Zresztą usta niezbyt długo pozostały otwarte. Napatrzywszy się przez trzy sekundy do woli na dziwnego przybysza, wszyscy wrócili do swoich spraw. Czyli do picia. Żeby na dłużej zadziwić typowego mieszkańca San Francisco, trzeba czegoś więcej niż młodzieniec w głupim ubraniu.
– Ej, człowieku, dwa piwa! – powiedział Butt-Krillach, zbliżając się do lady. Nie miał pojęcia, co należy mówić w ludzkich przybytkach tego typu, dlatego powtórzył zdanie, które usłyszał wczoraj w tym miejscu. Wtedy demon chował się za oknem – zresztą bardzo brudnym.
Barman, mały, kędzierzawy człowieczek o zadziwiająco nieprzyjemnej twarzy, popatrzył na niego bacznie, zwracając szczególną uwagę na wypchaną kieszeń fraka. Widok tej kieszeni, a zwłaszcza wystający z niej rożek banknotu, uspokoił asekuranta, który w milczeniu napełnił dwa kufle. Między nami mówiąc, nie było tam żadnych pieniędzy, a jedynie iluzja, o którą poprosił zapobiegliwy Butt-Krillach. Niegłupi demon dawno zauważył, że jeśli sprzedawca widzi pieniądze klienta, obsługuje go znacznie chętniej.
Barman, omiótłszy jeszcze raz wzrokiem Butt-Krillacha od stóp do głów, postawił przed nim dwa wysokie kufle ozdobione czapkami pianki. W każdym kuflu było pięćdziesiąt siedem setnych decymetra sześciennego smacznego piwa. Czyli inaczej pinta.
Butt-Krillach podejrzliwie pociągnął nosem. Kufle pachniały piwem, ale podświadomie nie dowierzał człowiekowi, który je nalał. W myślach wzruszył ramionami, zrobił wydech i jednym haustem wypił od razu połowę. Obok pluskał się Hubaksis, który o mało co nie utopił się w swoim kuflu.
Obok Butt-Krillacha siedział najwierniejszy gość „Złotej Ostrygi” – Billy Kid. Nazywano go tak, gdyż miał ponad dwa metry wzrostu – przemówiła tu typowa logika miłośników marnych dowcipów.
– Hy, hy, papuga-pijaczka!
Hubaksis przerwał swoje zajęcie i uważnie popatrzył na tępą twarz Kida, potem oznajmił, że jego rozmówca jest zwykłym kawałkiem psich fekaliów i poradził mu udać się tam, skąd owe fekalia pochodzą. Potem dodał, że odbywał intymne stosunki z matką Kida, a także z nim samym, przy czym w niezwykle oryginalnej pozycji, z wykorzystaniem pewnych narzędzi stolarskich.
Kid wysłuchał tej tyrady i głośno zasapał. Przez piętnaście lat był zawodowym bokserem i to, trzeba przyznać, niezłym. Potem zaczął pić, musiał porzucić sport, ale diabelski charakterek i ciężkie pięści mu zostały. Gdyby słowa te wypowiedział ktokolwiek inny, to ten „ktokolwiek” leżałby już ze złamaną szczęką. Ale bójka z papugą to gruba przesada, nawet dla takiego rozrabiaki jak Billy Kid. Powoli rozejrzał się po barze. Nikt się z niego nie śmiał – większość bywalców aż za dobrze wiedziała, że śmiać się z Kida może tylko samobójca, ale nikomu nie udało się powstrzymać zduszonego chichotu. Oczy byłego boksera powoli nabiegały krwią. Złość musiała się uzewnętrznić.
Pomyślawszy chwilę, Kid doszedł do prostego wniosku – za zwierzęta domowe odpowiada właściciel, czyli ten typ w czapce klauna. Czyli trzeba mu przyłożyć. Tak zrobił.
Gdyby Butt-Krillach był trzeźwy, bez trudu uchyliłby się przed takim dość niezgrabnym ciosem. Niestety, dzisiaj zdążył wypić prawie litr, skądinąd wyśmienitego pod każdym względem, piwa. Dla człowieka nie jest to zbyt dużo, ale jak wiadomo, to, co dla jednego jest lekarstwem, dla innego może okazać się śmiertelną trucizną. Na elweny – rasę demonów, do której należał Butt-Krillach, alkohol działał znacznie silniej niż na ludzi, dlatego Butt-Krillach był już praktycznie zalany w trupa. Za to Hubaksis czuł się wyśmienicie – na dżinny, przeciwnie, alkohol działa słabiej niż na ludzi. Niewiele, ale jednak.
W efekcie pięść Kida trafiła prosto w twarz mrugającego wolno Butt-Krillacha. Demon zwalił się pod stół, rozpłaszczył na podłodze i w barze natychmiast rozległo się kilka wystraszonych głosów. Krzyczano, oczywiście, nie dlatego, że ktoś kogoś uderzył – nie było w tym nic nadzwyczajnego, ale dlatego, że Hubaksis nie na darmo ostrzegał, że iluzja zniknie, jeśli ktoś dotknie demona. Rozpłynęła się jak obłoczek dymu i oto oczom wszystkich ukazał się Butt-Krillach w swej prawdziwej postaci – różowy, czteroręki demon z okropną paszczą. Co prawda w danej chwili wyglądał dość żałośnie.
Pijany, a do tego częściowo ogłuszony demon z trudem uniósł się na jednej ręce i cicho zasyczał. Krzyki przerażenia nasiliły się. Barman już dawno schował się pod ladą i teraz jak oszalały walczył z tarczą telefonu zainstalowanego tam jeszcze pod koniec lat sześćdziesiątych. Co prawda w żaden sposób nie mógł się zdecydować, gdzie zadzwonić – na policję, do służb ratowniczych czy do dziennikarzy? Najchętniej wezwałby łowców duchów, ale miał poważne wątpliwości, czy taki numer jest w książce telefonicznej.
Hubaksis starał się ocenić sytuację. Butt-Krillach niemrawo tarzał się po podłodze, ludzie cały czas krzyczeli, ale wrzaski stopniowo milkły – strach mijał. Niebawem do obecnych bez wątpienia dotrze, że w obecnym stanie potwór jest absolutnie bezradny – Hubaksis wolał nawet nie myśleć, co wtedy będzie.
Wyleciał z kufla, strząsnął z siebie iluzję, co zresztą przeszło niezauważone w ogólnym rozgardiaszu i z wielkim wysiłkiem przewrócił kufel, w którym zostało jeszcze pół pinty przepysznego pszenicznego napoju.
Piwny prysznic nieco otrzeźwił Butt-Krillacha. Podniósł się z trudem i w dwóch susach wyskoczył z baru. Nie mógł znaleźć drzwi, skorzystał więc z okna – jedynego w tym przybytku, ale za to dużego. Odłamki rozsypały się na wszystkie strony. W ślad za nim wyfrunął Hubaksis, który i tym razem pozostał niezauważony.
Wszystkie opisane powyżej wydarzenia trwały nie dłużej niż pół minuty – nikt nie zdążył nawet zorientować się, co tak naprawdę widział. Nikt, oprócz barmana – ten zdążył zadzwonić do dziennikarzy, postanowiwszy zarobić nieco na sensacji, a teraz pstrykał aparatem fotograficznym w ślad za uciekającym demonem, wierząc święcie, że uda mu się coś uchwycić.
Rozdział 10
Jak mam to rozumieć?! – krzyknęła Vanessa, wtykając Butt-Krillachowi w pysk zmiętą gazetę. Demon tylko tępo milczał.
Artykuł, który tak wzburzył dziewczynę, nosił tytuł „Przybysze z kosmosu też lubią piwo”. Prasa bulwarowa jak zwykle działała najbardziej operatywnie. W gazecie zamieszczono wywiad z właścicielem „Złotej Ostrygi” i dość nieostrą fotografię, na której jednak, przy odrobinie dobrej woli, można było rozpoznać Butt-Krillacha – od tyłu. Hubaksis nie zmieścił się w kadrze.
Kreol również był świadkiem tej sceny, ale nie zamierzał się denerwować. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego Van tak histerycznie reaguje na to, że służący zaszli do jakiejś karczmy napić się piwa. On sam, gdy był magiem imperatora, od czasu do czasu przebierał się za ubogiego włóczęgę i włóczył się po Babilonie, zachodząc do najgorszych knajp. Nie zawracał siebie przy tym głowy ostrożnością, zaczepiając wszystkich jak popadło. Szczerze bawił go wyraz twarzy ludzi, którzy nieoczekiwanie orientowali się, że stoi przed nimi sam Kreol, już wtedy cieszący się sławą miłośnika pojedynków. Na koniec jego gębę pamiętali już wszyscy, starzy i młodzi, a spacery straciły cały urok, ale wtedy Kreol był już za stary na takie zabawy. A teraz w żaden sposób nie mógł zrozumieć, dlaczego w ogóle trzeba cokolwiek ukrywać przed ludźmi – mag nigdy w życiu nie robił tajemnicy ze swojego zawodu.
– Dostaliście się do prasy, nieroby?! – zaryczała Vanessa. – Cieszcie się, że żaden poważny człowiek nie przejmuje się tą makulaturą! Uważajcie, w końcu złapią was, wsadzą do klatki i będą przeprowadzać na was doświadczenia!