– Będzie rozczarowany.
– Nic na to nie poradzę, przykro mi.
– Co masz takiego ważnego do załatwienia, że nie chcesz iść z własnym synem na mecz piłkarski? Zresztą w tym kraju nigdy nie dzieje się nic ważnego.
Pomyślał, że musi przygotować zabójstwo Anny Rolfe. Zastanawiał się, jak zareagowałaby Eva, gdyby jej to wyznał. Niewiele brakowało, a powiedziałby to głośno, tylko na próbę: żeby sprawdzić, czy ona w ogóle słucha tego, co do niej mówi.
Eva skończyła zajmować się paznokciami i wróciła do książki. Peterson odłożył talerz oraz sztućce na nocny stolik i zgasił światło. Chwilę później Schultzie rąbnął łbem w drzwi, wtoczył się do środka i przystąpił do wyjadania resztek jajka i tłuszczu z kosztownej, ręcznie malowanej porcelany Evy. Peterson zamknął oczy. Eva pośliniła koniec palca wskazującego i przewróciła następną kartkę.
– Co tam w Bernie? – spytała.
35
Wieści o fatalnym humorze Anglika szybko obiegły całą dolinę. W dzień targowy snuł się w milczeniu po placu i bez entuzjazmu wybierał oliwki oraz sery. Wieczory spędzał ze starymi znajomymi, lecz unikał rozmów i odmawiał gry w bule, nawet kiedy odwoływano się do jego honoru. Był tak głęboko pogrążony w myślach, że zdawał się nie dostrzegać chłopców na deskorolkach.
Wciąż jednak z niespotykaną prędkością pędził po drogach doliny swoim poobijanym jeepem, mimo że drastycznie pogorszyła się jego sprawność prowadzenia samochodu. Któregoś dnia tuż przed maską wyrósł mu wredny kozioł don Casablanki. W rezultacie jeep wylądował w przydrożnym rowie, a Anton Orsati postanowił interweniować. Poinformował Anglika o krwawej wendecie między dwoma rywalizującymi klanami, która wybuchła z powodu przypadkowej śmierci psa myśliwskiego. Przed zawarciem pokoju zginęło czterech ludzi:, dwóch z rąk taddunaghiu Orsatiego. Stało się to sto lat temu, lecz Orsati podkreślił, że wspomnienia tamtych dni są wciąż jeszcze żywe. Umiejętne przedstawienie wydarzeń z historii Korsyki zrobiło swoje. Następnego ranka Anglik obdarował Casablance ogromnym kawałem szynki i przeprosił za wystraszenie jego kozła. Po tym incydencie jeździł już znacznie spokojniej.
Ale nadal był w fatalnym nastroju. Kilku mężczyzn z placu, tak bardzo tą odmianą przejętych, złożyło wizytę signadorze.
– Nie widziałam się z nim od pewnego czasu. Gdy jednak przyjdzie, możecie mieć pewność, że nie wyjawię wam jego tajemnic, wy osły. Ten dom jest jak konfesjonał. A teraz wynocha! – Przegnała ich miotłą.
Tylko don Orsati znał przyczynę podłego humoru Anglika. Chodziło o zlecenie w Lyonie, gdzie skrytobójca zabił szwajcarskiego profesora Emila Jacobiego. Morderstwo pozostawiło zadrę na sumieniu Anglika. Don Orsati zaproponował, że sprowadzi mu dziewczynę – wspaniałą Włoszkę, którą poznał w San Remo – lecz spotkała go odmowa.
Trzy dni po powrocie Anglika z Lyonu don Orsati zaprosił go na kolację. Wybrali się do restauracji nieopodal placu, a później poszli, ramię w ramię, na spacer po wąskich uliczkach mrocznej wsi. Z ciemności dwukrotnie wyłaniali się mieszkańcy okolicznych domów i dwukrotnie błyskawicznie odwracali na pięcie, oddalając się w przeciwnym kierunku. Wszyscy wiedzieli, że kiedy don Orsati rozmawia na osobności z Anglikiem, najlepiej jest zniknąć im z oczu. Właśnie wtedy don Orsati powiedział mu o zleceniu w Wenecji.
– Jeśli chcesz, abym wysłał jednego z pozostałych chłopaków…
– Nie – pospiesznie zaprzeczył Anglik. – Sam się tym zajmę.
– Na pewno?
– Tak.
– Miałem nadzieję, że to powiesz. Żaden z pozostałych nie nadaje się do tej roboty tak dobrze jak ty. Zresztą wierzę, że miejsce przypadnie ci do gustu. Otoczenie powinno korzystnie na ciebie wpłynąć.
– Chyba masz rację.
– Mam tam przyjaciela o nazwisku Rossetti. On ci zapewni niezbędną pomoc.
– Masz dossier klientów?
Tylko człowiek równie potężny jak Anton Orsati mógł pozostawić na przednim fotelu samochodu teczki z informacjami o dwojgu ludziach, których zamierzał zamordować. W korsykańskiej wiosce takie postępowanie należało do normy. Anglik przejrzał dokumenty pod uliczną latarnią na placu. Gdy otworzył drugą teczkę, jego oczy rozbłysły. Nawet Orsati zorientował się, że zabójca kojarzy swoją nową ofiarę.
– Wszystko w porządku?
– Znam tego mężczyznę. Z innego życia.
– Czy to jakiś problem?
– Ależ skąd.
Anglik późno poszedł spać, gdyż tego wieczoru chciał jeszcze przesłuchać taśmę magnetofonową, którą zabrał z mieszkania profesora. Potem zapoznał się z wycinkami z prasy oraz nekrologami zamieszczonymi na stronach internetowych. Na koniec przejrzał dossier, które przekazał mu Anton Orsati. Spał zaledwie kilka godzin. Wstał przed świtem, wrzucił małą torbę na tylne siedzenie jeepa i pojechał do wioski.
Zaparkował w uliczce przy kościele. Stanął przed domem signadory i zapukał cicho do drzwi. Okiennice na pierwszym piętrze otworzyły się, z okna wyjrzała kobieta.
– Miałam przeczucie, że to ty. Wieje sirocco. Przynosi kurz i złe duchy.
– Jestem pierwszym czy drugim?
– Już stąd widzę occhju. Zaczekaj, synu. Zaraz zejdę.
W oczekiwaniu, aż stara kobieta się ubierze i zejdzie na dół, Anglik palił papierosa. Stanęła u drzwi w prostej czarnej sukni i szybko wciągnęła go do środka, jakby się obawiała, że wokół czyhają dzikie bestie. Usiedli naprzeciwko siebie przy drewnianym stole. Anglik dokończył papierosa, a ona przygotowała olej i wodę.
– Trzy krople, choć jestem pewna, że znam już odpowiedź.
Zanurzył palec w oleju i czekał, aż trzy krople skapną do wody. Gdy tłuszcz się rozproszył, kobieta przystąpiła do odmawiania rutynowych modlitw i udzielania błogosławieństw. Przy drugiej próbie olej zbił się w jedno oko pływające na powierzchni wody. Starucha wydawała się zadowolona.
– Niezła sztuczka – zauważył Anglik.
– To nie jest żadna sztuczka. Akurat ty to powinieneś wiedzieć najlepiej.
– Nie chciałem cię urazić.
– Wiem. Chociaż z urodzenia nie jesteś Korsykaninem, masz korsykańską duszę. Jesteś człowiekiem prawdziwej wiary. Chcesz się czegoś napić przed podróżą? Może szklankę wina?
– Jest szósta rano.
Kobieta przekrzywiła głowę, jakby pytając: “I co z tego?”.
– W takim razie powinieneś być u siebie w łóżku. Z kobietą – dodała. – Nie jakąś dziwką, sprowadzoną przez don Orsatiego. Prawdziwą kobietą, która da ci dzieci i zadba o twoje ubrania.
– Chcą mnie tylko kobiety don Orsatiego.
– Myślisz, że przyzwoita kobieta cię nie zechce, bo jesteś taddunaghiu?
Anglik skrzyżował ręce na piersi.
– Opowiem ci pewną historię – rzekła starucha.
Otworzył usta, aby zaprotestować, lecz jego gospodyni już szła do kuchni po wino. Na ciemnozielonej butelce, którą przyniosła, nie było etykiety. Kobiecie drżały dłonie, kiedy napełniała trunkiem dwie szklanki.
– Mój mąż świetnie panował nad dłońmi – powiedziała signadora. – Był brukarzem i murarzem. Czasami pracował dla don Tomasiego w sąsiedniej dolinie. Słyszałeś o klanie Tomasich?
Anglik skinął głową i wypił łyk wina. Tomasi wciąż sprawiali wszystkim kłopoty.
– Don Tomasi zatrudnił mojego męża przy budowie nowego muru wokół ogrodu. Mąż spisał się świetnie, wierz mi, ale don Tomasi uznał, że mur jest wadliwy, i odmówił zapłaty. Kłócili się zajadle, aż w końcu Tomasi kazał dwóm uzbrojonym osiłkom wyprowadzić męża z posiadłości. Tak na marginesie, on wciąż tam jest.
– Mur wokół ogrodu?
– Jak najbardziej! – Starucha upiła nieco wina i zebrała myśli. – Mój mąż był dobrym robotnikiem, ale łagodnym człowiekiem. Agnello. Znasz to słowo?