– Myślę, że to wystarczy. – Butt-Krillach podjął decyzję po chwili namysłu. – Zaczynaj.
– Tylko będziesz musiał chodzić na tylnych łapach! – złośliwie krzyknął Hubaksis.
Demon uśmiechnął się przez chwilę i stanął na tylnych rękach. Stał na nich niezbyt pewnie, ale mimo wszystko dość stabilnie, upadek mu nie groził. Przynajmniej w najbliższym czasie.
Bar „Złota Ostryga” nie był szczególnie prestiżowym miejscem. Przychodzili tu głównie robotnicy wracający z pracy, bezrobotni, zalewający robaka oraz różne ludzkie śmieci: bezdomni, pijacy, narkomani i przedstawiciele świata przestępczego. Przybytek ten miał jednak bezsprzeczną zaletę, która zwróciła uwagę Butt-Krillacha. Znajdował się najbliżej.
Bar pracował przez całą dobę, ale nawet w dzień bywało w nim niewielu klientów. Teraz w pomieszczeniu było tylko sześć osób – podejrzanie wyglądająca dziewczyna i takiż mężczyzna siedzieli przy długim stole, a wzdłuż bufetu siedziało sześciu alkonautów o różnej głębokości zanurzenia. Jeden z nich spał z głową wtuloną w pusty talerz.
Tym niemniej, gdy drzwi otwarły się i na progu stanął Butt-Krillach w nowej postaci, wszystkie usta otwarły się ze zdziwienia, a brwi uniosły się. Tylko śpiący nadal spał.
Hubaksis nie był mistrzem iluzji. Nie potrafił zrobić nic wyższego niż dwa metry (a także szerszego ani dłuższego). Nie potrafił stworzyć więcej niż dwie, góra trzy iluzje naraz. Nie mógł też utrzymać ich dłużej niż godzinę. W najlepszym wypadku półtorej godziny. Miał jednak pewną niezaprzeczalną zaletę – był skrajnie precyzyjny. Nawet najbystrzejsze oko nie było w stanie odróżnić jego iluzji od prawdziwego przedmiotu – tak dokładne i wiarygodne były jego twory. To właśnie cenił w nim Kreol – w magicznych pieczęciach bardzo wiele zależało od dokładności.
Pojawia się pytanie – co do tego stopnia zadziwiło tę zbieraninę moczymordów, skoro iluzja była tak dobra? Wygląd. Oczywiście nie twarz – nowa twarz Butt-Krillacha praktycznie nie różniła się niczym od fizjonomii przeciętnego Amerykanina. No, może co najwyżej był nieco bardziej smagły. Ale ubranie…
Hubaksis spędził w XXI wieku niewiele czasu, z czego znaczną część przebywał w zamkniętych pomieszczeniach, nie poznał zbyt wielu osób. Jasne jest więc, że nie miał zbyt bogatej wiedzy na temat współczesnej mody. Dlatego na potrzeby iluzji wykorzystał te przedmioty, które udało mu się zapamiętać. A nie miał zbyt wiele do wspominania.
Butt-Krillach miał na sobie czarny frak, dokładnie taki sam, w jaki musiał wystroić się Kreol na początku nowego życia, pod frakiem widać było śnieżnobiałą koszulę. Niby nic, ale frak kiepsko komponował się z wyblakłymi dżinsami naciągniętymi na nogi Butt-Krillacha. Z obuwiem było jeszcze gorzej – Hubaksis niezbyt często przyglądał się ludzkim butom, a sam nie miał nóg. Jedyne, co był w stanie sobie przypomnieć, to futrzane kapcie w kształcie piesków, do włożenia których Van zmusiła Kreola, żeby nie zadeptał czystej podłogi. Co prawda podłogę wyszorowała nie ona, a magiczny Sługa, ale nie miało to dla niej większego znaczenia. Dzieło wieńczyło nakrycie głowy. Hubaksis z pewnością widział we współczesnym świecie ludzi w kapeluszach, beretach i innych czapkach, ale jakoś nie zapadły mu w pamięć. Z tego powodu na głowie Butt-Krillacha pyszniło się jedno z nakryć głowy, jakie noszono w starożytnym Sumerze – coś w stylu opaski ze zwisającymi z niej wstążkami ozdobionymi miedzianymi wisiorkami. Taki kostium przywodził na myśl tylko jedno słowo – awangarda. Siedząca na ramieniu papuga idealnie dopełniała całości.
Zresztą usta niezbyt długo pozostały otwarte. Napatrzywszy się przez trzy sekundy do woli na dziwnego przybysza, wszyscy wrócili do swoich spraw. Czyli do picia. Żeby na dłużej zadziwić typowego mieszkańca San Francisco, trzeba czegoś więcej niż młodzieniec w głupim ubraniu.
– Ej, człowieku, dwa piwa! – powiedział Butt-Krillach, zbliżając się do lady. Nie miał pojęcia, co należy mówić w ludzkich przybytkach tego typu, dlatego powtórzył zdanie, które usłyszał wczoraj w tym miejscu. Wtedy demon chował się za oknem – zresztą bardzo brudnym.
Barman, mały, kędzierzawy człowieczek o zadziwiająco nieprzyjemnej twarzy, popatrzył na niego bacznie, zwracając szczególną uwagę na wypchaną kieszeń fraka. Widok tej kieszeni, a zwłaszcza wystający z niej rożek banknotu, uspokoił asekuranta, który w milczeniu napełnił dwa kufle. Między nami mówiąc, nie było tam żadnych pieniędzy, a jedynie iluzja, o którą poprosił zapobiegliwy Butt-Krillach. Niegłupi demon dawno zauważył, że jeśli sprzedawca widzi pieniądze klienta, obsługuje go znacznie chętniej.
Barman, omiótłszy jeszcze raz wzrokiem Butt-Krillacha od stóp do głów, postawił przed nim dwa wysokie kufle ozdobione czapkami pianki. W każdym kuflu było pięćdziesiąt siedem setnych decymetra sześciennego smacznego piwa. Czyli inaczej pinta.
Butt-Krillach podejrzliwie pociągnął nosem. Kufle pachniały piwem, ale podświadomie nie dowierzał człowiekowi, który je nalał. W myślach wzruszył ramionami, zrobił wydech i jednym haustem wypił od razu połowę. Obok pluskał się Hubaksis, który o mało co nie utopił się w swoim kuflu.
Obok Butt-Krillacha siedział najwierniejszy gość „Złotej Ostrygi” – Billy Kid. Nazywano go tak, gdyż miał ponad dwa metry wzrostu – przemówiła tu typowa logika miłośników marnych dowcipów.
– Hy, hy, papuga-pijaczka!
Hubaksis przerwał swoje zajęcie i uważnie popatrzył na tępą twarz Kida, potem oznajmił, że jego rozmówca jest zwykłym kawałkiem psich fekaliów i poradził mu udać się tam, skąd owe fekalia pochodzą. Potem dodał, że odbywał intymne stosunki z matką Kida, a także z nim samym, przy czym w niezwykle oryginalnej pozycji, z wykorzystaniem pewnych narzędzi stolarskich.
Kid wysłuchał tej tyrady i głośno zasapał. Przez piętnaście lat był zawodowym bokserem i to, trzeba przyznać, niezłym. Potem zaczął pić, musiał porzucić sport, ale diabelski charakterek i ciężkie pięści mu zostały. Gdyby słowa te wypowiedział ktokolwiek inny, to ten „ktokolwiek” leżałby już ze złamaną szczęką. Ale bójka z papugą to gruba przesada, nawet dla takiego rozrabiaki jak Billy Kid. Powoli rozejrzał się po barze. Nikt się z niego nie śmiał – większość bywalców aż za dobrze wiedziała, że śmiać się z Kida może tylko samobójca, ale nikomu nie udało się powstrzymać zduszonego chichotu. Oczy byłego boksera powoli nabiegały krwią. Złość musiała się uzewnętrznić.
Pomyślawszy chwilę, Kid doszedł do prostego wniosku – za zwierzęta domowe odpowiada właściciel, czyli ten typ w czapce klauna. Czyli trzeba mu przyłożyć. Tak zrobił.
Gdyby Butt-Krillach był trzeźwy, bez trudu uchyliłby się przed takim dość niezgrabnym ciosem. Niestety, dzisiaj zdążył wypić prawie litr, skądinąd wyśmienitego pod każdym względem, piwa. Dla człowieka nie jest to zbyt dużo, ale jak wiadomo, to, co dla jednego jest lekarstwem, dla innego może okazać się śmiertelną trucizną. Na elweny – rasę demonów, do której należał Butt-Krillach, alkohol działał znacznie silniej niż na ludzi, dlatego Butt-Krillach był już praktycznie zalany w trupa. Za to Hubaksis czuł się wyśmienicie – na dżinny, przeciwnie, alkohol działa słabiej niż na ludzi. Niewiele, ale jednak.
W efekcie pięść Kida trafiła prosto w twarz mrugającego wolno Butt-Krillacha. Demon zwalił się pod stół, rozpłaszczył na podłodze i w barze natychmiast rozległo się kilka wystraszonych głosów. Krzyczano, oczywiście, nie dlatego, że ktoś kogoś uderzył – nie było w tym nic nadzwyczajnego, ale dlatego, że Hubaksis nie na darmo ostrzegał, że iluzja zniknie, jeśli ktoś dotknie demona. Rozpłynęła się jak obłoczek dymu i oto oczom wszystkich ukazał się Butt-Krillach w swej prawdziwej postaci – różowy, czteroręki demon z okropną paszczą. Co prawda w danej chwili wyglądał dość żałośnie.