Выбрать главу

Obecnie to żałosny park, w którym mieści się ruchoma kaplica, niezdolna pomieścić nawet niewielkiego orszaku pogrzebowego, i motel o oknach niczym martwe oczy.

— I właśnie dlatego — zakończył pan Nancy, gdy wjeżdżali do Humansville w stanie Missouri (1084 mieszkańców) — dokładny środek Ameryki to mały zaniedbany park, pusty kościół, stos kamieni i opuszczony motel.

— Świńska farma — wtrącił Czernobog. — Powiedziałeś przed chwilą, że prawdziwy środek Ameryki to świńska farma.

— Nie chodzi o to, czym jest — odparł pan Nancy — lecz o to, za co uważają go ludzie. I tak jest rzeczą czysto wymyśloną. Dlatego właśnie stał się ważny. Ludzie walczą wyłącznie o wymyślone rzeczy.

— Ludzie tacy jak ja? — spytał Cień. — Czy ludzie tacy jak wy?

Nancy nie odpowiedział. Czernobog wydał z siebie odgłos, który mógł być równie dobrze śmiechem, jak i pogardliwym prychnięciem.

Cień usiłował usadowić się wygodnie z tyłu minibusu. Niewiele spał. Coś ściskało go w żołądku. Było to gorsze niż to, co czuł w więzieniu, gorsze niż wrażenie w chwili, gdy Laura przyszła do niego i opowiedziała o napadzie. Włosy na karku jeżyły mu się lekko, czuł mdłości, a kilka razy ogarnęła go fala strachu.

Pan Nancy zjechał na pobocze w Humansville i zaparkował przed supermarketem. Wszedł do środka. Cień podążył za nim. Czernobog czekał na parkingu, paląc papierosa.

Po sklepie kręcił się młody jasnowłosy mężczyzna, niemalże chłopiec. Uzupełniał właśnie zapasy płatków śniadaniowych na regałach.

— Cześć — rzucił pan Nancy.

— Cześć — odparł młodzieniec. — A zatem to prawda? Zabili go?

— Tak — odparł pan Nancy. — Zabili.

Młodzieniec z trzaskiem postawił na półce kilka pudełek płatków.

— Myślą, że mogą nas zgnieść jak karaluchy. — Na jego przegubie połyskiwała bransoleta z poczerniałego srebra. — Ale nas nie tak łatwo zmiażdżyć, prawda?

— Nie — zgodził się pan Nancy. — Niełatwo.

— Przybędę, panie. — Jasnoniebieskie oczy młodzieńca płonęły.

— Wiem, Gwydionie — odparł pan Nancy.

Pan Nancy kupił kilka dużych butelek RC coli, sześć rolek papieru toaletowego, paczkę niesympatycznych czarnych cygaretek, kiść bananów i opakowanie miętowej gumy do żucia.

— To dobry chłopiec. Przybył tu w siódmym stuleciu z Walii.

Minibus pokonywał kręte drogi, wiodące najpierw na zachód, a potem na północ. Wiosna ustąpiła znów miejsca martwej zimie. Kansas miało barwę ponurej szarości, samotnych chmur, pustych okien, zagubionych serc. Cień nabrał ogromnej wprawy w wyszukiwaniu stacji radiowych i negocjacjach pomiędzy panem Nancym, lubiącym audycje słowne i muzykę taneczną, i Czernobogiem, preferującym muzykę klasyczną, im bardziej ponurą, tym lepiej, na zmianę z co bardziej ekstremistycznymi stacjami religijnymi. Co do Cienia, najbardziej lubił stare hity.

Późnym popołudniem zatrzymali się na prośbę Czernoboga na peryferiach Cherryvale, w stanie Kansas (2464 mieszkańców). Czemobog poprowadził ich na łąkę przed miastem. W cieniu drzew wciąż pozostały ślady śniegu. Trawa miała barwę brązu.

— Zaczekajcie tutaj — polecił Czernobog.

Samotnie przeszedł na środek łąki i jakiś czas stał tam, nie zwracając uwagi na porywy lutowego wiatru. Z początku zwiesił głowę, potem zaczął gestykulować.

— Wygląda, jakby z kimś rozmawiał — zauważył Cień.

— Z duchami — wyjaśnił pan Nancy. — Ponad sto lat temu oddawano mu tu cześć. Ludzie składali mu krwawe ofiary, krew rozlaną uderzeniem młota. Po jakimś czasie mieszkańcy miasta odgadli, jakim cudem tak wielu przejeżdżających przez miasto nieznajomych znika bez śladu. Tu właśnie ukryli część ciał.

Czemobog zbliżył się do nich. Wąsy miał teraz ciemniejsze, w siwych włosach pojawiły się czarne pasma. Uśmiechnął się, odsłaniając żelazny ząb.

— Dobrze się czuję. Ach! Pewne rzeczy nie znikają, a krew trwa najdłużej.

Przeszli przez łąkę do miejsca, gdzie zaparkowali busa. Czernobog zapalił papierosa, nie zakasłał.

— Zrobili to młotem — rzekł. — Wotan cały czas gadał o szubienicach i włóczniach, ale dla mnie młot to podstawa. — Wyciągnął palec zabarwiony nikotyną i postukał nim mocno w środek czoła Cienia.

— Nie rób tego, proszę — rzekł uprzejmie Cień.

— Nie rób tego, proszę — naśladował Czernobog. — Któregoś dnia wezmę mój młot i zrobię z tobą coś znacznie gorszego. Pamiętaj.

— Tak — odparł Cień. — Ale jeśli jeszcze raz pukniesz mnie w głowę, złamię ci rękę.

Czernobog prychnął.

— Tutejsi ludzie powinni być wdzięczni. Wyzwolili wielką moc. Nawet trzydzieści lat po tym, jak zmuszono ich do ukrycia się, tutejsza ziemia, ta właśnie ziemia zrodziła największą gwiazdę filmową wszech czasów.

— Judy Garland? — spytał Cień.

Czernobog pokręcił głową.

— On ma na myśli Louise Brooks — powiedział pan Nancy.

Cień postanowił nie pytać, kim była Louise Brooks. Zamiast tego rzekł:

— Posłuchaj, kiedy Wednesday wybrał się na naradę, zrobił to, bo zawarł rozejm.

— Tak.

— A teraz my jedziemy po jego ciało, bo uzgodniliśmy rozejm.

— Tak.

— Wiemy też, że tamci ludzie chcą się mnie pozbyć, najlepiej na dobre.

— Wszystkich nas chcą zabić.

— Zupełnie nie rozumiem zatem, czemu zakładamy, że tym razem zagrają fair.

— To dlatego — odparł Czemobog — spotykamy się w środku. To… — Urwał, marszcząc brwi. — Chodzi o odwrotność świętości.

— Profanum? — odparł Cień.

— Nie. Chodzi mi o miejsca mniej święte niż każde inne. O ujemnej świętości. Miejsca, w których nie da się postawić żadnej świątyni, których ludzie unikają, a jeśli już je odwiedzą, znikają jak najszybciej mogą. Jedynie bogowie mogą stąpać po tych miejscach, jeśli oczywiście ktoś ich do tego zmusi.

— Nie wiem — rzekł Cień. — Nie sądzę, by istniało takie słowo.

— Cała Ameryka jest trochę taka — wyjaśnił Czernobog. — To dlatego nie jesteśmy tu mile widziani. Ale środek… on jest najgorszy. Zupełnie jak pole minowe. Wszyscy stąpamy tam zbyt ostrożnie, by odważyć się naruszyć rozejm.

Dotarli do minibusu. Czernobog poklepał Cienia po ramieniu.

— Nie bój się — powiedział ponurym tonem, mającym w zamierzeniu dodać otuchy. — Nikt cię nie zabije. Nikt poza mną.

* * *

Cień znalazł środek Ameryki wieczorem tego samego dnia, nim jeszcze zapadły ciemności. Mieścił się on na niewielkim wzgórzu na północny zachód od Lebanon. Przejechali przez mały park, mijając niewielką kaplicę-przyczepę i kamienny pomnik, a gdy Cień ujrzał stojący na skraju parku jednopiętrowy motel z lat pięćdziesiątych, jego serce ścisnęło się nieprzyjemnie. Przed motelem parkował czarny hummer — wyglądał jak dżip odbity w krzywym zwierciadle, kanciasty, bezsensowny i przysadzisty, niczym samochód opancerzony. Wewnątrz budynku nie płonęło ani jedno światło.

Zaparkowali obok motelu, a gdy to uczynili, z budynku wymaszerował mężczyzna w stroju i czapce szofera. Przez moment zalał go blask reflektorów. Mężczyzna uprzejmie dotknął czapki, wsiadł do hummera i odjechał.

— Wielki wóz, mały fiut — mruknął pan Nancy.

— Myślicie, że w ogóle mają tu łóżka? — spytał Cień. — Od wieków nie spałem w łóżku. To miejsce wygląda, jakby czekało na ekipę rozbiórkową.