– Wiesz, Smo, gdy ty rozprawiałeś się z bandytami, rozmawiałem z tą dziewczyną, Susie…
Dziewczyną? Popatrzyłem zdumiony na Mike’a.
– Okazuje się, że w osiedlu uważają ją za czarodziejkę. Umie leczyć choroby i przepowiadać przyszłość, a zwierzęta nigdy jej nie ruszają.
– Zgadzam się co do zwierząt.
– No i zapytałem ją o naszą przyszłość: czy dojdziemy do gór?
A ona powiedziała, że grozi nam niebezpieczeństwo bardzo blisko celu.
– Każdy, kto ma choć odrobinę oleju w głowie, powie ci to samo. Na naszej drodze leży klasztor, a sam widziałeś, jak kochają nas Bracia Pana.
– Powiedziała też, że przedtem spotkasz w drodze starego przyjaciela.
Drgnąłem.
– Jeśli chciałeś, żebym uwierzył, należało mi o tym powiedzieć przed spotkaniem z Rockwellem.
Mike wzruszył ramionami.
– Nie kłamię, chociaż dziewczyna faktycznie trochę dziwna.
I ładna. – Uśmiechnął się.
Szedłem dalej bez słowa i dopiero po jakimś czasie zapytałem:
– Ile ona ma lat według ciebie?
– Co najmniej szesnaście… A co?
– I jest ładna?
Mike spojrzał na mnie, nic nie rozumiejąc.
– Taak… Udawała pień, żeby jej zębatki nie zjadły – powiedziałem sam do siebie. – A przy tratwie musiała się przełączyć na innego drapieżnika, dlatego rybki w końcu pogryzły czarodziejkę. Pień…
Zachichotałem. To nic, będzie okazja pogadać z nią w drodze powrotnej. Stuknąłem w bok zdumionego Mike’a.
– Co tak stoisz? W drogę!
Las zaczął rzednąć u podnóża gór. Przeszliśmy co najmniej trzydzieści kilometrów, wąwóz stał się szerszy i płytszy, drzew prawie nie było.
– Odpoczynek – zarządziłem.
Książę obiegł kilka podejrzanych pagórków nieopodal, wrócił do nas i zadowolony wyciągnął się u moich nóg. Razem z Mikiem w milczeniu gryźliśmy twarde, sprasowane płytki koncentratów.
– Zmęczony?
– Nie. – Mike pokręcił głową. – Najważniejsze, że jesteśmy już niedaleko i został tydzień w zapasie.
– Dlaczego tydzień?
– Muszę tam być przed szóstym lipca.
– No, no.
Otrząsnąłem dłonie i wstałem.
– Idziemy. Zanocujemy już w górach.
– Chodźmy.
Książę jak zwykle biegł przodem. Zaczęliśmy wspinaczkę po zboczu, żeby wydostać się z wąwozu. Mike zarzucił automat na plecy, żeby nie przeszkadzał, ja wygodniej ująłem broń. Jedna lufa zawsze musi być w pogotowiu – taka jest zasada. Przed nami coś zaszeleściło i rozległ się skowyt Księcia – oszołomionego, stropionego. Podniosłem głowę, czując płynącą od niego falę strachu i bezradności.
Przed psem stało dwóch mężczyzn. Szare płaszcze falowały na lekkim wietrzyku, w fałdach szerokich rękawów połyskiwały krótkie automaty.
– Podnieście ręce i na ziemię, Smoki – powiedział jeden z nich bezbarwnym głosem.
– Podnieście ręce i na ziemię – odezwał się jak echo drugi.
– Może wystarczy, jeśli zrobimy jedną z tych rzeczy? – zapytałem głosem naiwnego idioty, gorączkowo oceniając sytuację.
Dzieliło mnie od nich pięć metrów. Książę stoi bliżej – ma ze trzy metry. Ale obaj mnisi trzymają nas na muszce, a pies zdoła przewrócić tylko jednego. Jego towarzysz rozstrzela nas, zanim łapa Księcia zmiażdży mu głowę. Strzelać samemu? Nie zdążę… a może zdążę? Mike może się uratować, ale mnie poszatkują…
Książę! Obu?
Jednego.
– Podnieście ręce.
Staliśmy z Mikiem ramię przy ramieniu – idealny cel. A przed nami zjeżone cielsko Księcia. Też dobry cel. Zacisnąłem zęby. Trzeba wybierać.
Ostatnia szansa zawsze wymaga ofiary. Wybacz, Książę…
Wstań na tylne łapy, przestrasz ich.
Książę odwrócił głowę i zobaczyłem jego oczy – wystraszone, błagalne…
Co ja mu kit wciskam, przecież on wszystko rozumie! Kogo próbuję oszukać – jego czy siebie?
Nie! Nie rób tego!
Za późno. Książę z rykiem uniósł się na tylnych łapach, przednimi zamachał w powietrzu. Bracia Pana otworzyli ogień – do niego albo do nas, ale to ciało psa przyjęło wszystkie kule. Upadłem na ziemię, strzelając do znienawidzonych szarych cieni, i widziałem, jak z Księcia lecą krwawe strzępy. Mój automat już zamilkł, skurczone, czerwono-szare postacie upadły na trawę, a Książę jeszcze stał chwiejnie i skomlał cicho, po szczenięcemu. Potem upadł.
O niczym nie myśląc, wstałem i podszedłem do niego.
– Książę! Piesku…
Obok odezwał się luger Mike’a, garść pustych łusek uderzyła mnie w nogę, ocknąłem się z odrętwienia. Przewróciłem się i stoczyłem do parowu. Za mną turlał się Mike.
– Tam… tam są ich dziesiątki… – wychrypiał.
– Szybko!
Zaczęliśmy biec. Odwróciłem się, zobaczyłem na brzegu parowu wyraźną sylwetkę i strzeliłem serią. Postać upadła.
Za ciebie, Książę…
Głos nie płynął z jakiegoś konkretnego miejsca, pewnie Bracia zdążyli umieścić głośniki wokół wzgórza, na którym zalegliśmy.
Bezcielesny, pozbawiony intonacji, wyprany z emocji głos.
– Smoki, wychodźcie. Rzućcie broń, walka jest bezcelowa. Zakon żąda od was pokory. Wyjdźcie, Smoki.
– A jeśli wyjdziemy? – zapytał Mike.
Leżeliśmy plecami do siebie. Niewielkie zagłębienie na szczycie wzgórza, jedyny okop, który jeszcze ratował nam życie. Otoczyli nas, więc musieliśmy zapaść tuż przed górami, na pagórkowatej równinie z rzadka porośniętej drzewami.
Pewnie specjalnie pędzili nas tutaj przez las, wiedząc, że do gór nie zdążymy dojść, a las, gdzie Smok może wydać walkę każdemu, już opuścimy.
– Jeśli wyjdziemy, zabiją nas w czasie pełni księżyca.
Po zboczu pobliskiego wzgórza pełzł szary cień. Snajper. Chce dojść na szczyt i ostrzelać nas z góry. Tylko czemu lezie na naszych oczach, idiota? Przymierzyłem się do strzału.
– Dlaczego w czasie pełni?
– Tego też nie wiesz? Pełnia księżyca to dzień oczyszczającej ofiary. Jeśli spalą nas razem z dzieckiem, nasze dusze oczyszczą się i trafią do raju. Oni nie życzą nam źle.
Plecy Mike’a drgnęły.
– Jakim dzieckiem?
– Farmerskim. Któryś z mnichów je wykradnie. Oczyszczają się tak podczas każdej pełni…
Krótka seria zatrzymała Brata Pana w połowie drogi. Ostatnim wysiłkiem rozrzucił ręce i znieruchomiał niczym szary krzyż. Może nawet specjalnie szedł pod kule? Wśród Braci krążyła legenda, że ginąc z rąk Smoka, zostaje się świętym.
Mike dał długą serię, nie celując.
– Nie świruj. Musimy dotrwać do nocy – powiedziałem, jakbym nie rozumiał, że wykurzą nas wcześniej.
– Myślałem, że oni… ale oni są jeszcze gorsi!
– Są. To ludzie – powiedziałem z satysfakcją.
W sporej odległości od wzgórza, poza zasięgiem mojego AK (a co dopiero lugera Mike’a), kręcili się Bracia Pana; było ich co najmniej trzydziestu.
– Mike, daj lornetkę.
Mike zaszeleścił plecakiem. Uniósł się nieco i od razu zaświstały nad nim kule. Nie ma co, dobrze nas pilnują.
– Trzymaj…
Ciężka lornetka drgnęła w moich palcach, gdy regulowałem ostrość.
Trzy kilometry od nas Bracia Pana ustawiali miotacze min. No, proszę. Nawet min dla Smoków nie pożałują.
– To już koniec, Mike.
– Co się stało?
– Mają miotacze min.
Głos, który nie przestawał wzywać nas do pokory, w końcu umilkł.
Zapadła cisza. Po jakimś czasie ten sam martwy głos powiedział:
– Smoki, macie kwadrans, żeby się poddać.
Niewidoczny spiker odchrząknął, psując całe wrażenie, wywołane grobowym tonem. Potem wreszcie zamilkł.