Kiedyś, przy wodopoju, spotkałem tygrysa. Miał największe jądra wśród wszystkich zwierząt, i najostrzejsze szpony, a także dwa przednie zęby długie jak noże i ostre jak klingi. Powiedziałem do niego:
— Bracie tygrysie, idź popływać. Ja zaopiekuję się twoimi jądrami.
Był taki z nich dumny. Wskoczył zatem do wodopoju, a ja założyłem jego jądra i zostawiłem mu moje własne, pajęcze jąderka. A potem wiecie, co zrobiłem? Uciekłem, jak najszybciej poniosły mnie nogi.
Nie zatrzymywałem się, póki nie dotarłem do sąsiedniego miasta. Tam spotkałem Starego Małpę.
— Świetnie wyglądasz, Anansi — rzekł Stary Małpa.
— Wiesz, co śpiewają w sąsiednim miasteczku? — spytałem.
— Co śpiewają? — zapytał.
— Najzabawniejszą piosenkę, jaką słyszałem — oznajmiłem. A potem zatańczyłem i zaśpiewałem:
Stary Małpa obśmiał się do rozpuku, trzymając się za boki, trzęsąc i podskakując. Potem zaczął śpiewać:
— Tygrysie jądra. Zjadłem tygrysie jądra! — pstrykając palcami, wirując na dwóch nogach. — To świetna piosenka — rzekł. — Zaśpiewam ją wszystkim moim przyjaciołom.
— Zrób to — odparłem i wróciłem do wodopoju.
Zastałem nad nim tygrysa, wędrującego tam i z powrotem. Gniewnie machał ogonem, uszy i futro na karku miał postawione. Na każdego podlatującego owada kłapał wielkimi, szablastymi zębami. Oczy płonęły mu pomarańczowym ogniem. Wyglądał groźnie i paskudnie, lecz między jego nogami kołysały się najmniejsze jądra w najmniejszym i najczarniejszym, najbardziej pomarszczonym worku, jaki kiedykolwiek widzieliście.
— Hej, Anansi! — mówi, gdy mnie widzi. — Miałeś pilnować moich jąder, gdy się kąpałem. Kiedy jednak wyszedłem z wody, na brzegu leżały jedynie te małe, czarne, skurczone, nic nie warte pajęcze jądra, które założyłem.
— Starałem się jak mogłem — odpowiadam. — Ale to wina małp. Przyszły i zjadły twoje jądra, a gdy zacząłem krzyczeć, zerwały mi także moje własne, małe. Tak bardzo się wstydziłem, że uciekłem.
— Jesteś kłamcą, Anansi — mówi tygrys. — Pożrę twoją wątrobę.
W tym momencie jednak słyszy małpy, przybywające ze swego miasta do wodopoju. Tuzin radosnych małp podskakuje na ścieżce, pstryka palcami i śpiewa donośnie.
Tygrys ryknął tylko i pobiegł za nimi do lasu, małpy z wrzaskiem umknęły na najwyższe drzewa, a ja podrapałem się po moich pięknych, nowych jądrach. Dobrze się czułem, gdy tak wisiały między moimi chudymi nogami. Wróciłem do domu, a tygrys do dziś ściga małpy. Pamiętajcie zatem, fakt, że jesteście mali, nie oznacza, że brak wam sił.
Pan Nancy uśmiechnął się, skłonił głowę i szeroko rozłożył ręce, przyjmując oklaski i śmiechy jak zawodowiec. Potem odwrócił się i odmaszerował na miejsce, w którym stali Cień i Czernobog.
— Powiedziałem: żadnych historii — warknął Wednesday.
— Ty to nazywasz historią? — odparł Nancy. — Zaledwie odchrząknąłem. Tylko ich dla ciebie rozgrzałem. Idź, powal wszystkich.
Wednesday wszedł w krąg światła — rosły, stary mężczyzna o szklanym oku, w brązowym garniturze i starym płaszczu od Armaniego. Stał tak bez ruchu, patrząc na ludzi na drewnianych ławkach, i milczał długą chwilę. Cień wątpił, by komukolwiek innemu udało się tyle pomilczeć. W końcu się odezwał:
— Znacie mnie — rzekł. — Wszyscy mnie znacie. Niektórzy z was nie mają powodów, by mnie kochać, ale tak czy inaczej, znacie mnie.
Rozległ się szelest. Ludzie na ławach poruszyli się niespokojnie.
— Jestem tu dłużej niż większość z was. Tak jak i wy, sądziłem, że poradzimy sobie z tym, co mamy. Nie wystarczy, by nas uszczęśliwić, ale wystarczy, by przeżyć.
Teraz jednak sprawy wyglądają inaczej. Nadciąga burza. I nie my ją stworzyliśmy.
Urwał. Wystąpił naprzód, splatając ręce na piersi.
— Gdy ludzie przybyli do Ameryki, przynieśli nas ze sobą. Przywieźli mnie, Lokiego i Thora, Anansiego i Boga Lwa, leprechauny, koboldy i banshee, Kuberę i Frau Holle, Astarota, a także was. Przybyliśmy tu w ich umysłach i zapuściliśmy korzenie. Podróżowaliśmy z osadnikami do nowych krain za morzem.
Ten kraj jest ogromny. Wkrótce nasi ludzie porzucili nas, wspominając jedynie niezwykłe istoty ze starych krajów, coś co pozostawili za sobą. Nasi prawdziwi wyznawcy umarli bądź stracili wiarę. Zagubieni, przerażeni, wydziedziczeni, egzystujemy tylko dzięki odrobinie uznania i wiary; wszystkiemu, co uda nam się znaleźć. Nauczyliśmy się sobie radzić.
Oto, co zrobiliśmy. Radziliśmy sobie, trzymaliśmy się na uboczu, ukrywali w miejscach, których nikt nie obserwuje.
Przyznajmy to otwarcie: nie mamy zbyt wielkich wpływów. Wykorzystujemy ich, bierzemy od nich co trzeba i jakoś sobie radzimy. Rozbieramy się, kupczymy naszymi ciałami, za dużo pijemy, rozlewamy benzynę, kradniemy, oszukujemy. Istniejemy w szczelinach na skrajach społeczeństwa — starzy bogowie, tu, w nowym kraju, pozbawionym bogów.
Wednesday urwał. Powiódł wzrokiem po twarzach swych słuchaczy: poważny, wyniosły. Patrzyli na niego obojętnie. Ich nieprzeniknione twarze przypominały maski. Wednesday odchrząknął i splunął w płomienie, które rozbłysły jaśniej, oświetlając wnętrze dworu.
— Wszyscy z was zapewne zdołali już się przekonać, że w Ameryce powstają też nowi bogowie, przywiązani do rosnących kręgów wiary: bogowie kart kredytowych i autostrad, telefonów i Intemetu, radia, szpitali i telewizji. Bogowie plastiku, pagerów i neonów. Dumni bogowie. Tłuste, niemądre istoty, nadęte własną młodością i ważnością.
Wiedzą, że istniejemy. Boją się nas i nienawidzą — dodał Odyn. — Oszukujecie samych siebie, jeśli myślicie inaczej. Jeśli tylko zdołają, zniszczą nas. Czas, abyśmy połączyli siły. Czas, byśmy działali.
W krąg światła wstąpiła stara kobieta w czerwonym sari. Na czole miała niewielki ciemnoniebieski klejnot.
— Wezwałeś nas tu z powodu tych bzdur? — spytała i prychnęła w połączeniu rozbawienia i irytacji.
Brwi Wednesdaya opadły lekko.
— Owszem, wezwałem was tu, ale to nie bzdury, Mamo-ji. Nawet dziecko zdołałoby to dostrzec.
— Jestem więc dzieckiem? — Pogroziła mu palcem. — Byłam stara w Karigacie, nim ciebie w ogóle wymyślono, głupcze. Dzieckiem? Dobrze zatem, jestem dzieckiem. Nie dostrzegam bowiem niczego nowego w twej niemądrej mowie.
I znów na moment obrazy przed oczami Cienia rozdwoiły się. Ujrzał starą kobietę o ciemnej twarzy, ściągniętej dezaprobatą i wiekiem. Za nią jednak widział coś wielkiego: nagą kobietę o skórze czarnej niczym karoseria limuzyny, ustach i języku czerwonych jak świeża krew. Jej szyję otaczał naszyjnik z czaszek, liczne ręce trzymały noże, miecze i odcięte głowy.