Выбрать главу

Ta wersja wydarzeń jakoś nie dodała Gabrielowi otuchy.

— Na każdej planecie mogą tkwić ulokowane tam wcześniej agresywne nano — ciągnął Horus. — Na wypadek, gdyby wyszła na jaw tajemnica Sfery Gaal.

— Mówisz jak Mataglap — stwierdzi! Gabriel. — Według mnie nano jest zbyt niebezpieczne, by je tak po prostu gdzieś powtykać.

— Niekoniecznie. Zamiast rozmieszczać sam mataglap, wystarczy rozmieścić nano przeznaczone do jego wytwarzania.

Gabrielowi pozostawała nadzieja, że w tym przypadku postąpiono inaczej. I tak sprawy przedstawiały się okropnie. Kazał Horusowi wdrażać plan, który on, Horus, sam wcześniej opracował.

Tymczasem kamery i czujniki, wystrzelone na polecenie Pan Wengonga z pobliskich orbitalnych habitatów, zajęły pozycje wokół Sanjay. Przekazywane przez nie informacje stopniowo wzbogacały oneirochroniczny obraz sytuacji.

Sanjay był wydrążonym, nieregularnym asteroidem w kształcie ziemniaka, ustawionym na orbicie przez doczepione generatory grawitacyjne. Gabriela przebiegł dreszcz, gdy zobaczył brudnobiałą pianę pokrywającą planetkę. Ku powierzchni powoli wznosiły się bańki. Pękając, przez chwilę zostawiały po sobie otwory, które natychmiast wypełniały się połyskującym nano. Od czasu do czasu powstawało iskrzenie — w słońcu ukazywały się na sekundę błyszczące sześciokątne kształty. Przypominały halo dyfrakcyjne tworzące się wokół drobin pyłu na soczewce aparatu fotograficznego.

Skanery podczerwieni ujawniły, że powierzchnia jest gorąca. Nano były nadal aktywne, ciągle nad czymś pracowały.

Oni to samo zrobią u mnie, pomyślał Gabriel.

Może komuś udało się tam przeżyć. Jeśli nano rozpoczęło działania na zewnątrz asteroidu, były szanse, że w środku zostały obszary, dokąd mogłaby się bezpiecznie wycofać obsługa stacji.

Na wypadek gdyby nano korzystały z energii świetlnej, Najstarszy Brat rozmieścił między Sanjay a słońcem ekran szerokości kilku kilometrów. Mierniki podczerwieni wykazały niemal natychmiastowy spadek temperatury powierzchni.

Pan Wengong przydusił to diabelstwo.

Następnie do akcji rzucono artyfagi typu myśliwi-zabójcy, jednej z wielu odmian anty-nano. Miały rozerwać mataglap i przekształcić go w nieszkodliwą materię. Ten szczególny gatunek artyfagów mógł w tym przypadku zawieść, wówczas okazałoby się konieczne zastosowanie innej odmiany. Gabriel był jednak dobrej myśli. Małe sześciokątne świetliste punkty wytwarzane przez mataglap sugerowały, że był to ten sam rodzaj nano, który zniszczył Ziemię1. To stanowiło wskazówkę, jaki typ artyfagów należy w tym przypadku zastosować.

Małe rakiety na paliwo stałe ukazały się w polu widzenia i zanurkowały w białą kipiel. Gabriel przez chwilę wstrzymał oddech, obserwując zapis spektrograficzny. Linie odpowiadające wodorowi wahnęły się, zgrubiały. Poprzez oneirochronon Gabriel wyczuł entuzjastyczny doping. Artyfagi zamieniały nano w wolny wodór.

Na asteroid spadały z pluskiem dalsze rakiety. Nano wściekle się pieniły. Pojawiły się ciemne, coraz szersze smugi. Na powierzchni wybuchały bąbelki wodoru. Trzecia fala artyfagów zaatakowała pienistą powierzchnię i brudnobiałe nano zaczęły ustępować.

Niebezpieczeństwo jeszcze nie zostało zażegnane. Podczas bąbelkowania część mataglapu mogła się oderwać i pożeglować ze słonecznym wiatrem. Dzięki fotoczułym własnościom mataglap potrafił zachować aktywność i, napotkawszy statek, satelitę, asteroid lub księżyc, mógł je zacząć niszczyć jak zniszczył Sanjay. Przez najbliższe lata w całym układzie Malarza musi trwać alarm o najwyższym priorytecie.

Gabriel słyszał, jak Pan Wengong poleca, aby sprawdzić na wszystkich satelitach, habitatach i statkach, czy nie ma tam mataglapu. Kazał również, by do wszystkich odległych habitatów wysłano zapasy artyfagów.

Gdy zlikwidowano całe nano, z asteroidu prawie nic nie pozostało — zaledwie kamienny szkielet, długi i kruchy, przypominający grubą kość przeżartą kwasem.

Nikt nie przeżył. Wiedziano, że na stacji przebywało czternaście osób, w tym Cressida Ariste.

— Bracia — nadawał Pan Wengong do wszystkich Aristoi — o godzinie tysiąc sześćsetnej czasu persepoliskiego odbędzie się uroczystość ku czci zmarłych, po której nastąpi dyskusja na temat tego, jak rozdysponować domenę naszej zmarłej kuzynki.

— Czy zostawiła jakichś krewnych? — spytał ktoś.

— Dwoje dzieci i siostrę. Dwóch byłych małżonków.

Pan przekazał ich nazwiska i oneirochroniczne adresy. Potem podał dane pozostałych ofiar oraz ich krewnych.

Gabriel przypomniał sobie jajo ze smokami. Nigdy już nie ofiaruje Cressidzie tego prezentu. Powinien skontaktować się z Rubensem.

Pozostawił Horusa, by obserwował przez oneirochronon dalszy rozwój wypadków, a sam mógł się zająć sprawami Goździkowego Apartamentu.

Wziął Clancy za rękę. Spojrzeli po sobie.

— Udaję się na pokład Pyrrho i opuszczam system — powiedział. — W ciągu najbliższego tygodnia. Tydzień to najkrótszy okres, w którym można tu, do układu, wprowadzić szkodliwe nano, i to przy założeniu, że Zhenling Ariste, moja najbliższa sąsiadka, należy do spisku. To daleko idące przypuszczenie, które wysuwam tylko dlatego, że nie mogę go całkowicie wykluczyć.

— A wybory na Brightkinde? Miałeś tam być podczas ceremonii przekazywania władzy.

— Będę musiał to zrobić przez oneirochronon.

— Clancy, zamyślona, przygryzła wargi.

— Co chciałbyś, żebym zrobiła? — spytała.

— Byłbym szczęśliwy, mając cię przy sobie — odparł.

Spojrzała na swe kolana.

— Musisz wybrać to, co jest dla ciebie najlepsze — dodał. Uścisnął jej rękę. — Na pokładzie Pyrrho jest laboratorium nano. Może ta informacja pozwoli ci podjąć właściwą decyzję. Mogłabyś tam kontynuować swoje prace nad konstrukcją pakietów do zwalczania rzadkich chorób, jeśli możesz bez przeszkód całkowicie się oderwać od tutejszej działalności.

Zatrzepotała rzęsami.

— Czy tu mi coś grozi?

— Prawdopodobnie nie — odparł z wahaniem. — Jeśli tylko będziesz zachowywała się w sposób nie wzbudzający ich podejrzeń.

Patrzyła na niego poważnie.

— Burzycielu Spokoju, zdaje się, że żyjesz teraz tak, by uzasadnić swój przydomek.

— Nie miałem zamiaru. Przynajmniej nie tym razem.

— Dobrze, zatem jadę z tobą.

Gabriel pocałował ją w drugą dłoń. Dzwoneczki zagrały cichutko.

— Dziękuję ci, Zapłoniona Różo.

— Dokąd się udajemy?

— Do Sfery Gaal.

Spojrzała zdziwiona.

— Myślałam, że w jakiś bezpieczny rejon.

— Nie spodziewają się nas tam. A kiedy Pyrrho dotrze na miejsce, będę już gotów na wszelkie niespodzianki, jakie mogą mnie czekać. — Zaśmiał się. — To przecież tylko Saigo. Nadęty, ponury jegomość, nienawykły do kontaktu z ludźmi. Myślę, że nieźle się zabawimy.

Przygryzła wargi. Pocałowała go. Otoczył ją ramionami. Dzwoneczki zadzwoniły, a w umyśle Gabriela pojawił się obraz: odpływ, zachodzące słońce, w dali mewy.

Na temat Cressidy wiedział jedynie, że była bardzo przywiązana do tej fantazji z dzieciństwa.

Oraz, że zabito ją za zbrodnię — rozmawiała z nim na osobności.

Gabriel skontaktował się z Pan Wengongiem i powiedział mu o smaganej przez wiatry drewnianej nadmorskiej chacie. Najstarszy Brat, wykorzystując Kod Dostępu Aristosa, zlokalizował ten krajobraz w oneirochronicznych osobistych zbiorach Cressidy i na uroczystość ku jej czci sprowadził Aristoi do nadmorskiego domku.