Usłyszał kroki na schodach. Do środka wszedł mężczyzna, niski i śniady. Jego sprężyste ruchy zdradzały ukrytą siłę. Sprawiał wrażenie zirytowanego faktem, że Peterson odzyskał przytomność. W ręku trzymał srebrzyste wiadro. Uniósł je i oblał Petersona strumieniem lodowatej wody.
Ból okazał się nieznośny. Peterson wrzasnął. Mężczyzna ukląkł przy nim i wpakował mu w udo igłę, tak głęboko, że niemal trafiła w kość. Peterson ponownie zanurzył się w toni swojego jeziora.
Gdy Gerhardt Peterson był małym chłopcem, usłyszał opowieść o żydowskiej rodzinie, która podczas wojny pojawiła się w wiosce jego rodziców. Teraz, w narkotycznej śpiączce, znowu śnił o Żydach. Rodzina ta, dwoje dorosłych i trójka dzieci, przybyła do Szwajcarii z nieokupowanej części Francji. Pewien litościwy rolnik ofiarował im schronienie w maleńkiej chatce na swojej ziemi. Funkcjonariusz kantonalnej policji dowiedział się, że we wsi są Żydzi, lecz zgodził się utrzymać to w tajemnicy. Jeden z wieśniaków zawiadomił jednak policję federalną, która następnego dnia zjawiła się w obejściu i zatrzymała całą rodzinę. Rząd prowadził wówczas politykę odsyłania nielegalnych imigrantów z powrotem do państwa, z którego przybyli. Żydowscy uciekinierzy pokonali granicę z nieokupowanym południem Francji, lecz odtransportowano ich do części okupowanej, prosto w ręce czekającego tam niemieckiego patrolu. Potem ich aresztowano, umieszczono w pociągu jadącym do Oświęcimia i zagazowano. Gerhardt Peterson początkowo odmawiał dania wiary tej historii. W szkole uczono go, że Szwajcaria, państwo neutralne podczas wojny, otworzyła granice dla uchodźców i rannych żołnierzy, stając się w ten sposób europejską siostrą miłosierdzia, matczynym łonem w sercu ogarniętego chaosem kontynentu. Poszedł do ojca i spytał go, czy opowieść o Żydach jest prawdziwa. Ojciec najpierw odmówił rozmowy na ten temat. Gdy jednak młody Gerhardt nalegał, ojciec potwierdził, że owszem, historia jest prawdziwa.
– Dlaczego nikt o tym nie mówi?
– Bo i po co? To się zdarzyło w przeszłości. Nic już tego nie zmieni.
– Ale oni zginęli. Stracili życie przez kogoś w tej wiosce.
– Przebywali tutaj nielegalnie. Bez pozwolenia. Poza tym, Gerhardt, to nie my ich zabiliśmy. Zamordowali ich naziści. Nie my!
– Ależ tato…
– Dość już, Gerhardt! Spytałeś mnie, czy to prawda, a ja udzieliłem ci odpowiedzi. Nie wolno ci już rozmawiać na ten temat.
– Tato, dlaczego?
Ojciec milczał, a Gerhardt Peterson właśnie wtedy poznał odpowiedź. Nie wolno mu było rozmawiać na ten temat, bo w Szwajcarii nie dyskutuje się o nieprzyjemnych wydarzeniach z przeszłości.
Peterson się ocknął, oblany kolejnym wiadrem lodowatej wody. Otworzył oczy i natychmiast oślepiło go intensywne, białe światło. Mrużąc powieki, dostrzegł dwie stojące nad nim postacie: niskiego mężczyznę z kubłem oraz obdarzonego dziecięcym wyglądem człowieka, który w Zurychu zaniósł go do furgonetki.
– Pobudka!
Konus oblał Petersona jeszcze jedną porcją wody. Więzień leżał na podłodze przemoczony, drżący.
Oprawca wyszedł, a jego łagodniejszy towarzysz przykucnął i ze smutkiem przyjrzał się Szwajcarowi. Peterson wciąż tracił poczucie rzeczywistości i mylił ją ze snami. Wydawało mu się, że strażnik o wyglądzie dziecka jest Żydem z jego wioski, którego wraz z rodziną wygnano do Francji.
– Przepraszam… – jęknął Peterson, szczękając zębami z zimna.
– Tak, wiem – odparł mężczyzna. – Wiem, że przepraszasz.
Peterson zakaszlał, a jego usta wypełniły się flegmą i śliną.
– Posłuchaj, Gerhardt, spotkasz się teraz z dużym. Trochę zaboli, ale w ten sposób będziesz przejrzyściej myślał. – Zrobił mu kolejny zastrzyk z precyzją chirurga, tym razem w ramię. – Musisz mieć klarowny umysł podczas rozmowy z dużym. Lepiej się czujesz? Pajęczyny znikają?
– Tak, chyba tak.
– Dobrze. Pajęczyny na umyśle są niedopuszczalne w czasie rozmowy z dużym. On chce wiedzieć wszystko, co wiesz. Musisz mieć wyostrzone zmysły.
– Pić.
– Nie wątpię. Przez ostatnich kilka dni byłeś bardzo zajęty. I bardzo niegrzeczny. Duży z pewnością zaproponuje ci coś do picia, jeśli zdecydujesz się współpracować. A jeśli nie… – Wzruszył ramionami i wydął dolną wargę. – Wtedy zawsze możesz wrócić tutaj, ale wówczas mój przyjaciel poczęstuje cię czymś więcej niż tylko odrobiną wody.
– Zimno.
– Wyobrażam sobie.
– Przepraszam.
– Ależ ja naprawdę wiem, że przepraszasz. Wystarczy, że usprawiedliwisz się przed dużym i wyznasz mu wszystko, co ci wiadomo. A wówczas dostaniesz coś do picia i ciepłe ubranie.
– Chcę z nim mówić.
– Z kim chcesz mówisz?
– Z dużym.
– Mamy iść na górę i go poszukać?
– Przepraszam. Chcę mówić z dużym.
– Wobec tego ruszajmy, Gerhardt. No już, daj rękę. Pomogę ci.
42
Gabriel miał na sobie starannie wyprasowane spodnie w kolorze khaki oraz miękki beżowy sweter, który świetnie na nim leżał. Całym swoim wyglądem podkreślał, że jest mu wygodnie, wręcz komfortowo. Dokładnie taki wizerunek chciał zaprezentować. Eli Lavon wprowadził Petersona do pokoju i popchnął go na twarde krzesło z prostym oparciem. Szwajcar usiadł jak skazaniec przed plutonem egzekucyjnym. Nie odrywał oczu od ściany.
Lavon wyszedł. Gabriel siedział z opuszczonym wzrokiem. Nie należał do ludzi delektujących się zwycięstwem. Doskonale wiedział, że w branży wywiadowczej sukcesy często zmieniają się w porażki. Niejednokrotnie też okazywało się, że żadnego zwycięstwa nie było. Mimo to Gabriel chętnie korzystał z okazji, aby cieszyć się kolejnym zwrotem w prowadzonej przez niego sprawie. Nie tak dawno to on był uwięziony, a Szwajcar zadawał pytania. Tylko że wtedy Peterson był ubrany w szyty na zamówienie, szary garnitur i zachowywał się butnie. Teraz siedział przed Gabrielem w samej bieliźnie i drżał z zimna.
Dzielił ich biały plastikowy stół, niemal zupełnie pusty z wyjątkiem beżowej teczki na dokumenty i parującego kubka z kawą, którą popijał Gabriel. Podobnie jak w celi Petersona w piwnicy, podłogę pokoju wyłożono płytkami z terakoty, a ściany pokryto stiukiem. Zasłony były zasunięte. Deszcz i wiatr wybijały na szybie natrętny rytm. Gabriel przyglądał się Petersonowi z niesmakiem i milczał wymownie.
– Nie ujdzie wam to płazem – odezwał się pierwszy Peterson.
Mówił po angielsku, lecz Gabriel przeszedł na niemiecki. Wymawiał słowa starannie i gramatycznie poprawnie, posługując się klasyczną niemczyzną swojej matki. Chciał w ten sposób podkreślić niestaranność Schwyzerdutch Petersona. Jego szwajcarskość. W ten sposób odcinał się od niego.
– Co nam nie ujdzie płazem, Gerhardt?
– Porwanie mnie, ty pieprzony sukinsynu!
– Ale to już nam uszło płazem.
– W garażu mojego apartamentowca są kamery. Cała sztuczka z tą twoją dziwką została sfilmowana, a zuryska policja pewnie już ma kasetę.
Gabriel uśmiechnął się wyrozumiale.
– Zajęliśmy się kamerami tak samo, jak ty zająłeś się nimi w willi Rolfego tamtej nocy, gdy go zamordowałeś i ukradłeś jego obrazy.
– Co ty chrzanisz?
– Mówię o obrazach z tajnej kolekcji Rolfego. O tych, które dostał w czasie wojny za usługi na rzecz SS. O tych, które zamierzał zwrócić.
– Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. Nic nie wiem o jego tajnych zbiorach i w ogóle nie mam nic wspólnego z jego morderstwem. Nikt nigdy nie uwierzy, że przyczyniłem się do jego śmierci.
– Zabiłeś Augustusa Rolfego. Potem zamordowałeś Wernera Mullera w Paryżu. Następnie Emila Jacobiego w Lyonie. Wreszcie usiłowałeś wykończyć mnie w Zurychu. Wysłałeś człowieka, który miał zabić Annę Rolfe w Wenecji. Denerwujesz mnie, Gerhardt.