— Ach, tak — powiedział Gabriel (reno dostarczyło mu najnowszych danych). — Moi urzędnicy przez dwie godziny dziennie wykonują swe zadania, natomiast moich Theráponów nieco bardziej obciążam obowiązkami.
Twarz Ikony, podobna do ostrza, zwróciła się groźnie w kierunku Gabriela.
— Jak wiele tego czasu przeznaczasz na nauczanie Demos, jak uniknąć błędów? Jak odrzucić materializm, kroczyć drogą umiarkowania, służyć sobie nawzajem?
— Miałem wrażenie, że twój system jest właśnie oparty na materializmie? — rzekł Gabriel. Teraz cytował poprawnie z niemieckiego oryginału (korygując wieki przekłamań): — „Od każdego według jego możliwości, każdemu według jego pracy”. Jeśli pracujesz osiemnaście godzin dziennie, to z pewnością, zgodnie ze swym credo, zasługujesz na tych kilka ogrodów i pałaców.
— My odrzucamy materializm fałszywy. Umiłowanie luksusu, popisywanie się, samo… — Spojrzała na Gabriela, na długie do kostek brokatowe szaty, na wachlarz i kapelusz mandaryna przystrojony pawim piórem.
Gabriel otworzył wachlarz z czarnej laki, demonstrując namalowane na nim złote arabeski.
— Moje ubranie reklamuje Warsztaty Illyriańskie — oświadczył. — One zaś dają możliwość ukazania godności ręcznego trudu.
— Trud zaprzęgnięty do wytwarzania rzeczy zbytkownych jest trudem pozbawionym prawdziwej godności.
Kula Sebastiana lekko podskoczyła, by zwrócić na siebie uwagę.
— Oboje — zagaił — koncentrujecie się na tym co w „Republice” boski Platon nazwał konsumpcyjnym żywiołem społeczeństwa. Ty, Ikono, na podstawowych potrzebach takich jak pożywienie i dach nad głową, a ty, Gabrielu, na estetyce przyjemności. Ale to obejmuje wyłącznie rzeczy postrzegalne, w odróżnieniu od niedostrzegalnego prawdziwego Bytu. Gdzież są inne cele społeczne? Gromadzenie mądrości, metafizyka Ideału?
Cala domena Sebastiana była zorganizowana zgodnie z zasadami platońskiej metafizyki. Każdy, kto chciałby u niego robić karierę, musiał być gotów do dyskusji nad Teorią Form i jej związkiem z systemem rządów, techniką, edukacją lub ceną fasoli. Formy idealne, relacje, harmonie zostały nieubłaganie zredukowane, skatalogowane i poddane analizie. Mnóstwo pieśni pochwalnych poświęcono Duszy i Dobru. W świątyniach, o idealnych geometrycznych kształtach, zwolennicy jednego poglądu prowadzili wyczerpujące debaty ze swymi filozoficznymi przeciwnikami. A obie strony cytowały najlepszego — Aristosa, unikając argumentów sprzecznych z jego doktryną.
Gabriel nie lubił sposobu bycia Sebastiana nie z powodu tego nieustannego poszukiwania prawdy, lecz raczej dlatego, że wytworzył on społeczeństwo głupawych, gadających po próżnicy nudziarzy.
— Prawdziwe istnienie — rzekła Ikona Cnót bezbarwnym głosem — to tylko akumulacja zmysłowych odczuć. Nie da się dowieść istnienia niczego innego.
— Nie zgodziłbym się z tym — odparł Gabriel.
Jak przekonał się Gabriel, z Sebastianem należało dyskutować inaczej niż z Ikoną. Ikonę miało się ochotę obrazić, by sobie poszła i nie zawracała więcej głowy; Sebastianowi należało cytować jego własne święte pisma.
— W Gorgiaszu, ale również w innych miejscach — mówił Gabriel, a reno podsuwało mu odpowiednie teksty — Platon, przez osobę Sokratesa, zdaje się opowiadać za całkowitą wolnością sumienia, konieczną do autentycznego rozpoznania prawdy i moralności. Tutaj dyskutuje z Kalliklesem, którego teorie na temat siły woli znajdują odzwierciedlenie w poglądach szanownej Ikony. Nie mylę się, prawda?
— Oczywiście — odparł Sebastian.
Ikona konferowała ze swymi daimonami o Gorgiaszu, ale nim zdążyła powiedzieć, że Kallikles to reakcyjny łotr, Gabriel mówił pośpiesznie dalej:
— Urządziłem więc swą domenę zgodnie z zasadami Sokratesa. Każdy członek Demos może rozwijać sumienie i talenty zgodnie ze swą wolą. Nie może jedynie wykorzystywać technik, które uznaliśmy za niebezpieczne dla ludzkości.
— Zaniedbałeś obowiązku prowadzenia ich ku cnocie — stwierdziła Ikona.
— Tutaj zgadzam się z Ikoną — rzekł Sebastian. — Obowiązkiem męża stanu jest prowadzenie ludu ku prawdzie. Mężowie stanu, Aristoi, kierują władzą wykonawczą — Theráponami — w ich wysiłkach oświecania Demos. Jak pokazano w Republice, kształcenie jest najważniejszą funkcją państwa.
— W Republice — ripostował Gabriel — Sokrates przyznaje w końcu, że nie potrafi wskazać absolutnej metody wyprowadzenia postulatów z ostatecznych oczywistych zasad. Po cóż więc kierować Demos ku ideałom, których prawdziwości nie można dowieść?
— Tu ich zażyliśmy! — chichotał Deszcz po Suszy.
— Transcendentny Ideał nigdy nie da się w pełni zrozumieć — powiedział niewyraźnie Sebastian — ale jego sens może być pochwycony przez osoby, które idą po ścieżce mądrości.
— Ale czy da się to przekazać innym przy pomocy dogmatów? A może sumienie powinno pozostać wolne, by samo potrafiło uchwycić sens Ideału?
— Ja jestem sumieniem w mej domenie — stwierdziła Ikona Cnót. Ja i nikt inny. Moim obowiązkiem jest narzucić cnoty ludowi.
— W Prawach Platon ostrzega przed niebezpieczeństwen autokracji — rzekł Gabriel.
— Właśnie. — Na kuli pojawiły się wielobarwne zmarszczki. — Według niego pożądana jest równowaga między wolnością — eleutheria, a władzą — monarchia.
— U Platona znajdujemy wiele pożytecznych wskazówek dotyczących rządów i własności — rzekła Ikona Cnót. — Natomiast jego metafizyka jest niedorzeczna i na szczęście cały ten system filozoficzny uważa się dziś za przestarzały.
— Ideał nigdy nie jest przestarzały! — krzyknął Sebastian. Kula z wściekłości rozbłysła na niebiesko.
Gabrielowi udało się kolejny raz napuścić na siebie tych dwoje męczących maniaków, okazał więc Postawę Poważania i, wachlując się, odszedł. Przez oneirochroniczną bramę wszedł do komnaty, gdzie ludzie siedzieli na zapętlonych ścieżkach pod różnymi w stosunku do siebie kątami. Niektórzy tańczyli w rytm wesołej muzyki jednego z Trzech synkopowanych tańców Evansa.
Pokój coś mu przypominał; Gabriel przystanął i zastanawiał się przez chwilę, gdzie widział te kształty.
Nagle w jego umyśle pojawiła się Psyche i z jej rozświetlonego ducha spłynęła odpowiedź, a serce Gabriela drgnęło. Po chwili Psyche zniknęła ze świadomych obszarów jego umysłu, on zaś zaczął szukać osoby, z którą mógłby podzielić się swymi spostrzeżeniami.
— Chciałbyś zatańczyć, Aristosie?
Spojrzał w górę i ponad swą głową zobaczył Zhenling ulokowaną na ścieżce. Miała na sobie spódnicę w niebiesko-zieloną szkocką kratę, na głowie szkocką czapkę w biało-niebieską szachownicę ze zwisającymi na szyję małymi frędzelkami.
— Czy kształt tego pomieszczenie czegoś ci nie przypomina? — Zamaszyście poruszył wachlarzem.
Zhenling rozejrzała się z uwagą.
— Jest w tym coś znajomego, nie wiem tylko, co — odparła.
— To glif z Zaangażowanej Ideografii, oznaczający taniec — wyjaśnił Gabriel. — Cały pokój ma kształt glifu „ruch”, a dróżki tworzą wzory: „radość”, „rytm”, „muzyka”. Nie jestem jednak pewien, co ma przedstawiać ten występ na ścianie.
— To znak nakazu, ale musiałbyś spojrzeć z mojej perspektywy. Z twojego miejsca tego nie widać.
— Aha!
— Bardzo bystra obserwacja, Aristosie. — Zhenling rozejrzała się po sali swymi skośnymi oczyma i kiwnęła głową. — Otoczenie zmusza nas do określonego zachowania.