Выбрать главу

Przez dwadzieścia minut jeździł ulicami Wiedikon, a następnie skierował się do garażu przy apartamentowcu, w którym mieszkał. Pokonawszy stalową bramę wjazdową, czekał po drugiej stronie, aby się upewnić, że nikt nie idzie za nim pieszo. Przejechał krętą drogą do swojego miejsca parkingowego. Numer jego mieszkania, 6C, wymalowano na murze za pomocą szablonu.

Zatrzymał samochód w wyznaczonym punkcie i najpierw zgasił reflektory, a potem silnik. Przez dłuższą chwilę siedział nieruchomo, ściskając dłońmi kierownicę. Serce biło mu nieco zbyt pospiesznie jak na mężczyznę w jego wieku. Powinien wypić bardzo dużego drinka. Nagle poczuł się zmęczony.

Powoli przeszedł do przedsionka, z którego wjeżdżał windą do mieszkania. Przed zasuniętymi drzwiami z nierdzewnej stali ujrzał kobietę: uniosła głowę, aby na podświetlanej tablicy śledzić ruchy windy.

Kilka razy nacisnęła przycisk i głośno zaklęła. Potem, zauważywszy Petersona, odwróciła się i uśmiechnęła przepraszająco.

– Proszę mi wybaczyć, ale czekam na tę cholerną windę od pięciu minut. Chyba się popsuła, pieprzony złom.

Peterson stwierdził, że nieznajoma posługuje się perfekcyjnym Zuridutsch. Nie była cudzoziemką. Zlustrował ją wprawnym okiem. Miała ciemne włosy i jasną cerę. Tę kombinację Peterson zawsze uważał za niesamowicie atrakcyjną. Nosiła niebieskie dżinsy, podkreślające długość jej nóg. Spod skórzanej kurtki wystawała czarna bluzka, rozpięta akurat tyle, żeby wyeksponować koronkę stanika. Kobieta była ładna i szczupła, choć nie należała do takich piękności, które się spotyka na Bahnhofstrasse. Młoda, lecz już dojrzała. Nieco po trzydziestce. Góra trzydzieści pięć lat.

Zdawała się wyczuwać dyskretną aprobatę Petersona i sama obrzuciła go podobnym spojrzeniem. Miała psotne, szare oczy. Od czasu ostatniego romansu Petersona minęło już pół roku, zatem nadszedł czas na następny. Jego poprzednia kochanka była żoną dalekiego kolegi, człowieka z wydziału ds. malwersacji. Peterson dobrze rozegrał karty w tamtym związku. Przez pewien czas był usatysfakcjonowany, a kiedy nadeszła pora, zakończył romans bez nieprzyjemności czy zbędnych skrupułów.

Pomimo zmęczenia zdobył się na uśmiech.

– Jestem przekonany, że lada moment zjedzie.

– Wątpię. Raczej ugrzęźniemy tutaj na całą noc.

Sugestywność tej uwagi była wyraźna. Peterson postanowił wejść do gry, aby sprawdzić, jak daleko uda mu się posunąć.

– Mieszka pani w tym budynku?

– Nie, tu mieszka mój chłopak.

– Zatem pani chłopak w końcu wezwie pomoc, prawda?

– Pojechał na noc do Genewy. Ja zostaję w jego mieszkaniu.

Zastanawiał się, kim może być jej chłopak i o którym mieszkaniu mowa. Następnie puścił wodze fantazji i wyobraził sobie krótki i pospieszny stosunek seksualny, lecz zaraz górę wzięło zmęczenie, które przegnało wszelkie pomysły błyskawicznego podboju. Tym razem Peterson wcisnął guzik od windy, klnąc pod nosem.

– Nigdy nie przyjedzie. – Z kieszeni kurtki wyjęła paczkę papierosów, wysunęła jednego i włożyła do ust. Potem pstryknęła zapalniczką. Płomień się nie pojawił, więc powtórzyła tę czynność jeszcze kilka razy.

– Cholera. To chyba moja kiepska noc.

– Pozwoli pani… – Peterson wyciągnął własną zapalniczkę, z której wystrzelił język niebieskożółtego płomienia. Ostrożnie zbliżył go do kobiety, a on przypaliła papierosa, jednocześnie delikatnie głaszcząc grzbiet dłoni mężczyzny. Ten celowy, intymny gest wzbudził w nim dreszcze, przebiegające po całym ciele.

Wpływ jej dotyku okazał się tak silny, że Peterson nie zauważył, jak kobieta przysuwa swoją zapalniczkę do jego twarzy i wpuszcza mu prosto w nos słodkawą chmurkę środka odurzającego. Spojrzał na nieznajomą, szeroko otwierając oczy i nic nie rozumiejąc. Kobieta rzuciła papierosa na ziemię i wydobyła z torebki pistolet.

Jak się okazało, niepotrzebnie. Gaz obezwładniający zrobił swoje. Peterson poczuł, że ma nogi jak z waty, pomieszczenie zaczęło wirować, a podłoga wystrzeliła w górę, by go przytulić. Bał się, że uderzy głową o beton, lecz zanim zupełnie stracił równowagę, zjawił się mężczyzna, który w ostatniej chwili go podtrzymał.

Peterson zdążył jeszcze rzucić okiem na twarz nieznajomego, kiedy wleczono go z przedsionka i wrzucano na tył furgonetki. Wszystko przebiegało sprawnie, szybko i zadziwiająco delikatnie. Peterson chciał podziękować mężczyźnie za uratowanie, lecz stracił przytomność, gdy otworzył usta, aby przemówić.

41

Malles Venosta, Włochy

Gerhardt Peterson czuł się tak, jakby wypływał z głębin jednego z alpejskich jezior. Przenikał przez kolejne powłoki świadomości, warstwy ciepłej i zimnej wody, aż wreszcie jego twarz wychynęła na powierzchnię i mógł wypełnić płuca powietrzem. Wbrew oczekiwaniom nie znajdował się w wyśnionym jeziorze alpejskim, tylko w zimnej piwnicy o pokrytej terakotą podłodze i surowych ścianach z bielonego stiuku. Nad jego głową widniało małe okienko, ukryte we wnęce na poziomie ziemi. Przez szybę sączyło się słabe światło barwy sjeny. Peterson usiłował zorientować się w czasie i przestrzeni. Przypomniał sobie ciemnowłosą kobietę przy windzie, sztuczkę z zapalniczką, dotyk dłoni nieznajomej, kiedy spryskiwała mu twarz środkiem odurzającym. Nagle ogarnęło go zażenowanie. Jak mógł się okazać tak słaby? Tak łatwy do pokonania? Jakie sygnały musiał wysyłać, że skierowano przeciwko niemu kobietę?

Dudniący ból w głowie Petersona był niezbadanym terytorium i kojarzył się z czymś pośrednim między urazem a intensywnym kacem. Miał wrażenie, że jego usta pełne są piachu. Potwornie chciało mu się pić. Był rozebrany do majtek, skrępowany taśmą samoprzylepną w kostkach i nadgarstkach i obnażonymi plecami dotykał ściany. Poruszył go żałosny wygląd własnego ciała: blade, całkowicie pozbawione owłosienia nogi o stopach odchylonych na zewnątrz, jak u trupa. Znad majtek wylewała się pokaźna oponka. Drżał z zimna.

Nie zabrano mu zegarka, lecz szkiełko pękło i mechanizm stanął. Peterson wpatrywał się w światło przenikające przez okno i doszedł do wniosku, że to zachód słońca. Wydedukował, która godzina, choć nawet ten prosty zabieg wywołał w jego mózgu nieprzyjemny łomot. Porwali go na krótko przed północą. A zatem teraz była piąta, szósta po południu następnego dnia. Osiemnaście godzin. Czyżby stracił przytomność na osiemnaście godzin? To mogłoby wyjaśniać jego pragnienie oraz nieznośną sztywność pleców, stawów.

Był ciekaw, dokąd trafił. Przez chwilę obawiał się, że przetransportowali go do Izraela. Nie, w Izraelu zamknęliby go w przyzwoitej celi, a nie w piwnicy. Wciąż przebywał w pobliżu Szwajcarii. Może we Francji. Może we Włoszech. Żydzi lubili południe Europy. Dobrze się zlewali z tłumem.

Nagle poczuł dziwną woń, kadzidełka i drzewa sandałowego: zapach kobiety. Zastanawiał się, skąd ją zna, wtedy sobie przypomniał: tak pachniała ręka kobiety, która go obezwładniła. Skąd jednak wziął się jej zapach na jego ciele? Popatrzył w dół, na klatkę piersiową i ujrzał cztery czerwone kreski: zadrapania. Miał poplamioną bieliznę, a w kroczu czuł nieprzyjemną lepkość. Co oni mu zrobili? Osiemnaście godzin, solidny środek…

Peterson upadł na bok, policzkiem uderzając w zimną terakotę. Miał odruchy wymiotne. Niczego nie zwrócił, choć męczyły go silne nudności. Nie potrafił pogodzić się z własną słabością. Nagle poczuł się jak bogacz, który wpada po uszy w kłopoty w biednej dzielnicy. Wszystkie jego pieniądze, cała kultura i wyższość – jego szwajcarskość – straciły znaczenie. Znalazł się poza obronnymi murami umocnień alpejskich. Trafił w ręce ludzi grających według innych reguł.