Выбрать главу

— Tak.

— Ja już skończyłem. Zostałem osądzony. To był koniec, a ty mnie wezwałaś. Odważyłaś się.

— Przykro mi.

— Tak.

Powoli usiadł na ziemi. Skrzywił się i dotknął boku. Potem zerknął na nią zaskoczony: wyczuwał ciepłą krew, ale pod nią nie było rany.

Wyciągnął rękę. Wielkanoc objęła go i pomogła mu wstać. Powiódł wzrokiem po łące, jak gdyby próbował sobie przypomnieć nazwy rzeczy, na które patrzył: kwiatów wśród długich traw, ruin farmy, mgiełki jasnozielonych pąków, spowijającej gałęzie wielkiego srebrzystego drzewa.

— Pamiętasz? — spytała. — Pamiętasz, czego się dowiedziałeś?

— Straciłem moje imię i serce. A ty mnie tu sprowadziłaś.

— Przykro mi — powtórzyła. — Wkrótce zaczną walczyć. Starzy bogowie z nowymi.

— Chcesz, żebym dla was walczył? Marnujesz czas.

— Sprowadziłam cię tu, bo musiałam to zrobić. Teraz ty zrobisz to, co musisz. Twoja kolej. Ja już skończyłam.

Nagle uświadomiła sobie, że jest nagi, i zarumieniła się gwałtownie, po czym odwróciła wzrok.

* * *

Pośród deszczu i chmur, na zboczu góry, kamienistymi ścieżkami poruszały się cienie.

Białe lisy biegły naprzód w towarzystwie rudowłosych mężczyzn w zielonych kurtkach. Minotaur o byczej głowie wędrował obok żelaznego palca. Świnia, małpa i trupojad o ostrych zębach gramoliły się w górę w towarzystwie człowieka o błękitnej skórze, trzymającego w dłoni płonący łuk, niedźwiedzia z kwiatami wplecionymi w futro i mężczyzny w złotej kolczudze, dzierżącego miecz z oczu.

Piękny Antinous, kochanek Hadriana, maszerował w górę na czele oddziału wymuskanych lalusiów o ramionach i klatkach piersiowych rozrosłych w idealne sterydowe kształty.

Szaroskóry mężczyzna o jednym cyklopowym oku — wielkim szmaragdzie o kaboszonowym szlifie — wędrował naprzód, prowadząc kilkunastu smagłych, przysadzistych ludzi o obojętnych twarzach, kanciastych niczym azteckie rzeźby: oni znali sekrety, które pochłonęła dżungla.

Snajper na szczycie wzgórza starannie wycelował w białego lisa i wystrzelił. Nastąpił głośny wybuch; w wilgotnym powietrzu rozeszła się woń kordytu i prochu. Na ziemi pozostał trup młodej Japonki z rozerwanym brzuchem i zakrwawioną twarzą. Powoli zaczął znikać i blednąc.

Armia nadal maszerowała w górę, na dwóch nogach, czterech, bądź w ogóle bez nóg.

* * *

Jazda przez góry stanu Tennessee okazała się niewiarygodnie piękna w chwilach, gdy burza cichła, i potwornie niebezpieczna w deszczu. Town i Laura cały czas rozmawiali, rozmawiali, rozmawiali. Tak bardzo się cieszył, że ją spotkał. Przypominało to spotkanie starej przyjaciółki, bardzo bliskiej przyjaciółki, której nigdy nie poznał. Gadali o historii, filmach i muzyce. Laura okazała się jedyną znaną mu osobą, poza nim samym, która oglądała zagraniczny film (pan Town święcie wierzył, że hiszpański, podczas gdy Laura upierała się, że polski) z lat sześćdziesiątych, „Rękopis znaleziony w Saragossie” — a już zaczynał odnosić wrażenie, że wyhalucynował go sobie.

Gdy Laura wskazała palcem pierwszą stodołę z napisem ODWIEDŹ SKALNE MIASTO, Town zachichotał i przyznał, że tam właśnie się wybiera. Odparła, że to super, zawsze chciała zobaczyć podobne miejsce, ale nigdy nie miała czasu i później żałowała. Dlatego właśnie wyruszyła w drogę. Zapragnęła przygody.

Powiedziała mu, że pracuje w agencji turystycznej i jest w separacji z mężem. Przyznała, iż wątpi, by kiedykolwiek jeszcze się zeszli, i dodała, że to jej wina.

— Nie wierzę.

Westchnęła.

— To prawda, Mack. Nie jestem już kobietą, z którą się ożenił.

No cóż, odparł, ludzie się zmieniają, i zanim się obejrzał, zaczął opowiadać jej o wszystkim, co tylko mógł, ze swego życia, nawet o Woodym i Stonerze, o tym jak we trójkę byli niczym trzej muszkieterowie, a teraz obaj zginęli. Człowiek sądzi, że przywykł do tego w służbie rządowej, ale nie.

A ona wyciągnęła rękę — tak zimną, że podkręcił ogrzewanie — i mocno uścisnęła mu dłoń.

Na lunch zatrzymali się w kiepskiej japońskiej restauracji w ogarniętym burzą Knoxville. Town nie przejął się faktem, że jedzenie dostali późno, zupa miso było zimna, a sushi ciepłe.

Rozkoszował się jej towarzystwem, tym że wybrała się na poszukiwanie przygody.

— Cóż — wyznała mu Laura. — Czułam wstręt na myśl o zastoju. Gniłam w zamknięciu. Wyruszyłam zatem w drogę bez samochodu i kart kredytowych, polegając na uprzejmości nieznajomych.

— Nie boisz się? — spytał. — Mogłaś gdzieś utknąć, zabłądzić, głodować. Mógł cię ktoś napaść.

Pokręciła głową, po czym rzekła, uśmiechając się z wahaniem:

— Przecież spotkałam ciebie.

A jemu zabrakło słów.

Po skończonym posiłku pobiegli w deszczu do samochodu, trzymając nad głowami japońskie gazety. Cały czas śmieli się jak małe dzieci.

— Jak daleko mogę cię zabrać? — spytał, gdy siedzieli już w środku.

— Pojadę tam gdzie ty, Mack — odparła nieśmiało.

Ucieszył się, że nie użył tekstu z Wielkim Maćkiem. To nie była przygoda na jedną noc, pan Town wiedział o tym w głębi serca, i choć poszukiwanie jej zabrało mu pięćdziesiąt lat życia, w końcu znalazł — to ona, ta jedyna, szalona czarodziejska kobieta o długich ciemnych włosach.

Znalazł swą miłość.

— Posłuchaj — rzekł, gdy zbliżali się do Chattanoogi. Wycieraczki rozmazywały krople deszczu po szybie, przemieniając miasto w plamę szarości. — Co powiesz na to, żebym znalazł ci jakiś motel? Zapłacę. A gdy dostarczę już przesyłkę, moglibyśmy, no, na początek wziąć gorącą kąpiel. Rozgrzać cię.

— Brzmi cudownie — odparła Laura. — A co dostarczasz?

— Ten patyk — odparł i zachichotał. — Ten na tylnym siedzeniu.

— W porządku — ustąpiła. — Niech mi pan nie mówi, Panie Tajemniczy.

Oznajmił, że będzie najlepiej, jeśli zaczeka na niego na parkingu przy Skalnym Mieście. W zacinającym deszczu wjeżdżał zboczem Góry Czatów, ani razu nie przekraczając pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Drogę oświetlały wyłącznie reflektory wozu.

Postawili samochód z tyłu parkingu. Pan Town wyłączył silnik.

— Hej, Mack. Zanim wysiądziesz, nie uściśniesz mnie? — spytała z uśmiechem Laura.

— Jasne, że tak — odparł pan Town.

Objął ją, a ona przywarła do niego. Tymczasem deszcz wystukiwał złożony rytm na dachu forda explorera. Pan Town czuł zapach jej włosów. Pod wonią perfum wyczuł inny, nieprzyjemny zapach. To pewnie pamiątka z podróży, pomyślał. Kąpiel naprawdę im się przyda. Ciekawe, czy gdzieś w Chattanooga zdoła dostać lawendowe szyszki kąpielowe, które uwielbiała jego pierwsza żona. Laura uniosła głowę, z roztargnieniem gładząc jego kark.

— Mack… tak się zastanawiam. Pewnie bardzo chciałbyś wiedzieć, co spotkało twoich przyjaciół, Woody’ego i Stone’a? Czyż nie?

— Tak, odparł pochylając się do pierwszego pocałunku. — Bardzo bym chciał.

A zatem mu pokazała.

* * *

Cień wędrował po łące, zataczając powoli kręgi wokół pnia drzewa. Stopniowo oddalał się coraz bardziej. Czasami przystawał, podnosząc coś z ziemi: kwiat, liść, kamyk, gałązkę, źdźbło trawy. Oglądał dokładnie swe znalezisko, zupełnie jakby całkowicie koncentrował się na gałązkowatości gałązki, liściowatości liścia.