Выбрать главу
— Thomas Bailey Aldrich, „Niestrzeżone bramy”, 1882

W jednej chwili Cień jechał na Największej Karuzeli Świata, trzymając się mocno tygrysa o orlej głowie, w następnej czerwone i białe światła rozmazały się, zadrżały i zgasły, i runął w środek oceanu gwiazd. Mechaniczny walc umilkł, zastąpiony rytmicznym grzmotem i jakby trzaskiem talerzy bądź fal na wybrzeżu odległego oceanu.

Jedynym światłem był blask gwiazd, ukazywał on jednak wszystko chłodno i wyraźnie. Cień poczuł pod sobą ruchy wierzchowca. Lewa dłoń wyczuwała ciepłe futro, prawa pióra.

— Niezła przejażdżka, co? — głos dobiegał zza jego pleców, rozlegał się w uszach i w umyśle.

Cień odwrócił się wolno, pozostawiając za sobą obrazy samego siebie, zastygłe chwile, ułamki sekund. Każdy, nawet najmniejszy ruch trwał całą wieczność. Docierające do jego umysłu obrazy zdawały się nie mieć sensu, zupełnie jakby oglądał świat przez wielofasetkowe oczy ważki, tyle że każda fasetka dostrzegała coś zupełnie innego. Nie potrafił połączyć rzeczy, które widział, czy też zdawało mu się, że widzi, w jedną sensowną całość.

Patrzył na pana Nancy’ego, starego Murzyna z cienkim wąsikiem, ubranego w sportową kraciastą marynarkę i cytrynowożółte rękawiczki i dosiadającego rozkołysanego lwa z karuzeli; lecz jednocześnie w tym samym miejscu ujrzał mieniącego się klejnotami pająka wielkości konia — ogromne szmaragdowe oczy patrzyły na niego z góry — a także niewiarygodnie wysokiego mężczyznę o skórze barwy drzewa lękowego, obdarzonego trzema parami rąk. Głowę ozdobił falującym pióropuszem ze strusich piór, twarz pokrywały mu pasy czerwonej farby. Dosiadał rozwścieczonego złotego lwa; dwiema z sześciu rąk przytrzymywał się mocno grzywy. Cień widział też młodego czarnoskórego chłopaka w podartych łachach, z lewą stopą spuchniętą i oblepioną muchami. I wreszcie ujrzał małego, brązowego pająka, ukrytego pod zwiędłym, zasuszonym liściem.

Cień widział te wszystkie obrazy i wiedział, że stanowią jedność.

— Jeśli nie zamkniesz ust — rzekła wielość, będąca panem Nancy — coś ci do nich wpadnie.

Cień zamknął usta i głośno przełknął ślinę.

Jakąś milę dalej ujrzał drewniany dwór na wzgórzu; zmierzali w jego stronę. Kopyta i łapy ich wierzchowców bezszelestnie uderzały w suchy piasek na skraju morza.

Czernobog podjechał do nich na centaurze. Poklepał ludzkie ramię swego wierzchowca.

— Nic z tego nie dzieje się naprawdę — poinformował Cienia nieszczęśliwym tonem — tylko w twojej głowie. Lepiej o tym nie myśl.

Owszem, Cień widział siwowłosego, starego imigranta z Europy Wschodniej, odzianego w obdarty płaszcz przeciwdeszczowy, z jednym zębem koloru żelaza. Jednocześnie jednak ujrzał przysadzistą, czarną istotę, ciemniejszą niż mrok, który ich otaczał, o oczach płonących niczym węgle. Widział też księcia z długimi, czarnymi włosami i długimi, czarnymi wąsami. Jego dłonie i twarz pokrywała krew. Okryty jedynie niedźwiedzią skórą na ramionach, dosiadał pół człowieka, pół zwierzęcia, którego oblicze i tors pokrywały błękitne tatuowane kręgi i spirale.

— Kim wy jesteście? — spytał Cień. — Czym jesteście?

Ich wierzchowce biegły brzegiem. Pośród nocy na plaży rozbijały się miarowo kolejne fale.

Wednesday skierował ku Cieniowi swego wilka — obecnie wielkiego, grafitowego zwierza o zielonych oczach. Wierzchowiec Cienia cofnął się. Cień zaczął gładzić jego szyję, powtarzając, by się nie bał. Tygrysi ogon zakołysał się agresywnie. Nagle Cień pojął, że na wydmach, tuż poza zasięgiem ich wzroku kryje się inny wilk, bliźniak tego, którego dosiadał Wednesday, i dotrzymuje im kroku.

— Znasz mnie, Cieniu? — spytał Wednesday. Jechał z wysoko uniesioną głową. Jego prawe oko lśniło i połyskiwało, lewe było mętne. Miał na sobie płaszcz z głębokim, niemal mnisim kapturem. Jego twarz wyglądała z cienia. — Mówiłem, że kiedyś zdradzę ci moje imiona. Oto, jak mnie zwą: Orędownikiem Wojny, Ponurym Jeźdźcem i Trzecim. Jestem Jednooki, zwą mnie Najwyższym i Najmędrszym. Jestem Grimnir i Zakapturzony. Jestem Wszechojcem i Gondlirem Różdżkodzierżcą. Mam tyle imion, ile jest wiatrów na świecie, tyle tytułów, na ile sposobów można umrzeć. Moje kruki to Huggin i Muninn — Myśl i Pamięć; wilki — Freki i Geri. Moim koniem jest szubienica. — Dwa upiornie szare kruki, przypominające przezroczyste ptasie skórki, wylądowały na ramionach Wednesdaya; wbiły dzioby w głąb jego głowy, jakby kosztowały umysłu, i ponownie odleciały w dal.

W co mam wierzyć? — pomyślał Cień i nagle powrócił do niego głos z głębin pod światem, grzmiąc w pamięci: „Wierz we wszystko”.

— Odyn? — spytał Cień. Wiatr porwał to imię z jego ust.

— Odyn — szepnął Wednesday. Huk wzburzonych fal na plaży pełnej czaszek nie wystarczył, by zagłuszyć ów szept. — Odyn — powtórzył Wednesday, smakując to słowo. — Odyn! — krzyknął tryumfalnie głosem, który odbił się echem od horyzontu po horyzont. Jego imię rosło, nabrzmiewało i wypełniało świat, niczym tętnienie krwi w uszach Cienia.

A potem, jakby we śnie, nie jechali już w stronę odległego dworu. Byli na miejscu. Ich wierzchowce czekały uwiązane w szopie obok.

Dwór był ogromny, lecz prymitywny; kryty strzechą, o drewnianych ścianach. Pośrodku płonął ogień. Cień poczuł, że od dymu pieką go usta.

— Powinniśmy byli wejść w mój umysł, nie w jego — wymamrotał do Cienia pan Nancy. — Tam przynajmniej jest cieplej.

— Tkwimy w jego umyśle?

— Mniej więcej. To Valaskjalf, jego dawna siedziba.

Cień z ulgą przekonał się, że Nancy znów stał się jedynie starym człowiekiem w żółtych rękawiczkach, choć jego cień kołysał się, drżał i nieustannie zmieniał w płomieniach ognia. A to, w co się zmieniał, nie zawsze przypominało człowieka.

Pod ścianami stały drewniane ławy, a na nich lub obok nich czekało w sumie może dziesięć osób. Wszyscy utrzymywali stosowny dystans. Dziwaczna zbieranina: ciemnoskóra, dostojna kobieta w czerwonym sari, kilku szemranych biznesmenów i inni, stojący zbyt blisko ognia, by Cień zdołał określić ich rysy.

— Gdzie oni są? — szepnął z desperacją Wednesday do Nancy’ego. — Powiedz, gdzie oni są? Powinny nas tu być dziesiątki, wiele tuzinów.

— To ty wszystkich zapraszałeś — odparł Nancy. — I tak cud, że ściągnąłeś aż tylu. Myślisz, że na początek powinienem opowiedzieć historię?

Wednesday pokręcił głową.

— Nie ma mowy.

— Nie wyglądają zbyt przyjaźnie — zauważył Nancy. — Historia to dobry sposób przeciągnięcia kogoś na naszą stronę. A ty nie masz barda, który mógłby zaśpiewać.

— Żadnych historii — zapowiedział Wednesday. — Nie teraz. Później nadejdzie stosowna pora. Nie teraz.

— W porządku, żadnych historii. Po prostu wystąpię pierwszy, na rozgrzewkę. Pan Nancy z wesołym uśmiechem wszedł w krąg otaczającego palenisko blasku.

— Wiem, co sobie teraz myślicie — zaczął. — Myślicie: czemu Compe Anansi wychodzi, by do nas przemówić, skoro to Wszechojciec nas tu wezwał, zresztą tak jak mnie? Widzicie, czasami potrzebny jest ktoś, kto przypomni o paru sprawach. Gdy tu wszedłem, rozejrzałem się i pomyślałem: gdzie są pozostali? Potem jednak zrozumiałem, iż tylko to, że jest nas niewielu, a ich mnóstwo, my jesteśmy słabi, a oni potężni, nie oznacza, że musimy przegrać.