— Przyjaciele — nadał. — Ostatnio przeżyliśmy śmierć bardzo wielu osób.
Przez swoje reno odebrał ich milczące potwierdzenie. Dłonie Gabriela ułożyły się w mudry nauczające.
— Nasi towarzysze zginęli, a my nie mieliśmy czasu, by uczcić ich pamięć — rzekł Gabriel. — Proponuję, byśmy zrobili to teraz.
Zaaprobowali.
— Wymieńmy ich — rzekł Gabriel. — Stephen Rubens y Sedillo, Therápōn Protarchōn. Obcy dla nas; porzucił swój dom na podwodnej rafie, by ostrzec nas przed niebezpieczeństwem, przed którym stanęła teraz cała ludzkość. Człowiek wielkich zdolności, wielkiego poświęcenia, który stał się naszym przyjacielem. Ludzkość powinna go opłakiwać. Uczyńmy to w imieniu ludzkości.
— Opłakujemy go — odpowiedzieli chórem.
— Therápōn Marcus, Czarnooki Duch. Kochanek i przyjaciel o gorącym sercu, stale młodzieńczy. Nosił w sobie dziecko nadziei. Opłakujmy go.
— Opłakujemy go — zawołali.
Wymienił wszystkich, wyobraził sobie wszystkich, wspomniał ich przerwane życie. Gdy nie znał kogoś zbyt dobrze, prosił innych, by podali imię i wygłosili inwokację. Uczczono całą załogę Cressidy.
— Innych również powinniśmy opłakiwać — rzekł Gabriel. — Nie wszystkich znamy z nazwiska. Lecz pierwszy, którego poznaliśmy z imienia to Equito Pontus, młody człowiek z dobrej rodziny. — Kiedy wymienił imię Pontusa, tamci się zdziwili. — Nie wiemy, dlaczego służył Wasalom Argosy, czy doprowadziła do tego wiara, ambicja czy zwykły przypadek. Musiałem go jednak zabić, by ratować przyjaciela i naszą wolność, byśmy mogli wypełnić naszą misję. Wyrażam z tego powodu żal i w imieniu ludzkości opłakuję go.
— Opłakujemy go.
— Piscopos Peregrino był mężczyzną leciwym — mówił dalej Gabriel — lecz nie osiągnął przychodzącej z latami mądrości. Nosił w sobie nieodparty przymus, jakiegoś daimōna, który kazał mu zadawać rany i niszczyć. Czynił zło, lecz być może wina nie leży całkowicie po jego stronie. Przyszedł na świat w tym miejscu i wychowano go bez właściwego przewodnictwa. Okoliczności zmusiły mnie, bym zabił go własnoręcznie. Wyrażam żal i w imieniu ludzkości opłakuję go.
— Opłakujemy go — słowa zabrzmiały chórem w mózgu Gabriela.
— Pozostałych nie znam. Czterej anonimowi mężczyźni, którzy dorastali w tym brutalnym świecie i z nieznanych nam przyczyn wybrali brutalne zajęcie. Wyrażam żal, że okoliczności zmusiły mnie, bym rozkazał ich zabić. W imieniu ludzkości opłakuję ich.
— Opłakujemy ich.
Zapadła chwila milczenia. Gabriel rozmyślał, słuchał głosów swych daimonów.
— Prawdopodobnie są dalsze ofiary — rzekł wreszcie. — Obecnie może już toczy się wojna, która ogarnęła ogromną część ludzkości. Musimy jeszcze raz z poświęceniem spróbować, nie bacząc, że to próba rozpaczliwa, zapobiec dalszemu niszczeniu życia. Jeśli stąd zdołamy wpłynąć na bieg wojny, musimy to zrobić i zadać wrogowi nieodwracalny cios.
— Miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie — rzekła Clancy.
— Miejmy nadzieję — powtórzył Gabriel. — Miejmy nadzieję, że dzięki nam nie trzeba będzie opłakiwać innych ludzi.
— Miejmy nadzieję.
Gabriel dopuścił teraz Cyrusa, jego głos brzmiał jak kościany flet grający pieśń pogrzebową Gabriela. Oszczędne, pozbawione ozdobników wykonanie Cyrusa było doskonałe — nuty, flet, posępny nastrój przemawiały same za siebie.
Potem zapadła cisza. Gabriel robił plany. Najlepsze jakie w tej sytuacji potrafił.
Tej nocy, kilkanaście kilometrów od gospody, gdzie zamierzali zatrzymać się na noc, by konie odpoczęły, powóz zaatakowała grupa rabusiów na koniach, wywijając mieczami i pistoletami. Przed tymi ludźmi podróżni nie musieli skrywać swych prawdziwych możliwości. Zostawili w spokoju śmieszne, noszone na pokaz pistolety skałkowe i użyli, zamiast nich, swej prawdziwej broni. Mimo ciemności, groźne sylwetki napastników były wyraziste dla istot widzących w podczerwieni. Wszyscy jednocześnie oznaczyli cele i przez powietrze pomknęły z sykiem samonaprowadzające kule. W ciągu trzech sekund padły wszystkie konie bandytów. Ludzie, nagle spieszeni, nie potrafili zdobyć się na odwet. Wkrótce pozostawiono ich z tyłu. Podekscytowany Manfred szczekał drwiąco z okna powozu.
Gabriel czuł, że samopoczucie grupy nieco się poprawiło. Ten nic nie znaczący triumf nad grupką śmiesznych przeciwników był jednak pewnym zwycięstwem.
Remmy wyciągał już swój skałkowiec o srebrnej kolbie, spojrzał na pozostałych i z powrotem wsunął pistolet do olstra.
— To jakaś broń? — zapytał. — Nie słyszałem hałasu.
Gabriel pokazał mu mały, mieszczący się w dłoni pistolet. Krótka gruba lufa wystająca między drugim a trzecim palcem zaciśniętej dłoni, magazynek połączony z lufą jak poprzeczka litery T, zaprojektowany do trzymania w zaciśniętych palcach.
Remmy wyciągnął dłoń.
— Mogę zobaczyć? — zapytał. — Będę ostrożny.
Gabriel wręczył mu broń. Remmy popatrzył na gładką masę z twardego plastiku, gładkie czarne krzywizny, które pasowały do odpowiednich krzywizn w dłoni Gabriela. Obrócił pistolet w dłoni, potrząsnął głową.
— Widziałem pistolety kieszonkowe — oznajmił — ale były zupełnie inne. — Podniósł wzrok. — Dlaczego on nie wywołuje hałasu?
Gabriel chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
— Materiał miotający — rodzaj prochu, który stosujemy — został przymocowany do kuli i spala się wolniej niż proch, do którego jesteś przyzwyczajony. Kula odpala się raczej jak raca, niż jak pociski, które znasz, i wydaje syk jak fajerwerk.
Remmy zważył pistolet w dłoni.
— Wasze race muszą być malutkie. W jaki sposób potrafią czynić szkody?
— Mają w środku trochę materiału wybuchowego — wyjaśnił Gabriel. — Wchodzą w cel i wybuchają.
Gabriel postanowił nie wspominać o czujnikach w rakiecie, o oneirochronicznym systemie odpalania, połączonym z jego reno, który wystrzeliwał na wydany w myślach rozkaz, o systemie celowania w swym reno. Nie powiedział też o tym, że pistolet zawiera dwa magazynki, jeden z nabojami wybuchającymi, drugi z szybko działającym środkiem usypiającym.
— Dlaczego nie użyliście swojej broni przeciw Peregrinowi?
— To by wywołało zbyteczne komentarze — odparł Gabriel. — Po znalezieniu ciał zranionych w sposób, którego nikt nie rozumie, zaczęto by nas znacznie energiczniej szukać.
A środek usypiający w strzałkach, nawet wprowadzonych do tętnicy szyjnej, przynosił efekty dopiero po kilku sekundach. To wystarczyłoby Wasalom na wszczęcie alarmu.
Remmy usiłował wszystko zrozumieć. Gabriel zerknął na Clancy — obserwowała zamyślonego Remmy’ego. Podniosła wzrok; spojrzeli sobie w oczy.
— Nie ma spustu — rzekł Remmy. — Ani spłonki. W żaden sposób nie da się włożyć spłonki. Jestem żołnierzem i taka budowa broni przeczy wszystkiemu, czego uczyłem się o swym rzemiośle. Podejrzewam — ujął broń w rękę, celując w okno — że jeśli spróbuję z tego wypalić, nie wystrzeli.