Выбрать главу

Księżyc zaczął gasnąć. Jego krawędź poróżowiała, jakby zbliżało się zaćmienie. Ścieżkę zamykały potężne drzwi.

Cień przeszedł przez łukowate wrota w ciemność. Ciepłe powietrze pachniało wilgotnym kurzem, jak miejska ulica po pierwszym letnim deszczu.

Nie bał się.

Już nie. Strach zmarł wraz z nim na drzewie. Nie czuł już lęku, nienawiści, bólu. Pozostało jedynie samo jądro istnienia.

Coś wielkiego poruszało się z pluskiem w dali i ów plusk odbijał się echem w rozległych komnatach. Cień zmrużył oczy, niczego jednak nie widział. Było zbyt ciemno. A potem ze strony, z której dobiegały pluski, zapłonęło widmowe światło. Świat nabrał kształtów: Cień znajdował się w jaskini, a przed sobą widział gładką jak lustro taflę wody.

Pluski zbliżyły się. Światło pojaśniało. Cień czekał na brzegu. Wkrótce jego oczom ukazała się długa, płaska łódź. Na uniesionym dziobie płonęła biała latarnia, odbijając się w szklistoczarnej wodzie parę metrów niżej. Łódź odpychała od dna wysoka postać. Pluski, które słyszał Cień, towarzyszyły poruszeniom tyczki, napędzającej łódkę na wodach podziemnego jeziora.

— Hej, tam! — zawołał Cień. Nagle otoczyły go echa własnych słów. Miał wrażenie, jakby cały chór ludzi witał go tutaj i przyzywał, a każdy z nich miał jego głos.

Istota w łodzi nie odpowiedziała.

Sternik był wysoki i bardzo chudy. On — jeśli w ogóle to był on — miał na sobie prostą, białą szatę, a stercząca nad nią jasna głowa była tak całkowicie nieludzka, że Cień święcie wierzył, że to maska — ptasia głowa; maleńka na długiej szyi, z długim, wygiętym dziobem. Cień był pewien, że widział już gdzieś tę upiorną postać. Zaczął szukać w pamięci i z nagłym uczuciem zawodu uświadomił sobie, że wspomina automat oglądany w Domu na Skale i bladą, dziwnie ptasią, ledwie dostrzeżoną figurkę, wynurzającą się zza krypty po duszę pijaka.

Woda kapała z pluskiem z tyczki i dziobu. Łódź pozostawiała po sobie fale na szklistoczarnej wodzie. Zrobiono ją ze związanych, splecionych trzcin.

Powoli zbliżała się do brzegu. Sternik oparł się na tyczce. Wolno odwrócił głowę, aż w końcu spojrzał wprost na Cienia.

— Witaj — rzekł, nie poruszając dziobem. Głos należał do mężczyzny i, jak wszystko inne w tym życiu po śmierci, brzmiał znajomo. — Wejdź na pokład. Lękam się, że musisz zmoczyć stopy, ale nic nie da się na to poradzić. To stare łodzie. Gdybym podpłynął bliżej, przedziurawiłbym dno.

Cień zdjął buty i wszedł do wody. Sięgała mu do połowy łydek i po pierwszym szoku okazała się zdumiewająco ciepła. Dotarł do łodzi, sternik podał mu rękę i wciągnął go na pokład. Trzcinowa łódka zakołysała się lekko. Przez niskie burty polało się do środka trochę wody. Potem wszystko się uspokoiło.

Sternik odepchnął łódź drągiem i odpłynęli od brzegu. Cień stał obok. Nogawki jego spodni ociekały wodą.

— Ja cię znam — rzekł do istoty na dziobie.

— Istotnie — odparł przewoźnik. Lampa oliwna na dziobie zaczęła mrugać. Dym drapał Cienia w gardle. — Pracowałeś dla mnie. Niestety, musieliśmy pogrzebać panią Lilę Goodchild bez ciebie. — Jego głos był spokojny, precyzyjny.

Cienia zapiekły oczy. Otarł dłonią łzy i przez moment wydało mu się, że pośród dymu widzi wysokiego mężczyznę w garniturze i okularach w złotej oprawie. Potem dym się rozwiał. Przewoźnik znów stał się półludzką istotą z głową rzecznego ptaka.

— Pan Ibis?

— Miło znów cię widzieć — odparła istota głosem pana Ibisa. — Wiesz, czym jest psychopomp?

Cieniowi wydało się, że zna to słowo, ale minęło zbyt wiele czasu, odkąd je słyszał. Pokręcił głową.

— To wymyślne określenie towarzysza — wyjaśnił pan Ibis. — Wszyscy mamy tak wiele funkcji, tak wiele powodów istnienia. W mojej własnej wizji jestem uczonym, wiodącym spokojne życie, zapisującym opowieści i śniącym o przeszłości, która być może istniała, a być może nie. I w pewnym sensie jest to prawda. Oprócz tego jednak, podobnie jak wielu spotkanych przez ciebie ludzi, pełni inne funkcje. Jestem też psychopompem. Towarzyszę żywym w drodze do świata umarłych.

— Sądziłem, że już jesteśmy w świecie umarłych — zauważył Cień.

— Nie. Nie per se. To bardziej przedsionek. — Łódź ślizgała się na lustrzanej powierzchni podziemnego jeziora. A potem pan Ibis powiedział, nie poruszając dziobem:

— Wy, ludzie, mówicie o życiu i śmierci, jakby to były dwie rzeczy wzajemnie się wykluczające, jakby nie istniała rzeka, będąca również drogą, czy pieśń, będąca kolorem.

— Bo nie istnieją — odparł Cień. — Prawda? — Echa znad wody powtarzały szeptem jego słowa.

— Musisz pamiętać — rzekł cierpko pan Ibis — że życie i śmierć to dwie strony tej samej monety, jak orzeł i reszka na ćwierćdolarówce.

— A gdybym miał ćwierćdolarówkę o dwóch orłach?

— Ale nie masz.

I wtedy, gdy tak płynęli po mrocznych wodach jeziora, Cień poczuł nagły dreszcz. Wyobraził sobie, że dostrzega twarze dzieci patrzące na niego z wyrzutem spod szklistej powierzchni. Ich oblicza były miękkie, nasiąknięte wodą, ślepe oczy zamglone. W podziemnej jaskini powietrze trwało nieruchomo, nic nie naruszało czarnej tafli jeziora.

— A zatem nie żyję — powiedział Cień. Powoli przywykał do tej myśli. — Albo wkrótce umrę.

— Zmierzamy do Pałacu Umarłych. Prosiłem, bym to ja mógł po ciebie przybyć.

— Czemu?

— Dobrze pracowałeś. Czemu nie?

— Bo… — Cień zebrał myśli. — Bo ja nigdy w was nie wierzyłem. W ogóle nie znałem egipskiej mitologii, nie spodziewałem się tego. Co się stało ze św. Piotrem i Perłową Bramą?

Biała głowa o długim dziobie poruszyła się z powagą z boku na bok.

— Nieważne, że w nas nie wierzyłeś — oznajmił pan Ibis. — My wierzyliśmy w ciebie.

Łódź dotknęła dna. Pan Ibis przekroczył burtę i stanął w jeziorze. Polecił, by Cień uczynił to samo. Pan Ibis wyjął z dziobu linę, podał Cieniowi latarnię w kształcie półksiężyca. Weszli na brzeg i pan Ibis przywiązał łódź do metalowego pierścienia osadzonego w kamiennym podłożu. Potem odebrał swemu towarzyszowi lampę i ruszył szybko naprzód, unosząc ją wysoko. Na kamiennej podłodze i kamiennych murach tańczyły cienie.

— Boisz się? — spytał pan Ibis.

— Raczej nie.

— Spróbuj po drodze wzbudzić w sobie uczucie lęku i nabożnej grozy. Przydadzą się w obecnej sytuacji.

Cień nie czuł strachu, jedynie zaciekawienie i lekką obawę. Nie bał się ciemności ani śmierci, ani nawet istoty o psiej głowie, wielkiej niczym silos zbożowy, która patrzyła na nich uważnie. Gdy się zbliżyli, istota warknęła z głębi gardła i Cień poczuł, że jeżą mu się włosy na karku.

— Cień — powiedziała — nadszedł czas Sądu.

Cień uniósł wzrok.

— Pan Jaquel? — spytał.

Ręce Anubisa opadły. Ogromne, ciemne dłonie chwyciły Cienia i uniosły go wysoko.

Głowa szakala patrzyła nań jasnymi, migoczącymi oczami. Obserwowała go równie beznamiętnie, jak pan Jaquel badający martwą dziewczynę na stole. Cień wiedział, iż tamten dostrzega wszystkie jego wady, klęski, niepowodzenia i słabości, mierzy je i waży. Że pod pewnym względem bada go niczym ciało podczas sekcji, rozcina, smakuje.

Nie zawsze pamiętamy rzeczy, które nie przynoszą nam chwały. Usprawiedliwiamy je, opatulamy w pogodne kłamstwa lub grubą warstwę niepamięci. Wszystkie rzeczy, których Cień dokonał w życiu i z których nie był dumny, wszystko, czego żałował, o czym wolałby zapomnieć, powróciło do niego w straszliwym wirze żalu, smutku, wstydu i poczucia winy, a on nie miał się jak ukryć. Był nagi i otwarty niczym trup na stole sekcyjnym, a czarny Anubis, Bóg Szakal, stał się jego śledczym, oskarżycielem i katem.