód, przecięte pionowymi szczelinami źrenic.

— Czy ja cię znam? — spytał zdumiony.

— I to bardzo blisko — odparła z uśmiechem. — Sypiałam na twoim łóżku, a moi poddani mieli na ciebie oko.

Odwróciła się do ścieżki, wskazując trzy kierunki, w których mógł się udać.

— W porządku — rzekła. — Jedna z nich da ci mądrość. Jedna sprawi, że staniesz się cały, a jedna cię zabije.

— Ja chyba już nie żyję. Umarłem na tamtym drzewie.

Kobieta wydęła wargi.

— Istnieje śmierć — rzekła — i śmierć, i śmierć. Wszystko jest rzeczą względną. — Potem znów się uśmiechnęła. — Mogłabym nawet zażartować o śmiertelnej względności śmierci.

— Nie — odparł Cień — nie trzeba.

— A zatem którędy chcesz pójść? — spytała.

— Nie wiem — przyznał.

Przechyliła głowę w doskonale kocim geście. Nagle Cień przypomniał sobie ślady pazurów na ramionach. Poczuł, że się rumieni.

— Jeśli mi zaufasz — oznajmiła Bast — mogę wybrać za ciebie.

— Ufam ci — rzekł bez wahania.

— Chcesz wiedzieć, czym za to zapłacisz?

— Straciłem już imię — odparł.

— Imiona przychodzą i odchodzą. Było warto?

— Tak. Może. Nie było łatwo. To dość osobiste objawienie.

— Wszystkie objawienia są osobiste — rzekła. — I dlatego są też podejrzane.

— Nie rozumiem.

— Nie, nie rozumiesz — zgodziła się. — Wezmę twoje serce. Przyda nam się później.

Wsunęła dłoń głęboko w jego pierś i wyciągnęła coś rubinowego i pulsującego w jej ostrych paznokciach, coś barwy gołębiej krwi, zrobionego z czystego światła. Bryła światła rozszerzała się i kurczyła rytmicznie.

Bast zacisnęła palce; światło zniknęło.

— Idź środkową drogą — poleciła.

Cień skinął głową i ruszył naprzód.

Ścieżka stawała się śliska, kamienie pokrywała warstwa szronu. Księżyc nad jego głową migotał w kryształkach lodu w powietrzu. Otaczało go halo, poświata rozpraszająca blask. Było to piękne, ale utrudniało marsz niepewną ścieżką.

W końcu dotarł do rozstajów.

Spojrzał na pierwszą ścieżkę i odniósł dziwne wrażenie, że ogląda coś znajomego. Prowadziła do olbrzymiej komnaty, czy też serii komnat przypominających mroczne muzeum. Już je znał. Słyszał długie echa nawet najsłabszych odgłosów. Słyszał dźwięk opadającego kurzu.

To było miejsce, które widział we śnie owej pierwszej nocy w motelu, gdy odwiedziła go Laura, jakże dawno temu. Nieskończona sala pamięci zapomnianych bogów, i tych, których samo istnienie zostało zapomniane.

Cofnął się o krok. Przeszedł na drugą stronę i spojrzał przed siebie. Ten korytarz kojarzył się z Disneylandem — czarne ściany z pleksiglasu, wysadzane światełkami. Kolorowe lampki mrugały i rozbłyskiwały, tworząc złudzenie porządku, choć w istocie nie kierował nimi żaden wyższy sens. Były jak konsola telewizyjnego statku kosmicznego.

Tam także coś słyszał — głębokie basowe wibracje, które poczuł w głębi żołądka.

Przystanął i rozejrzał się. Żaden ze szlaków nie wydawał mu się tym właściwym. Już nie. Miał dosyć ścieżek. Na niego czekała środkowa droga, ta, którą wskazała mu kobieta-kot. Ruszył ku niej.