– Przede wszystkim potrzebny będzie mi talerz – zaczął mag niechętnie. – Duży i płaski. Potem trzeba będzie przygotować magiczny wywar… a właściwie aż trzy różne wywary. Pierwszym należy natrzeć powierzchnię spodka, tak jak naciera się tłuszczem blachę do ciasta. Drugi należy nalać do talerzyka, aż po brzegi. A trzeci jest potrzebny do tego, żeby pokryć spodek wypełniony drugim wywarem, jak… ty to nazywasz folia. W najgorszym przypadku można wziąć po prostu zwyczajne miedziane lustro i zaczarować je, ale w takim wiele się nie zobaczy.
– A co jest potrzebne do wywarów? – z ciekawością dopytywała się Van, szczegółowo zapamiętując cały przepis. Nie dlatego, że planowała zrobić to samodzielnie, a dlatego, że ją to interesowało.
– Do nacierania – zmieszane w równych proporcjach olejki akacjowy, cynamonowy i anyżowy, z dodatkiem kilku kropel olejku z gałki muszkatołowej. To najprostszy skład. Do napełnienia talerzyka – mieszanka jałowca, paczuli, cynamonowca, drzewa sandałowego i żywicy z drzewa mastyksowego. Wszystko zmieszać, zemleć na proszek, a potem dodać kilka kropel ambry zmieszanej z piżmem. Potem dodać olejku z gałki muszkatołowej i olejku goździkowego, ale to nie jest konieczne. Mieszanka musi się odstać co najmniej trzy dni. Ostatni wywar składa się z jednej części goździków, trzech części korzenia cykorii i trzech części pięciornika. Dodać krew białej kury. I, oczywiście, przygotowaniu wywarów muszą towarzyszyć zaklęcia.
Vanessa, która przez cały czas kołysała się rytmicznie, straciła wątek opowieści gdzieś w okolicach trzeciego zdania.
– A jeśliby użyć szklanej kuli? – zapytała, byleby coś powiedzieć.
– Do czego? – nie zrozumiał Kreol.
– No, żeby zobaczyć przyszłość albo coś tam jeszcze…
– Czyżby w niej można było coś zobaczyć? – Mag podniósł brwi. – Czasami korzystam ze szklanej kuli, ale tylko po to, żeby się skoncentrować. W tym samym celu można wykorzystać brylantowy pierścień, a nawet zwykłą plamę z atramentu. A przyszłości nigdy nie widziałem, nie jestem prorokiem. Teraźniejszość i, w określonych warunkach, przeszłość – to wszystko co mogę obiecać.
– Rozumiem… Powiedz no, czym w ogóle planujesz się teraz zajmować?
– To znaczy? – zasępił się mag.
– Dlaczego nie zostałeś w tym swoim Sumerze? Po co ci to wszystko potrzebne?
– Miałem swoje powody… – burknął Kreol, dolewając sobie kawy do filiżanki. – Całe mnóstwo przyczyn… Odpocznę kilka dni i będę kontynuował pracę. Czekaj na mnie Lengu, czekaj… – wyszeptał z jawną pogróżką.
Vanessa zmarszczyła czoło i zamyśliła się nad jego słowami. Już miała otworzyć usta, żeby zapytać, kto to taki ten Leng, gdy przeszkodził jej zupełnie powszedni dźwięk – dzwonek do drzwi.
Vanessa i Kreol jednocześnie spojrzeli na siebie.
– Kto to może być? – powoli powiedziała Van.
– Butt-Krillach i Hubaksis nie będą dzwonić – logicznie odpowiedział mag. – Sir George i Hubert są w domu.
– Hubert…! Czy uprzedziłeś Huberta, żeby nie otwierał drzwi?
– Nie. A ty?
Jeszcze przez ułamek sekundy Kreol i Vanessa patrzyli na siebie. Po chwili wyskoczyli z foteli i na wyścigi pognali do drzwi wejściowych, energicznie rozpychając się przy tym łokciami.
– Stać!!! – wrzasnął Kreol, widząc, że urisk już naciska klamkę. Van, której od tego wrzasku zadzwoniło w uszach, z oburzeniem pisnęła coś niecenzuralnego.
– Tak, sir? – Hubert sztywno odwrócił się do maga. Cała jego postawa mówiła, że ma nadzieję, iż państwo wytłumaczą mu, co też im przyszło tym razem do głowy.
– Szybciutko zapamiętaj dwie zasady – rzucił Kreol. – Po pierwsze: nigdy nie otwieraj drzwi. Po drugie: jeśli w domu są obcy, nie pokazuj im się na oczy. Wykonać!
– Tak jest, sir – odparł nieporuszony skrzat, powoli rozpływając się w powietrzu.
– Co mu się stało? – zapytała zagubiona Vanessa, ciągłe jeszcze dłubiąc w uchu.
– Nic wielkiego, tylko stałem się niewidzialny, ma’am – z pustki dobiegł głos skrzata. – Mogę już iść?
Dzwonek zadźwięczał jeszcze raz, tym razem bardziej natarczywie. Biorąc pod uwagę, że minęło już wpół do jedenastej, a na zewnątrz było dość chłodno, nieznani goście i tak byli bardzo uprzejmi.
Van nacisnęła klamkę i energicznie otwarła drzwi, gotowa powiedzieć nieproszonym gościom, co o nich myśli. Ale gdy zobaczyła, kto stoi na progu, skamieniała z otwartymi ustami jak słup soli.
Na progu stały dwie osoby. Mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu pięciu lat, o chińskich rysach twarzy, w okularach i korpulentna kobieta, mniej więcej w tym samym wieku, z farbowanymi włosami. Wokół nich piętrzyły się walizki.
– Mamo… tato… – wyszeptała Van, przełamując bezwład. – Przecież jesteście w Pekinie…?
– Samolot wylądował dwie godziny temu i od razu pojechaliśmy do ciebie ale oczywiście cię nie zastaliśmy twoja koleżanka dała nam twój nowy adres i przyjechaliśmy tutaj czarujący dom moja córeczko po prostu czarujący tylko nieco smutny nie sądzisz? – wyrzuciła z siebie matka.
– Witaj, córciu – uśmiechając się, objął ją serdecznie ojciec.
Ojciec Van urodził się w Pekinie. Tak jak i jego rodzice, był czystej krwi Chińczykiem. Jednak ponad czterdzieści lat przemieszkał w Stanach, dlatego po angielsku mówił bez śladu obcego akcentu. Jej matka, wręcz przeciwnie, była Amerykanką, ale mówiła tak, jakby urodziła się gdzieś za oceanem. Absolutnie nie robiła pauz między słowami. Prawdopodobnie słyszała gdzieś o istnieniu znaków przestankowych, ale dawno i zdecydowanie postanowiła, że jej nie dotyczą.
– Witajcie… – wymamrotała Van niezdecydowanie, oswobodziwszy się z rodzicielskich objęć. Kochała swoich staruszków, ale tym razem pojawili się wyjątkowo nie w porę. Vanessa liczyła, że jej protoplaści spędzą w Chinach jeszcze dwa tygodnie. – Ale dlaczego nie pojechaliście od razu do domu?
– Jak dobrze cię widzieć córuś bardzo dobrze wróciliśmy wcześniej wzięliśmy taksówkę sprzedaliśmy nasze mieszkanie jeszcze przed wyjazdem przecież mówiliśmy ci chcemy też kupić dom na łonie natury wyprzedziłaś nas oczywiście nie taki staromodny chcieliśmy zatrzymać się przez jakiś czas w hotelu ale jeśli masz taki duży dom to oczywiście nie odmówisz i przygarniesz nas na kilka dni kim jest twój kawaler no przedstawże nas!
– Mao Lee. – Ojciec Van wyciągnął do Kreola rękę, a ten uścisnął ją z wahaniem. – Moja żona, Agnes.
– Dali mu imię na cześć Mao Zedonga dziwne prawda wtedy on dopiero doszedł do władzy w rzeczywistości nazywa się Lee Mao u Chińczyków wszystko jest na odwrót najpierw nazwisko potem imię jak się pan nazywa pan przyszedł w gości do naszej drogiej córeczki?
– Ma na imię Laurence. – Vanessa gorączkowo zbierała myśli, rozumiejąc, że nie ma co liczyć na pomoc ze strony maga. – Laurence Kreol. My… my mieszkamy razem. Jest… jest moim narzeczonym! Tak, właśnie, zamierzamy się pobrać!
– Cooooo? – Kreolowi opadła szczęka. Van zakryła mu usta dłonią, mając przy tym nadzieję, że nie ugryzie jej, i jednocześnie starała się pokryć zmieszanie głupim uśmiechem.
Ojciec zasępił się. Matka, ani trochę nie zbita z tropu takim zwrotem akcji, zaterkotała, pełna szczęścia:
– Taka nieoczekiwana niespodzianka kiedy to się stało dlaczego nic nam nie powiedziałaś kiedy odbędzie się ślub on mi się podoba chociaż powinien pan Larry przefarbować włosy w tym kolorze jest panu nie do twarzy.
– Gra-gratuluję – niezręcznie wymamrotał tatuś, poszturchiwany przez żonę łokciem.
Przynajmniej nie zrobił uwagi na temat koloru włosów Kreola. Teraz, gdy mag do końca zregenerował się po swej okresowej śmierci i wyhodował nowe włosy, można mu było dać nie więcej niż trzydzieści pięć lat. A jeśliby spojrzeć życzliwie – trzydzieści.