— Que vá? — Z umieszczonego nad bramą okna w kształcie krzyża dobiegł dudniący głos.
Gabriel odstąpił nieco, uniósł podbródek w sposób wyrażający pewność siebie i wyższość.
— Otwierać w imieniu Jego Prawowiernej Wysokości — zawołał. Pomachał rulonem. — Mamy Żółty Nakaz.
Zapadła chwila nabrzmiałej niepewnością ciszy.
— Zawołam oficera straży.
— Człowieku, najpierw otwórz drzwi! Sprawy króla nie będą czekać. Gitme-gitme!
Nie było odpowiedzi. Gabriel stal w lekkim rozkroku, ze skrzyżowanymi ramionami, obwiązany pergamin kołysał mu się w dłoni.
Drzwi otworzyły się z głuchym dźwiękiem. Ukazał się w nich strażnik — długie, cienkie wąsy, kolczyki, na metalowym wypolerowanym napierśniku wytłoczone jakieś znaki — po czym odstąpił, by przepuścić Gabriela z towarzyszami.
Drzwi zamykała zwykła drewniana belka wzmocniona żelazem. Łatwe do otwarcia od wewnątrz, gdyby okazało się to konieczne.
Wnętrze oświetlało tylko światło gwiazd, przenikające tu z otwartego, położonego w głębi bramy dziedzińca. Udoskonalone oczy Gabriela spisywały się nieźle, widziały w podczerwieni obraz rozżarzonego strażnika na tle chłodnych wilgotnych kamieni. W powietrzu unosił się zapach mokrej słomy i nawozu.
— Zaprowadzę was do chorążego — wybełkotał strażnik.
— Sprawy króla nie będą czekać — przypomniał mu Gabriel.
Strażnik poszedł w głąb dziedzińca, odwrócił się, poczłapał ku drzwiom, załomotał. Wnętrze Starej Świątyni tworzyło nieporządną gmatwaninę budynków, które przywarły do ścian fortu. Gabriel rozejrzał się, zapamiętał punkty charakterystyczne: główny budynek o ostrych rogach piętrzący się na wprost wrót — stołp, jak sądził; kaplicę o stromym dachu, sprawiającą wrażenie, że dodano ją później do całej konstrukcji, inne budynki, jakby koszary. Słyszał donośne męskie głosy dochodzące z wartowni, a potem jeden głos silniejszy.
— Kto to jest?
— Posłańcy od króla! Żółty Nakaz!
— Po chwili ciszy rozległ się odgłos człapania i brzęk zbroi. Gabriel wywnioskował, że oficer straży i jego koledzy usiłowali poprawić swą prezencję.
Gdzieś z przodu zarżał koń. Gabriel zapamiętał położenie stajni, na wypadek gdyby należało błyskawicznie się stąd wynieść lub przeprowadzić dywersję, podpalając słomę.
Drzwi się otworzyły, wionęło przesycone zapachem chmielu powietrze i wylała się z nich plama żółtego światła. Chorąży miał piętnaście, może szesnaście lat, pieprzyk na brodzie i nikły wąsik. Gabriel jak duch wychynął z ciemności i stanął nad nim groźnie.
— Senatorowie? — spytał chorąży.
Gabriel skierował ku niemu nakaz, jakby to był miecz.
— Żółty Nakaz z Węzłem i Pieczęcią — oświadczył. — Król chce, by więźnia, lorda Remmy’ego, przeniesiono do królewskiego więzienia w Forcie Makan.
Chorąży spojrzał na nakaz, lecz nie wziął go. Z tyłu za nim, na tle świetlnej plamy stali jego koledzy, inni młodzi oficerowie.
— Wydano mi rozkaz, bym mówił, że lorda Remmy’ego tutaj nie ma — rzekł chorąży.
Yaritomo zawarczał. Odzywa się Płonący Tygrys, wywnioskował Gabriel.
Zmrużył oczy i posunął się w przód, przybierając Drugą Postawę Wzbudzania Respektu.
— Czy zamierzasz osobiście poinformować o tym króla? Jeśli chcesz, zabiorę cię do Palaccio Real i będziesz mógł sam wyjaśnić swoje… instrukcje… Jego Wysokości.
Chorąży spojrzał rozszerzonymi oczami. Gabriel dźgnął rulonem w jego kierunku.
— Weź nakaz — rzekł, używając Podstawowej Modulacji Rozkazodawcy. — Czytaj! Potem albo zastosuj się do wyraźnego rozkazu króla, albo nie. — Głos Gabriela stał się jedwabisty. — Jak brzmi pańskie nazwisko, senatorze?
— Aaaa — Equito Pontus, senatorze.
Pontus wziął nakaz, zsunął szeroką żółtą wstęgę z końca zwoju, rozwinął pergamin i przysunął go bliżej latarni. Gabriel z towarzyszami weszli do pomieszczenia.
Koledzy Pontusa wstali, uśmiechając się uprzejmie. Gabriel chłodno patrzył im w twarze. Pokój był mały, ogień nieprzyjemnie dymił, niebieskawa mgiełka gromadziła się pod stropem izby. Wewnątrz siedzieli czterej młodzi mężczyźni bez zbroi, w różnym stopniu pijani. Pontus, jako oficer na służbie, miał na sobie hełm z wytłaczanymi ornamentami, napierśnik i obojczyk. Wszyscy jednak nosili miecze.
— Jeśli będzie to niezbędne — nadawał Gabriel do swych towarzyszy — unieszkodliwcie ich gołymi rękami. W walce używają wyłącznie swej broni, a my mamy znacznie więcej środków dłonie, stopy, łokcie, kolana, spryt i daimony. Miecze będą wyciągać powoli, a nie ma tu miejsca na wykonanie zamachu. Atakujcie ich szyje, by nie pozwolić na wezwanie pomocy.
— Zrozumiałem — rzekł Yaritomo.
— Jak sobie życzysz, Aristos.
Przeczytawszy nakaz, Pontus nachmurzył się, po czym ruszył ku drzwiom.
— Muszę to skonsultować z kapitanem — oznajmił.
Gabriel zagrodził mu drogę ramieniem.
— Czyżby Jego Wysokość rozkazała ci konsultować się z kapitanem? — zapytał.
Pontus spojrzał na niego.
— Nie, senatorze — odparł.
— Wobec tego — znów Podstawowa Modulacja — sugeruję, byś robił to, co Jego Wysokość rozkazuje i nic więcej.
— Tak jest — dodał Quiller.
— Właśnie — rzekł Yaritomo.
Chóralne potwierdzenia miały wzmocnić słowa Gabriela. Pontus cofnął się o krok.
— To sprawa złożona — powiedział. — Lord Remmy jest właśnie przesłuchiwany i…
— Przyprowadź go — rozkazał śpiewnie Gabriel. — Jego wysokość go chce. Czy jeszcze trzeba tu deliberować?
— Już — rzekł Quiller.
Płonący Tygrys zawarczał.
— Zwłaszcza jeśli nie chcesz, by zabrano twą głowę tam, gdzie sam się nie wybierasz — dodał Gabriel.
W oczach chorążego mignęła niepewność.
— Tak — rzekł i szarpnął podbródkiem. — Natychmiast.
Gabriel przepuścił go i dopiero po chwili, już za późno, zorientował się, że Pontus zostawił Żółty Nakaz. Gabriel złożył ręce, popatrzył po pozostałych strażnikach i czekał. Poruszyli się niespokojnie. Jeden wypluł betel do trzymanego w dłoniach kubka.
— Napijecie się z nami, panowie senatorowie? — spytał strażnik.
— Nie mamy czasu — odrzekł Gabriel.
Chorążowie spojrzeli po sobie. Jeden odchrząknął.
— Mamy służbę jutro wcześnie rano — powiedział.
— Tak — zawtórował mu drugi.
— Czy panowie senatorowie zechcą nam wybaczyć?
Gabriel odstąpił od drzwi, przepuszczając strażników. „Lord Remmy jest obecnie przesłuchiwany”. Dreszcz niepokoju przebiegł mu po plecach. Wyobrażał sobie akcję ratunkową. Szarżuje do lochu, wymachuje nakazem i krzyczy: „Zaprzestańcie działań”.
W zasadzie to mniej więcej robili.
Czekał, a Horus przesyłał obiektywny opis wydarzeń do Clancy siedzącej na koźle powozu.
Mury fortecy, zimny kamień i jeszcze zimniejsze żelazo otaczały ich zewsząd.
Drzwi z łoskotem otwarły się i Gabriel zobaczył w podczerwieni obrazy ludzi wyłaniających się z tunelu pod kwadratowym stołpem. Było ich ze sześciu, w tym dwójka niosąca kogoś na noszach.
Krew Gabriela pulsowała mściwymi krzykami Mataglapa. Na dziedzińcu bezustannie mżyło.
Grupę wiódł szczupły duchowny z brodą w szpic, ubrany w skromną czarną szatę wdzianą na nieskazitelną koronkową koszulę. Na głowie miał dziwny filcowy kapelusz w kształcie obciętej piramidy, z rondem uniesionym nad uszami jak krótkie, niezbyt sprawne skrzydła przygotowane do lotu. Za nim szedł rycerz Pontus w swej zbroi, dwóch drabów o szerokich szczękach, w skórzanych fartuchach i z krótkimi mieczami — Gabriel dokładnie tak wyobrażał sobie oprawców — a za nimi para z noszami.