Выбрать главу

Zbliżając się do domu Fernérów, zwolniliśmy kroku.

– Wczoraj pracowałaś do późna? – zapytał, spoglądając na mnie. – Słyszałem, jak buszujesz po kuchni, mój pokój jest powyżej.

– Och! Nie dałam ci zasnąć? – rzuciłam przestraszona.

– Nie myślałem o sobie.

Schyliłam głowę.

– Tak, pracowałam do późna. I wiesz co? – Spojrzałam na niego z nagłym ożywieniem. – Kiedy wracałam do domu, podszedł do mnie jakiś mężczyzna i dał mi dziwną karteczkę.

– Tutaj?

– Nie, tam, na rogu. Pod latarnią.

Nagle zatraciłam gdzieś swoją powściągliwość. Prostolinijne zachowanie Marcusa wzbudzało zaufanie.

– Zatrzymałam się w świetle latarni, by poprawić… suknię, a on zapytał mnie o statek do Trelleborga. Odrzekłam mu zgodnie z prawdą, że z Ystad nie odchodzą statki do Trelleborga.

– Ależ odchodzą – poprawił mnie łagodnie. – Pan Fernér wspomniał, że zaczęły kursować w tym miesiącu.

– Doprawdy? Więc oszukałam tego biedaka! – Spojrzałam z przestrachem na Marcusa. – To straszne!

Zatrzymaliśmy się zupełnie bezwiednie, jakby żadne z nas nie miało ochoty wejść do środka.

– Więc mężczyzna dał ci jakąś karteczkę?

– Tak. Skinął tylko głową, gdy usłyszał odpowiedź, i wcisnął mi w dłoń zwitek papieru. Bardzo się zdumiałam. Z początku myślałam, że wziął mnie za… zresztą sam wiesz, i że chciał się umówić na schadzkę…

– Nie można cię pomylić z taką dziewczyną – odrzekł z ciepłym uśmiechem. W jego ciemnych oczach pojawił się wyraz czułości.

– A jednak… – Zawahałam się. – Ja… poprawiałam podwiązkę. Mógł źle zrozumieć sytuację.

– Ach, tak. Co było napisane na kartce?

– Tylko jedno słowo. Poczekaj, mam ją przy sobie…

Grzebiąc w kieszeni, opowiedziałam mu jeszcze o spotkaniu z ulicznicą i o tym, jak nieprzyjemnie jest przemierzać samotnie ulice późną nocą.

– Mam! To ta kartka – oznajmiłam, wręczając mu arkusik.

– Aldebaran – odczytał na głos. W jego oczach pojawił się nagły wyraz zadumy.

– Co to znaczy? – nie mogłam powstrzymać ciekawości.

Marcus już otwierał usta, by mi odpowiedzieć, kiedy nagle dobiegł nas jasny kobiecy głos.

– Marcus! Tutaj jesteś!

Na widok właścicielki tego głosu Marcus wyszeptał bezgłośnie nie całkiem przyzwoity wyraz.

– A więc przyjechali! – westchnął.

Spojrzałam na tę młodą kobietę. Była tak piękna, że poczułam się przy niej jak brzydkie kaczątko. Nie zwracając na mnie uwagi, wyciągnęła ramiona w kierunku Marcusa.

– Marcus – rzekła tylko, patrząc na niego z oddaniem. Miała wielkie, zielone, kocie oczy i ufarbowane na rudo włosy. Podejrzewałam, że w rzeczywistości były bure jak u myszy.

Zarzuciła mu ramiona na szyję, nie przejmując się zbytnio pakunkami, które dźwigał.

– Uwaga na szynkę! – krzyknęłam.

– Co? – Kobieta roześmiała się, odwracając ku mnie. – Kim ona jest, Marcus?

– To panna Annabella Mårtensdotter. Jest ekspertem w sprawach kuchni i dziś przygotuje nam wieczorny posiłek – Marcus skłonił mi się lekko. – A to baronowa Marietta Lehbeck.

Dygnęłam, a Marietta wzięła Marcusa pod rękę. W tej samej chwili zbliżył się do nas młodzieniec, ten sam, z którym widziałam Marcusa poprzedniego dnia, w towarzystwie młodej dziewczyny. Dziewczyna nie wyróżniała się niczym szczególnym, miała niezgrabną sylwetkę i nosiła staromodny strój.

– Panna Annabella – przedstawił mnie Marcus – a to mój dobry przyjaciel Johan. I panna Flora Mørne.

W tak licznym gronie straciłam pewność siebie. Odebrałam Marcusowi pakunki i dziękując za pomoc, pospieszyłam do kuchni. Dobiegł mnie jeszcze głos Marietty:

– No wiesz, Marcus, jak możesz…

Płonęły mi policzki, doznałam srogiego rozczarowania. Czego się jednak mogłam spodziewać? Że porucznik prowadził życie w cnocie? Te czasy już minęły, mężczyźni pozwalali sobie na drobne miłostki. Frywolność i nieprzyzwoitość stały się modne, lecz ja dziękowałam matce za wychowanie w czystości!

Dzień zszedł mi na przygotowaniach, więc nie poświęciłam gościom wiele uwagi. Dowiedziałam się jedynie, że przybył niejaki pułkownik Lehbeck, jak się domyśliłam, ojciec Marietty.

Marcus zaszedł do mnie na krótką pogawędkę. Właśnie miesiłam składniki na ciastka zwane biedaczkami i szykowałam się do rozbicia jajek.

– Pomogę ci – powiedział. – Ile potrzebujesz?

– Trzydzieści.

– Trzydzieści? Jak nazwałaś te ciasteczka? Biedaczki? Stanowczo za dużo jajek!

– Same żółtka! – dodałam z uśmiechem. – Uważaj, by nie dostały się do białek, bo białka są mi potrzebne do innej potrawy.

– Nie pojmuję, jak nad tym wszystkim panujesz – westchnął z podziwem.

– Mam znakomite pomocnice – odrzekłam, uśmiechając się do kucharek pani Fernér. Dziewczęta zachichotały, posyłając Marcusowi długie spojrzenia.

Marcus też się uśmiechnął i z ogromną powagą zabrał się do tłuczenia jajek.

– Miło tu u was – stwierdził. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak uciążliwe jest towarzystwo tamtej kobiety.

– Jak długo zostaniecie? – spytałam.

– Tylko trzy dni. Ale wrócimy za dwa tygodnie.

– Wszyscy?

– Mam nadzieję, że nie. Ja z pewnością wrócę.

Wypowiedział te słowa z takim zdecydowaniem, jakby chodziło o przyjemność, a nie obowiązek.

Z pokojów dobiegł nas jasny kobiecy głos:

– Marcus? Czy ktoś widział Marcusa?

Marcus wykrzywił twarz w grymasie rezygnacji.

– Koniec spokoju – westchnął. – Muszę opuścić tę oazę.

Dopiero późnym popołudniem mogłam zająć się piramidą z owoców i słodyczy. Siedziałam w chłodnej spiżarni pochłonięta pracą, kiedy wpadła z impetem pani Fernér. Jej policzki pałały, z trudem panowała nad wzburzeniem. Zanim zdążyłam się przestraszyć, że ja jestem obiektem jej gniewu, zaczęła wyrzucać z siebie gwałtowne słowa.

– Ta okropna kobieta! Czemu tu przyjechała? Nie życzę sobie jej obecności pod mym dachem!

– Nie wiem, o czym pani mówi, pani Fernér – wymamrotałam.

– Czy możesz to sobie wyobrazić? Ona jest nienasycona. Wciąż musi sama sobie udowadniać swą siłę oddziaływania. Nie rozumiem, co mężczyźni w niej widzą!

Ja byłam w stanie to zrozumieć, ale nie zdradziłam się z tą myślą, bo pani Fernér miała łzy w oczach.

– Ci głupcy dają się nabrać na najprostsze sztuczki – ciągnęła.

Czułam, jak rośnie we mnie gniew. A więc Marietta Lehbeck uważała, że może zalecać się do pana Fernéra w jego własnym domu, i to na oczach żony! A pan Fernér… Jakże mógł upaść tak nisko?

Jej następne słowa podziałały na mnie jak wiadro zimnej wody.

– Biedny Marcus! Ten wspaniały, dobry młodzieniec musi się z nią ożenić!

ROZDZIAŁ III

Przeraziłam się nie na żarty. Upuściłam trzy palone migdały na rozpoczętą kompozycję i zaniemówiłam na dłuższą chwilę.

Marcus musi ożenić się z Marietta! Musi? Co to ma oznaczać?

– Pani Fernér – zaczęłam drżącym głosem – mam podobne zdanie o tej młodej damie.

Mogłam sobie pozwolić na te słowa, bo dopóki żył ojciec, tworzyliśmy dobrą rodzinę, a ludzie otaczali nas szacunkiem. Przynajmniej ci, którzy potępiali brak zasad i zepsucie.

Marcus… Był jak z krótkiego, choć pięknego snu. Teraz musiałam się obudzić.

Pani Fernér westchnęła ciężko, a jej oczy spoczęły na moim dziele.

– Och, Annabello, to jest piękne! Czego jeszcze masz zamiar użyć oprócz palonych migdałów?

– Francuskich ciasteczek z lukrem, petits fours, kandyzowanych płatków róży, wiśni w likierze i suszonych śliwek w koniaku. Wiśnie i śliwki obleję czekoladą. Na koniec mój własny specjał. Zechce pani skosztować?