Straciłem apetyt.
Upiorny strach porwał mnie za włosy. Pot gruby potoczył się po całym ciele niczym paciorki rozerwanego różańca. Magdalena chyba tego nie zauważyła, wybiegła szczęśliwa, rozszczebiotana.
Uciekłem, oczywiście że uciekłem. W chudym paltociku, dziurawych trzewikach, z węzełkiem zawierającym niewielkie zapasy pożywienia.
Wymknąłem się tyłem z zajazdu, potem uliczkami do dziury w murze obronnym, ku ogrodom, polom, wreszcie lasom. Trzeba by Ksenofonta. aby opisać me trudy, utrapienia i niebezpieczeństwa, jakie przeżyłem przez owe dwa tygodnie. Szedłem najpierw nocami, kryjąc się po oczeretach, dygocąc z zimna, później, gdy oddaliłem się od regionów zamieszkanych, mogłem już rozniecać ogień. Za pożywienie służyły mi pędraki, korzonki, czasem złowiona rybka. Dobrze, że wiedza entomologa pozwalała mi rozróżniać insekty jadalne od niejadalnych.
Tak dotarłem do Krzywych Szczytów, przekroczyłem granicę i trzykroć ucałowałem obcą ziemię, dziękując za ocalenie. Nigdy już nie powrócę w parszywe progi Amirandy. Nigdy, choćbym miał być w Uppsali pospolitym skrybą albo czyścibutem rektorskim! Nigdy! Notuję te słowa siedząc na polanie z widokiem na małe erbanijskie miasteczko. Wiem, że wyglądam jak leśny człowiek, ale z mej gaży w Banku Zastępców uciułałem dość złotych talarów, aby mieć i na balwierza, i na kąpiel, i na czysty pokój w gospodzie… Idę. A następny zapis, da Bóg, uczynię już na morzu płynąc do Sztokholmu”…
Manuskrypt Haralda Haraldsona nie posiada dalszego ciągu. Jak można wyczytać z załączonej notatki służbowej, został skonfiskowany przez straż miejską Runtervaldu, małego miasteczka, które dwa tygodnie wcześniej na skutek korektur granicznych przeszło spod administracji erbańskiej pod prawowitą władzę Amirandy. We włóczędze rozpoznano uciekiniera-defraudanta z Nordlandzkiego Banku Zastępców. I bez większych kłopotów przekazano go we właściwe ręce. Nawiasem mówiąc, owa zmiana granicy wymuszona przez Erbanię miała na celu – w zamian za piękne, choć nieurodzajne hrabstwo Runtervaldu – otrzymanie skalistego, acz bogatego w minerały Turneru…
Los Haralda nie został ustalony. Udało się natomiast na liście usług zastępczych znaleźć zlecenie, jakie przypadłoby mu, gdyby nie spieszna i paniczna ucieczka. Było to zamówienie markiza Rolanda, któremu z przyczyn sercowych nie uśmiechała się praca na stanowisku attache kulturalnego i koniecznie potrzebował kogoś, kto zamiast niego pożeglowałby na placówkę konsularną w Uppsali.
Telefon Zaufania
– Słyszał już pan o tym telefonie? – zapytała Charlotta, rozsuwając ciężkie, aksamitne zasłony w oknach sypialni.
– Słyszałem, podobno kupiono licencję na wynalazek pana Bella – odrzekł ziewając zagrzebany w poduchy mężczyzna, którego wiecznie nabiegła krwią twarz nieodmiennie kojarzy się z szaszłykiem.
– Wynalazek pana Bella to jedno, ten telefon to drugie. – Gosposia należała do osób doskonale poinformowanych z racji częstych wizyt w kościele i dzięki prenumeracie „Dzwonka Codziennego".
Do zwyczaju należało, że po obudzeniu i podaniu śniadania robiła swemu panu prasówkę. Sam pan, Szambelan piątej kategorii, nie czytywał nic od czasu przedwczesnego przejścia na emeryturę. Należał do ludzi wygodnych i pozbawionych przesadnych ambicji. Całe życie przesłużył na niższych piętrach drabiny urzędniczej, wykazując się bezwzględną lojalnością i subordynacją. Nigdy nie skaziło go własne zdanie – kiedy zwierzchnicy się mylili, on solidarnie mylił się razem z nimi. Toteż, gdy po czterdziestu pięciu latach nienagannej służby otrzymał tytularną szambelanię (najniższego wprawdzie stopnia, ale zawsze) i trzysta pięćdziesiąt silverów miesięcznej renty, służbowe mieszkanie z gosposią i bezpłatny bilet na koleje żelazne, mógł uważać się za człowieka szczęśliwego. Nade wszystko bowiem cieszył go spokój, porządek i ład. Nienawidził szczerze w równym stopniu: młodych ludzi z Akademii Sztuk Pięknych owładniętych przez zgubne demony impresjonizmu, ich uniwersyteckich kolegów szukających inspiracji w naukach Darwina lub Nietzchego i socjalistów. Gardził kawiarnianym rozpolitykowanym tłumkiem, a panująca monarchia, wciąż absolutna, wydawała mu się najlepszym z możliwych systemów. Każdy znał tu swoje miejsce, a gdy je opuścił, był skutecznie przywoływany. I to dowodziło harmonii.
Oczywiście, Szaszłyk Szambelan, jak przezywali go za jego plecami sąsiedzi z kamienicy, miał swoje drobne grzeszki. Ale były to grzeszki odpowiedzialne. W piątkowe popołudnie grywał na małe stawki w wista w Klubie Purytańskim, w sobotę pił (tak aby przez niedzielę móc wytrzeźwieć), w poniedziałek zaś chodził do burdelu, albowiem tego dnia stali bywalcy salonu Madamme Tourneau mieli zniżkę.
Śniadanie składające się z trzech jajek na szynce z towarzyszeniem czarnej kawy z mlekiem, kilku chrupiących bułeczek, salaterki z serami i patery pełnej owoców rozłożyło się na nocnym stoliku. Szambelan zawiązał sobie serwetkę pod brodą.
– A jaka pogoda, Charlotto?
– Będzie padać. Natomiast to, co mówią o tym telefonie, to naprawdę niezwykłe. Podobno ludzie będą mogli telefonować do Zamku.
– Ależ, droga Charlotto, po cóż mieliby to robić?
– Żeby przekazać swoje opinie, rady i uwagi.
– Niedorzeczność. Istnieje przecież mianowany przez Najjaśniejszego Pana Senat, działa wyspecjalizowany aparat urzędników zbierających opinie, po cóż jeszcze aparat telefoniczny? Jest to plotka, obrzydliwa plotka szerzona przez wiadome koła liberałów i antychrystów.
– Ależ napisali o tym w „Dzwonku Codziennym", o tutaj: Wychodząc naprzeciw słusznemu zapotrzebowaniu szerokich mas admirandzkich, tytułem eksperymentu już wkrótce zostanie wprowadzony nowy system konsultacji ze społeczeństwem za pomocą Telefonu Zaufania…
– Moje pince-nez! – Szambelan zdawał się być poruszony. Gosposia sięgnęła po nie, ale w tym momencie ozwało się stukanie do drzwi, czynione zgoła profesjonalnie. Nie było to pełne ugrzecznienia stukanie doręczyciela pocztowego, dwuznaczne chrobotanie domokrążcy, czy przyjacielskie puk-puk któregoś z nielicznych znajomych Szaszłyka… Zresztą, nim ktokolwiek miał okazję postąpić ku drzwiom, te otwarły się same i stanęli w nich dwaj identyczni faceci w płaszczach ociekających wodą i charakterystycznie postawionych kołnierzach.
– Pan Wiktor, tytularny Szambelan Starogrodzki? – zapytał minimalnie wyższy z przybyłych i nie czekając na odpowiedź, którą najwyraźniej znał, dodał: – Pan będzie uprzejmy pójść z nami…
Ciężki kac telepał całym ciałem młodzieńca. Nie pomagał ani kompres sporządzony przez wiernego Jana, ani kufel dobrego de-nijskiego piwa przyniesiony przez Margaretę z piwiarni vis a vis ledwo minęła godzina trzynasta. Żużu leżał z przymkniętymi oczyma na puchowych poduszkach i czekał, kiedy objawy zatrucia miną lub przynajmniej zmaleją. Trzy bankiety zakończone nad ranem w garderobach Teatrzyku Rewiowego „Kakadu" to nazbyt wiele nawet dla zahartowanego w rozrywkowych bojach organizmu młodego mężczyzny. Swój stan zwykł on określać w podobnych okolicznościach „struganiem łódeczek z kory mózgowej". Starał się więc odprężyć i nie myśleć. A nade wszystko nie wspominać. Wieczór był udany. Ekscesy umiarkowane. W końcu zestrzelenie żyrandola w małej sali w „Kakadu", zdarcie płaszczy z paru przechodniów i spoliczkowanie dwóch konstabli, gdy ci naiwnie próbowali wylegitymować złotą czeredkę, nie należało do szczególnych osiągnięć. Żużu, rozbierany na schodach przez wiernego Jana, resztką świadomości udzielił mu kilku poleceń. Ten jeszcze przed świtem pobiegł do kancelarii ojca młodzieńca. Starszy pan najpierw zaśmiewał się z powodu jego wybryków, a potem polecił paru swym podwładnym zatuszować przykre wrażenie, zapłacić gdzie trzeba, a obu spoliczkowanych konstabli przenieść do służby w oddziałach pogranicznych.