Znała muzyków, którzy z czasem zaczynali nienawidzić swoich instrumentów. Annie nigdy nie przytrafiło się nic podobnego.
Skrzypce były kotwicą, która zabezpieczała ją przed wpłynięciem na skały, liną asekuracyjną, ratującą za każdym razem, gdy groziło jej utonięcie. Gdy brała instrument do ręki, przydarzały się jej same dobre rzeczy. Gdy go odkładała, traciła kontrolę nad sytuacją.
Ta nieprzenikniona kapsuła spokoju nie tworzyła się automatycznie. Należało ją przywołać. Anna przełożyła płaszcz przez oparcie barokowego krzesła i zgasiła papierosa. Potem zdjęła zegarek i wrzuciła go do torebki. Czas przestał ją interesować. Sama potrafiła tworzyć własne, niepowtarzalne chwile.
Dziś wybierze guarneriego. Tylko on zdawał się pasować do tego otoczenia, gdyż według wszelkiego prawdopodobieństwa powstał dwieście lat temu w warsztacie położonym nieopodal miejsca, w którym znajdowała się teraz. Powiodła palcem wzdłuż skrzypiec: po ślimaku, podstrunnicy, podstawku, płycie rezonansowej. Guarneri Anny był wykwintny i wspaniały, bez wad, niedoróbek i okaleczeń.
Wyjęła skrzypce z futerału i przyłożyła je do szyi, tak aby guzik wciskał się w znajome miejsce, kilka centymetrów powyżej ramienia. Miała na sobie suknię bez ramiączek: nie lubiła, by cokolwiek dzieliło ją od instrumentu. Początkowo skrzypce były chłodne, lecz po chwili ciepło jej ciała przeniknęło do drewna. Musnęła smyczkiem strunę G. Skrzypce zareagowały głębokim, drżącym tonem. Jej tonem. Tonem Anny Rolfe. Wrota do magicznego miejsca się otwarły.
Odważyła się rzucić okiem na rękę. Blizny wyglądały tak brzydko. Żałowała, że nie może ich ukryć. Szybko jednak przepłoszyła natrętne myśli. To nie jej dłoń grała na skrzypcach, tylko jej głowa. Palce jedynie słuchały poleceń mózgu.
Zgasiła światło i zamknęła oczy. Potem uniosła smyczek do strun i powoli nim pociągnęła, ostrożnie wydobywając dźwięk. Nie grała gam, żadnych wprawek ani też fragmentów kompozycji przewidzianych na ten wieczór. Nie mogła już przygotować się lepiej. Utwory przepełniły ją do tego stopnia, że była w stanie grać nie z pamięci, lecz instynktownie. Teraz tylko wydobywała dźwięk, zmuszając go do przenikania jej ciała. Nic się nie liczyło, tylko ona i smyczek. Ona i on.
Za zamkniętymi drzwiami narastał szmer rozmów. Wcisnęła odpowiedni przycisk w mózgu i hałas znikł. Przez ściany sączył się głuchy pomruk, dobiegający z sali, w której gromadziła się publiczność. Wcisnęła kolejny przycisk i pomruk zgasł.
Tylko ona i smyczek. Ona i on.
Pomyślała o człowieku ze zdjęć Gabriela, o zabójcy, którego zwano Anglikiem. Sporo czasu upłynęło od chwili, kiedy po raz ostatni uwierzyła mężczyźnie. Sądziła, że to z powodu zdrady ojca i kłamstw, którymi ją karmił po samobójczej śmierci matki. To przez nie straciła zaufanie do wszystkich mężczyzn. Teraz jednak powierzyła życie Gabrielowi Allonowi. Jej ojciec przystąpił do realizacji planu naprawy potwornych błędów z przeszłości i zginął, zanim udało mu się dokończyć to, co rozpoczął. Gabriel miał sfinalizować ów proces, a Anna chciała mu pomóc tak, jak potrafiła najlepiej: pięknie grając na skrzypcach.
Wokół niej zaczęła się zamykać kapsuła, odizolowując ją od świata. Znikł zabójca, znikły fotografie jej ojca z Adolfem Hitlerem, znikł Gabriel Allon. Pozostały skrzypce i ona.
Ktoś cicho zapukał do drzwi. Anna natychmiast znieruchomiała.
– Pięć minut, pani Rolfe.
– Dziękuję.
Smyczek ponownie musnął strunę, a dźwięk przeniknął ciało. Skrzypce zmieniły się w płomień parzący jej skórę. Kapsuła się zamknęła. Anna znikła w środku. Drzwi stanęły otworem, a ona popłynęła do górnej sali. Gdy minęła próg, prawdopodobnie rozległy się oklaski: tak przypuszczała, gdyż jej zmysły nie przyjmowały żadnych informacji z zewnątrz. Nie widziała publiczności, nie słyszała braw.
Pochyliła głowę i odczekała chwilę, zanim uniosła skrzypce i przycisnęła je do szyi. Potem położyła smyczek na strunach… zagrała.
Gabriel zajął miejsce pod Kuszeniem Chrystusa Tintoretta. Powoli powiódł spojrzeniem po sali. Przyglądał się wszystkim słuchaczom po kolei, twarz po twarzy, wypatrując postaci ze zdjęć. Jeśli zabójca tu był, Gabriel go nie dostrzegł.
Sprawdził, czy inni agenci zajęli stanowiska. Icchak stał po drugiej stronie sali. Nieco dalej, na szczycie schodów, usadowił się Moshe. Shimon i Ilana kontrolowali tył pomieszczenia, a kilka metrów na prawo od Gabriela czuwał Jonathan, ze skrzyżowanymi rękoma, brodą przyciśniętą do klatki piersiowej i oczyma wzniesionymi do góry.
Pozwolił sobie na chwilę zachwytu nad grą Anny. Przedstawiała Diabelski tryl bez akompaniamentu, tak jak sobie życzył Tartini. Pierwsza część wprowadzała słuchaczy w nastrój: muzyka płynęła, przywołując odległe echa prostej melodii, odrobinę barokowej ornamentacji, powtarzające się, niespokojne dwu-dźwięki w tonacji Es i G. Diabelskie akordy.
Anna grała z zamkniętymi oczyma, jej ciało delikatnie się kołysało, jakby całym swoim wnętrzem wydobywała dźwięk z instrumentu. Dzieliło ich zaledwie parę metrów, lecz Gabriel doskonale wiedział, że nic dla niej nie znaczy. Teraz należała wyłącznie do muzyki i bez względu na to, jakie więzi go z nią łączyły, w tym momencie zupełnie nie miało to znaczenia.
Obserwował ją jak pełen podziwu wielbiciel, a trochę także jak konserwator. Przecież to on pomógł jej odkryć prawdę o ojcu i uświadomić sobie przeszłość rodziny. Pomyślał, że jej rany jeszcze się nie zagoiły: są ukryte, niedostrzegalne gołym okiem, podobnie jak w doskonale odrestaurowanym arcydziele.
Anna wykonała zdradziecki, chromatyczny pasaż, kończący pierwszą część. Wyciszyła instrument i po krótkiej pauzie przeszła do drugiej części, figlarnej i szybszej, pełnej trudnych fragmentów, które zmuszały ją do nieustannego przesuwania dłoni z pierwszej pozycji do piątej oraz ze struny E do G. Osiemnaście minut później, gdy trzecia część rozpłynęła się wraz z finałowym arpeggio g-moll, publiczność eksplodowała entuzjastycznymi brawami.
Anna opuściła skrzypce i kilka razy odetchnęła głęboko. Dopiero wtedy otworzyła oczy. Lekko się ukłoniła, dziękując za aplauz. Nawet jeśli szukała wzrokiem Gabriela, nie wiedział o tym, gdyż odwrócił się od niej i wypatrywał na sali mężczyzny z pistoletem.
39
Na Campo San Rocco padał gęsty deszcz. Fatalna pogoda nie stłumiła jednak zapału tłumu ludzi, którzy kręcili się w pobliżu sali koncertowej, w nadziei na możliwość ostatniego zerknięcia na Annę Rolfe. Atmosfera była napięta. Po Diabelskim trylu Anna odegrała przy akompaniamencie swojej stałej pianistki Nadine Rosenberg Sonatę d-moll nr 1 na skrzypce i fortepian Brahmsa oraz Melodie cygańskie Pabla Sarasatego. Ostatni utwór wieczoru, demoniczny, solowy Kaprys nr 24 Paganiniego, nagrodzono owacją na stojąco.
Anna Rolfe nie zdawała sobie sprawy z obecności tłumu na zewnątrz. Stała w galerii za sceną w towarzystwie Zaccarii Cordoniego i Fiony Richardson. Fiona prowadziła ożywioną rozmowę po niemiecku przez swój telefon komórkowy. Anna paliła zasłużonego gitana i usiłowała się uspokoić po brawurowym występie. Wciąż trzymała w ręku skrzypce. Stary guarneri był dziś dla niej łaskawy. Chciała pobyć z nim jeszcze chwilę.
Gabriel przystanął kilka metrów dalej i uważnie się jej przyglądał. Anna dostrzegła jego spojrzenie i uśmiechnęła się. Bezgłośnie wypowiedziała jedno słowo: “dziękuję”, po czym dyskretnie przesłała mu pocałunek. Fiona skończyła rozmowę i wsunęła telefon do torebki.