Выбрать главу

Pierwsi zjawili się wczesnym rankiem. Druga fala przybyła o zmierzchu. I działo się tak od kilku dni.

Poobijana półciężarówka zatrzymała się na parkingu. Ze środka wysypała się grupka zmęczonych wił i rusałek — rozmazany makijaż, oczka w pończochach, zaspane, opuchnięte oczy.

W kępie drzew u stóp wzgórza starszy wampir poczęstował marlboro nagą, podobną do małpy istotę, porośniętą gęstym pomarańczowym futrem. Istota przyjęła papierosa i zapalili w milczeniu.

Na poboczu zatrzymała się toyota previa, z której wysiadło siedmioro Chinek i Chińczyków. Sprawiali wrażenie czystych i schludnych. Mieli na sobie ciemne garnitury i kostiumy, które w pewnych krajach kojarzą się ze służbami rządowymi. Jeden z nich trzymał w dłoni notatnik. Sprawdzał po kolei wyładowywane z bagażnika worki golfowe, w których kryły się ozdobne miecze o rękojeściach z laki, rzeźbione kije i lusterka. Chińczycy rozdzielili między siebie broń, podpisali jej odbiór, pokwitowali.

Słynny niegdyś komik, który teoretycznie zmarł w latach dwudziestych, wygramolił się z zardzewiałego samochodu i zaczął zdejmować ubranie: miał nogi kozła, ogon krótki, ciemny.

Po nim zjawiło się czterech Meksykanów o uśmiechniętych twarzach i czarnych, błyszczących włosach. Podawali sobie butelkę, ukrytą w brązowej papierowej torebce. Flaszka zawierała gorzką mieszankę czekolady w proszku, alkoholu i krwi.

Drobny ciemnobrody mężczyzna w tałesie i zakurzonym, czarnym kapeluszu, spod którego wypływały kręcone pejsy, zbliżył się ku nim, maszerując przez pole. O kilka kroków wyprzedzał swego towarzysza — dwukrotnie roślejszego olbrzyma o skórze barwy szarej polskiej gliny. Na czole wypisano mu słowo oznaczające życie.

Wciąż przybywali. Z taksówki wysypała się grupka kilku Rakszasów, demonów subkontynentu indyjskiego. Zaczęli krążyć wokół, przyglądając się bez słowa ludziom zebranym u stóp wzgórza. W końcu znaleźli Mamę-Ji, modlącą się z zamkniętymi oczami. Ze wszystkich obecnych znali tylko ją, lękali się jednak podejść, pamiętając o dawnych bitwach. Dłonie Mamy-Ji pocierały okalający szyję naszyjnik z czaszek. Jej brązowa skóra powoli stawała się czarna — lśniąca i czarna niczym dżet i obsydian. Wargi uniosły się, ukazując ostre, białe zęby. W końcu otworzyła wszystkie oczy, wezwała gestem Rakszasów i powitała ich niczym własne zaginione dzieci.

Burze szalejące w ciągu kilku ostatnich dni na południu i wschodzie nie oczyściły wcale ciężkiego, dusznego powietrza. Miejscowi meteorolodzy zaczęli ostrzegać przed możliwymi trąbami powietrznymi, nieruchomymi frontami wysokiego ciśnienia. Za dnia było tu ciemno, nocą panował ziąb.

Zbierali się w nieformalne grupki, czasami połączeni narodowością, czasem rasą, temperamentem czy nawet gatunkiem. Rozglądali się z lękiem. Byli zmęczeni.

Niektórzy z nich rozmawiali; od czasu do czasu skądś dobiegał śmiech, ale zawsze stłumiony. Wokół krążyły sześciopaki piwa.

Kilkoro miejscowych mężczyzn i kobiet zjawiło się na łąkach. Ich ciała poruszały się w niezwykły, obcy sposób. Gdy przemawiali, głosy należały do władających nimi Loa: wysoki czarnoskóry mężczyzna przemawiał głosem Papy Legby, który otwiera bramy, a Baron Samedi, władca śmierci wudu wybrał sobie ciało nastoletniej fanki gotyckiego rocka z Chattanooga, być może dlatego, że miała już na głowie czarny, jedwabny cylinder, tkwiący zawadiacko na ciemnych włosach. Dziewczyna przemawiała głębokim głosem Barona, paliła olbrzymie cygaro i rozkazywała trzem Gede — Loa Śmierci. Gede zasiedlili ciała trzech braci w średnim wieku. Na ramionach nieśli strzelby i opowiadali dowcipy tak sprośne, że tylko oni sami byli zdolni się z nich śmiać, co też czynili donośnie.

Dwie jakby pozbawione wieku kobiety Chickamaugów, w poplamionych smarem dżinsach i wyświeconych skórzanych kurtkach krążyły dokoła, obserwując zgromadzonych, szykujących się do bitwy. Czasami pokazywały kogoś palcem i kręciły głowami. Nie zamierzały brać udziału w nadciągającym konflikcie.

Księżyc wynurzył się zza wschodniego horyzontu. Tylko dzień dzielił go od pełni. Czerwonopomarańczowa tarcza wisząca nad wzgórzami wydawała się przesłaniać pół nieba. Gdy się wznosił, powoli malał i bladł. W końcu zawisł wysoko niczym latarnia.

A oni, cały tłum, czekali w blasku księżyca u stóp Góry Czatów.

* * *

Laura czuła pragnienie.

Czasami żywi ludzie lśnili w jej umyśle niczym świece, czasami palili się jak pochodnie. Dzięki temu łatwo było ich unikać, a nieraz równie łatwo znaleźć. Cień, wiszący na drzewie, płonął niezwykłym, własnym ogniem.

Kiedyś, gdy spacerowali, trzymając się za ręce, wyrzuciła mu, że nie jest żywy. Miała wówczas nadzieję dostrzec iskrę emocji; zobaczyć cokolwiek.

Pamiętała, jak szła obok niego. Tak bardzo chciała sprawić, by zrozumiał, co próbowała mu powiedzieć.

Lecz Cień, umierający na drzewie, był całkowicie, absolutnie żywy. Obserwowała, jak umykało z niego życie, i widziała wszystko wyraźnie. Był taki rzeczywisty. Prosił, by z nim została, spędziła noc. Wybaczył jej… Może jej wybaczył. Nieważne. Zmienił się. Tyle wiedziała na pewno.

Cień kazał jej pójść na farmę; obiecał, że dostanie tam wodę. Dom był pusty. W oknach nie paliły się światła. Nie czuła niczyjej obecności. Przyrzekł jej jednak, że się nią zaopiekują. Pchnęła drzwi, które otwarły się z głośnym zgrzytem protestujących, zardzewiałych zawiasów.

Coś poruszyło się w jej lewym płucu, coś, co wiło się i wierciło. Zakasłała.

Znalazła się w wąskiej sieni, niemal całkowicie zablokowanej przez zakurzony fortepian. Wewnątrz budynku śmierdziało wilgocią i zgnilizną. Przecisnęła się obok instrumentu, otworzyła drzwi i ujrzała ubogi salon, pełen przypadkowych mebli. Na kominku stała lampa olejna. Niżej płonął ogień, choć przed domem Laura nie wyczuła dymu. Mimo ognia w pokoju czuła chłód. Ale też być może, przyznała w duchu, nie było to winą samego pomieszczenia.

Śmierć bolała, choć ból wiązał się głównie z rzeczami, których jej brakowało: potwornym pragnieniem, wysuszającym wszystkie komórki ciała, nieobecnością ciepła w kościach. Czasami przyłapywała się na myślach, czy płonący stos zdołałby ją ogrzać, czy miękka brązowa kołderka ziemi dałaby trochę ciepła, czy zimne morze zaspokoiłoby pragnienie…

Nagle uświadomiła sobie, że w pokoju jest ktoś jeszcze.

Na starej kanapie siedziały trzy kobiety, pasujące do siebie niczym składowe eksponaty z niezwykłej wystawy. Kanapę pokryto wytartym aksamitem, obecnie brązowym, który kiedyś, sto lat temu, mógł być kanarkowożółty. Kobiety podążały za nią wzrokiem. Milczały.

Laura nie spodziewała się ich tutaj.

Coś poruszyło się w jej nosie. Sięgnęła do rękawa po chusteczkę i dmuchnęła. Zgniotła chustkę, ciskając ją wraz z zawartością na rozżarzone węgle. Patrzyła, jak zwija się, czernieje i zamienia w ognistą koronkę, a tkwiące w środku robaki kurczą się i płoną.

Potem odwróciła się do kobiet na kanapie. Odkąd tam weszła, nawet nie drgnęły, nie poruszył się ani jeden włos czy mięsień. Patrzyły na nią.

— Witani. To wasza farma? — spytała.

Najwyższa z kobiet skinęła głową. Ręce miała czerwone, twarz obojętną.

— Cień — to ten facet wiszący na drzewie, mój mąż — powiedział, że mam wam powtórzyć, iż chce, abyście dały mi wody.

Coś dużego poruszyło się w jej wnętrznościach. Przez chwilę wiło się, po czym znieruchomiało.