Występowały również inne uwarunkowania, społeczne oraz związane z tradycją. Aristoi otaczali się mistyczną aurą nietykalności, wszechwiedzy i nieuchronnego, choć zróżnicowanego, dążenia do pomnażania ogólnego dobra. Większość ludzi nie pomyślałaby o sprzeciwieniu się bezpośredniemu rozkazowi, a nawet o podaniu go w wątpliwość, choćby rozkazy — jak te wydawane niekiedy przez Ikonę Cnót — przeczyły rozsądkowi.
Nie stawiali oporu nawet wówczas, gdy znali mechanizmy tych uwarunkowań. A znało je wielu.
— Nie rozumiem — oświadczył Rubens. — Jeśli popełniono zbrodnię, dlaczego się tego nie ujawnia? Dlaczego nie ma formalnego śledztwa?
— Jeśli ja przeprowadzam śledztwo, to oznacza, że jest ono formalne — oznajmił Gabriel. — Ale mordercą jest jakiś Aristos, może nawet grupa Aristoi, którzy są w stanie poważnie zakłócić porządek w Logarchii, a nawet ją obalić. Sprawa jest zatem… delikatna.
Rubens usiłował się zorientować, czy Gabriel przypadkiem nie zwariował.
— Pozwól, że ci zaprezentuję nagranie Cressidy, które mi przekazałeś — powiedział Gabriel. — I drugie nagranie, na którym zarejestrowałem moją późniejszą z nią rozmowę.
Dotknął perłowej ślimacznicy na biurku i wywołał nagrania.
Były przekonujące.
Nowa maszyna Horusa — mniejszy od pyłku łańcuch atomów — bezpieczna na pokładzie Pyrrho, rosła powoli, przybierała właściwy kształt, stymulowana zdalnie promieniami cząsteczek.
Horus konstruował pasożyta.
— Fleto, proszę o wykonanie dla mnie zadania specjalnego — zwrócił się Gabriel do smukłej Tritarchōn. Owinięta była w sari zadrukowane czerwono-złotym wzorem, przykrywające jej niebiesko zabarwioną skórę. Wzór tkaniny odbijał się w przepastnych, dużych oczach Flety.
Ukłoniła się elegancko, nieco lizusowsko, i spojrzała na niego spod ciemnych rzęs.
— Z przyjemnością oddam ci każdą przysługę, Aristosie.
Bez wątpienia, pomyślał Gabriel.
— Proszę o rozbudowę sieci prywatnych tachlinii, które założyłaś między tym miejscem a Malarzem. Tachlinie mogą mieć tylko jedno ograniczone połączenie z Hiperlogosem lub z publicznym oneirochrononem. Wymyśl serię kodów dostępu, które można by regularnie zmieniać, bez odwoływania się do tych już istniejących lub zarejestrowanych w Hiperlogosie. Potrzebny mi jest również dobry projekt tachliniowego satelity przekaźnikowego. — Podał Flecie układ scalony. — Tu są pewne sugestie, które mogą ci się przydać.
— Dziękuję, Aristosie. Rozumiem. — Niebieska dłoń wysunęła się i zgrabnie odebrała płytkę. — Czy masz jeszcze jakieś żądania?
— To ja ci dziękuję, Tritarchōn. To wszystko.
Fleta wycofała się, milcząc. Gabriel porozumiał się ze swymi ograniczonymi osobowościami. Deszcz po Suszy nadal prowadził ćwiczenia na szczycie Kuh-e-Rahmat; Horus budował maszynę; Wiosenna Śliwa i Cyrus, wykorzystując niski priorytet, instrumentowali melodię, która przyszła Gabrielowi do głowy kilka tygodni temu, ale dotychczas w nawale zajęć nie miał czasu — ani sam, ani za pośrednictwem daimonów — opracować jej muzycznie.
Może napiszę do tego słowa i zadedykuję tę pieśń Clancy, pomyślał.
Właśnie, miał przecież kilka godzin.
Fantomatyczna orkiestra Gabriela grała pogodną muzykę, która miała zaostrzyć dowcip i ułatwić trawienie. Poważny pierwszy skrzypek — nornica w peruce — zbierała zamówienia. Borsuki i wydry w liberiach, na dwóch łapach, podawały oneirochroniczne przekąski, migoczące jak drogocenne kamienie — kiedy się ich próbowało, wybuchały fajerwerkami doznań, czuło się skomplikowaną kombinację smaków, niekiedy bardziej skondensowanych i zaskakujących niż w przypadku prawdziwego jedzenia. Czasami pobudzały również inne zmysły. Wywoływały na przykład halucynacje; migotanie, iskrzącą się daleką muzykę albo miłe fantomatyczne łaskotanie po plecach…
— Najstarszy Bracie, dziękuję, że zaszczyciłeś moje przyjęcie. — Gabriel ucałował Pan Wengonga na przywitanie.
Najstarszy Aristos jak zwykle miał na sobie haftowany jedwabny strój, a na głowie myckę.
— Przepraszam za spóźnienie, Aristosie — mówił, jakby brakowało mu tchu. — Musiałem jednak być na przyjęciu u Sebastiana. Rozumiesz, spełniam te wszystkie przygnębiające obowiązki. Ugrzęzłem tam, dyskutując na temat herezji Arystotelesa. Ledwo uszedłem z życiem.
Najstarszy, jeśli chciał, mógł sobie pozwolić na grubiaństwo w miejscu publicznym.
Wziął z tacy przekąskę i skosztował. Zrobił zdziwioną minę.
— Cynamon i fajerwerki. Jakie to interesujące.
— Jest tu również prawdziwe jedzenie — oznajmił Gabriel. — Jeśli masz na nie ochotę, użyj swej pieczęci do drzwi za przejrzystą zasłoną w sali bankietowej.
— To bardzo uprzejme z twojej strony, Gabrielu. Wielu z twoich kolegów zapomina, że moje fizyczne ciało jest również obecne.
Z kurtuazji dla swych gości, Gabriel ubrał się niezwykle skromnie. Oni czarowali wyszukanymi strojami — on zaś pełnił tylko rolę gospodarza. Miał na sobie długą, zapinaną z przodu kamizelę z czarnego aksamitu, wokół dziurek do guzików lśniły wyhaftowane srebrem winne liście. Przy szyi, u dołu rękawów i na butach zaprojektował ozdoby z pastelowej koronki, hebanowa laseczka kończyła się srebrną główką. Swe długie miedziane włosy Gabriel spiął z tyłu diamentową spinką.
Zamierzał później rozreklamować swój strój. Warsztaty Illyriańskie nieźle zarobią, sprzedając ten model za granicę. Ubiór nie był tak ekstrawagancki jak większość kostiumów Gabriela, i znajdzie zwolenników wśród osób, które, w odróżnieniu od niego, nie miały pewności, czy bogata ornamentacja pasuje do ich aparycji.
Nawet Aristos powinien mieć dobre wyczucie rynku.
GABRIEL: Wszyscy natychmiast w gotowości. Chcę wiedzieć, jak Najstarszy zareaguje.
Pan Wengong spróbował innej przekąski i uśmiechnął się do wrażeń zmysłowych, jakie mu zgotowała. Gabriel ujął go pod ramię i wprowadził do sali.
— Najstarszy, jeśli nie jesteś głodny i jeśli nie masz żadnej naglącej sprawy, chciałbym prosić cię o prywatne posłuchanie — powiedział Gabriel.
— Zgoda, Aristosie, jeśli sprawa nie jest obrzydliwie poważna lub zbyt długa. Miej na uwadze to, że właśnie wróciłem od Sebastiana.
— Będę się streszczał. Przyrzekam.
Podprowadził Pan Wengonga do drzwi, otworzył je i zaprosił gościa do środka.
Z daleka dobiegł krzyk mew. Pod stopami poczuli skrzypienie spróchniałych desek. W powietrzu unosił się zapach moczarów i morza.
AUGENBLICK: Pozwolił na niewielkie rozszerzenie źrenic. Według mnie jest naprawdę zaskoczony. Teraz prawdopodobnie słucha swych daimonów.
DESZCZ PO SUSZY: Najwyraźniej wcale go nie obchodzi, czy ty Gabrielu zdajesz sobie z tego sprawę.
HORUS: Przypuszczam, że Najstarszy ma niewiele do ukrycia.
DESZCZ PO SUSZY: Nie bądź śmieszny. Każdy ma coś do ukrycia.
Pan rozejrzał się zdziwiony.
— To przecież jest gospodarstwo Cressidy?
— Tak.
Przez chwilę Pan wsłuchiwał się w swoje wewnętrzne głosy, lekko przechylając wielką głowę.
— Co zrobiłeś? Jesteśmy poza Hiperlogosem.
— Jesteśmy w mojej własnej SI przy Rezydencji w Labdakos.