— Jestem bardzo szczęśliwy, że już nie walczysz z Bogiem — oznajmił Remmy. — Powiedział, że zaczynasz mu pomagać.
Gabrielowi cisnęły się do głowy sprzeczne reakcje, lecz uznał, że najwłaściwiej postąpi, spokojnie zadając pytania.
— Czy Yuan Aristos powiedział ci, że jest Bogiem? — zapytał.
— Nie — odparł Remmy. — Nie słowami. Ale widziałem jak umiera, a teraz widzę, jak oto stoi przede mną w swej zmartwychwstałej postaci. Jestem pewien, że ma boską naturę i cieszę się, że uśmiecha się do mnie i daje mi pracę.
Uśmiechnął się.
— Dziwi mnie, że cię tu zabrał.
Remmy spojrzał na Gabriela spokojnymi zielonymi oczyma.
— Widocznie sądzono, że jestem wśród zbuntowanych aniołów, tak jak ty. A kiedy mnie tu zabrano, było już za późno, by odesłać mnie do mego świata.
— Jesteśmy więc poza światem? Nie wychodziłem z tego pokoju.
— Jak rozumiem, jesteśmy pod powierzchnią świata, po drugiej stronie od mego domu. Jest cała sieć… tuneli pod światem i można się przenosić, ale nie wiem na czym polegają sposoby podróżowania.
Krótko mówiąc, tajna podziemna baza. Pasuje to do teatralnego stylu Yuana.
— Czy dbają o ciebie? — spytał Gabriel.
— Och, tak. Dostaję lekcje od niektórych automatów i niższych aniołów. I wkrótce dostanę coś, co umożliwi mi łączność przez anielski ośrodek.
Wszczepią mu reno, wyedukują.
Gabriel doszedł do wniosku, że jedyną właściwą reakcją będzie radość z tak korzystnej sytuacji Remmy’ego.
Był szczęśliwy. Nie wymagało to od niego prawie żadnego wysiłku.
— Cieszę się, że dobrze ci się powodzi — rzekł Gabriel. — Czy widziałeś kogoś z pozostałych? Clansai, Quil Lhura?
Remmy skończył pracę i teraz płynął wyprostowany.
— Nie, nie pozwolono mi na to — powiedział.
— Wiesz, czy żyją?
— Tak mi się wydaje. — Zatrzymał się na chwilę.
Gabriel skinął głową, a potem przypomniał sobie, że trzeba szarpnąć podbródkiem.
— Dobrze — rzekł. — Cieszę się, że żadne z nich nie zginęło z mego powodu.
— Ja również. Mam nadzieję, że uzyskają łaskę i zrozumienie Pana. — Remmy zbliżył się do Gabriela. — Jaśnie Pan Saigo wyprowadził mnie z błędu — rzekł. — Powiedział mi, że stosunki cielesne między mężczyznami nie są grzeszne, jeśli nie wypływają z grzesznych pobudek. Powiedział, że pewien czas mogę spędzić z tobą, jeśli sobie życzysz.
Myśli Gabriela opanował gniew. To Saigo przysłał tutaj Remmy’ego, nie Yuan. Saigo stał się alfonsem — a ponieważ Gabriela z pewnością bez przerwy obserwowano — może również podglądaczem.
Stłumił gniew. Wiedział, że to bezcelowe.
— Sądzę, że w tych okolicznościach byłoby to niewłaściwe — powiedział.
Remmy uśmiechnął się nieznacznie.
— Jak uważasz, Ghibreelu. — A potem dodał: — Opiekuję się twoim psem, Ghibreelu. Może kiedyś go tu przyniosę.
Gabriel wstał z kanapy i przytrzymał zasłonę, gdy Remmy wyprowadzał wózek. Nie próbował uciec — nie był tak niemądry. Na zewnątrz mignął mu korytarz obity ciemną boazerią i kunsztowny dywan w tym samym kolorze co kilimy w pokoju.
Gabriel chodził przez chwilę gniewny, aż zauważył, że maszeruje po tym samym kręgu, który wydeptał w dywanie. Zrobił rozmyślny wysiłek, by złamać uwarunkowanie, i siedział, patrząc na ścianę, dopóki się nie uspokoił.
Miał pewność, że są monitorowane jego uderzenia serca, wszelkie objawy stresu. Jeśli ogarną go wzburzone myśli, obserwatorzy się o tym dowiedzą.
Najlepiej zachować spokój. Powoli zaczęło mu się to udawać.
Dni mijały. Gabriel pracował, spał, jadł, i próbował o niczym nie myśleć.
Remmy nie pojawił się powtórnie.
Gabriel wiedział, że ludzie zamknięci w pojedynkę zmuszeni są do samoanalizy, głębokiego wejścia w swe wspomnienia, w swą psychikę. On jednak nie chciał tego robić — wewnątrz znajdowało się wszystko, o czym próbował zapomnieć.
Skupił się na pracy. Niekiedy zauważał, że jego lewa dłoń zachowuje się trochę dziwnie — rysuje jakieś wzory na blacie biurka. Gwałtownie odwracał wtedy wzrok.
Nie chciał na to patrzeć. Nie chciał wiedzieć. Jego lewa strona nie była tak naprawdę jego częścią.
Uznał, że to dłoń kogoś innego. Nie jego. Nie ma z tą osobą nic wspólnego.
W snach nawiedzały go wizje tańczących atomów.
Po długim kosmosie czasu odwiedził go Yuan. Gabriel przyjął Postawę Podporządkowania.
— Dobrze się spisałeś przy wyznaczonych zadaniach — oznajmił Yuan.
— Dziękuję, Aristosie.
— Czy nadal życzysz sobie pomocników?
W Gabrielu zapłonęła nadzieja. Może będzie miał z powrotem swe daimony.
— Tak, to ułatwiłoby pracę.
— Przydzielę ci asystentów z grona tych, którzy zostali ujęci razem z tobą.
Gabrielowi serce skoczyło w piersiach.
— Dziękuję, Aristosie.
— Spotkacie się tylko w oneirochrononie. Twój zespół będzie cały czas bardzo starannie monitorowany. Musisz uważać na to, co mówisz i co robisz.
— Będę uważał, Aristosie.
Yuan ustawił Mudrę Aprobaty.
— Bardzo dobrze.
— Dziękuję, Aristosie. Jestem bardzo wdzięczny.
Gabriel opadł do niższej Postawy Podporządkowania, czołem dotknął dywanu. Yuan uśmiechnął się z aprobatą i zawrócił do wyjścia.
— Robisz postępy, Gabrielu — rzekł. — Pamiętaj, jaki jest twój nowy cel, a osiągniesz sukcesy.
Gabriel powrócił na kanapę, wszedł do oneirochrononu. Wyrosły wokół niego elektroniczne ściany okryte czerwonymi draperiami. Otoczenie dobrano starannie. Gabriel nadał komunikaty, usłyszał odpowiedzi. Zgłosili się Clancy, Biały Niedźwiedź, Quiller i Yaritomo.
Przyjęli Postawę Formalnego Szacunku. Otrzymał więc potwierdzenie swej władzy; na ten widok przebiegł mu po plecach impuls energii.
Odpowiedział na ich pozdrowienie.
— Poproszono mnie, bym pomógł w terraformowaniu Dürera oznajmił Gabriel. — Chciałbym zebrać dane i wyznaczyć zadania.
Oneirochroniczne postacie zamigotały. Zorientował się, że nie odbiera ich prawdziwych wyrazów twarzy — istniało jakieś zakłócenie, oneirochroniczny czujnik, cenzor, który mącił ich wygląd, rozmywał ostrość.
— Czy jest twoim życzeniem, byśmy się do tego wzięli? — spytała Clancy. Cenzorowi nie udało się zamazać całkowicie jej bezpośrednio patrzących oczu.
W prawdziwym świecie Gabriel mrugnięciem przegnał łzy.
— Tak.
— Postąpimy zgodnie z twym życzeniem.
Zespół zaczął działać. Na spotkaniach, pozbawionych wszelkich aspektów towarzyskich, zajmowano się jedynie pracą. Praca posuwała się wolno — nie było daimonów do doglądania szczegółów — lecz rezultat okazał się wspaniały. Ułożono plan zebrań, sformułowano problemy, znaleziono rozwiązania. Członkowie zespołu nigdy nie zwracali się do Gabriela „Aristos”, widocznie ostrzeżono ich, by tego nie czynili. Wszyscy byli niezupełnie do siebie podobni musiano ich poddać różnym modyfikacjom osobowości, wyłączono im reno i daimony.
Od czasu do czasu Gabriel uświadamiał sobie, że jego lewa dłoń wyprawia coś dziwnego, jakby dyrygowała niewidzialną muzyką. Na języku czuł silny, metaliczny smak. Postanowił nie zgłębiać znaczenia tych zjawisk. Ta ręka nie należała do niego.
Pewnego dnia Zhenling odwiedziła Gabriela w jego pokoju. Wyglądała wspaniale, sprężysta, odziana w długą, czarną kamizelę pokrytą srebrnymi haftami. W Vila Real Gabriel widział kilku młodych modnisiów w czymś podobnym.