– Babilon… Ty mi powiedz w końcu, co to jest ten „piękny pokój”?
Sprężyny w sąsiednim łóżku zajęczały, jego lokator mościł się i przeciągał, wreszcie znieruchomiał, oparł głowę na łokciu tak, że nad blatem szafki zamajaczyła jaśniejsza plama jego twarzy.
– To nie wiesz?
– Nie.
– Serio? Nigdy nie słyszałeś?
Rurka znowu wypadła mu z nosa. Kichnął, zanim ją tam na powrót ulokował, a potem podłubał jeszcze chwilę w obydwu dziurkach.
– Podobno jest tu taki oddział, i to od początku, jak zbudowali ten szpital ze trzydzieści lat temu. No, wiesz, taki oddział, gdzie każdy może, na własną prośbę, tego… – wykonał jakiś gest, niewidoczny w ciemnościach.
– Umrzeć na własną prośbę.
– Dokładnie. Ale to chyba nie jest złe! Tylu ludzi się męczy niepotrzebnie. A tak wiesz, kiedy, gdzie, jak sam zarządzisz. Już cię śmierć nie zaskoczy, nawet ją można uprzedzić i powiedzieć: „Spadaj, larwo!” Wszystko spokojnie, wszystko, jak ty chcesz. Mówią, że „piękny pokój” to taka wirtualna projekcja z ekstra aparaturą, podobno z dotacji Światowej Organizacji Zdrowia. Kładą cię tam, podłączają, zamawiasz sobie scenerię. Las w słońcu albo plażę na Bahamach, albo dżunglę, albo może komnatę szkockiego zamku w ciemny, jesienny wieczór. Niektórzy wolą na pewno panienki, oczywiście można, bo wszystko można. Elektronika wchodzi, las pachnie rozprażoną korą, morze szumi, czujesz słoną bryzę, trzaskają polana w kominie i paruje wino z korzeniami albo wydaje ci się, że odwalasz ostatniego sztosa – głos Babilona nabrał tonu tkliwego i przepojonego nutą tęsknoty. – Tak możesz podobno godzinami, długo, ile chcesz. A potem dajesz tylko jedną komendę i powoli zapominasz, kim jesteś, ile masz lat, jak obrzydliwie wyglądasz. Wtapiasz się w to otoczenie i nawet nie zauważasz, kiedy już minąłeś.
– Matko, co za pierdoły! – Irek parsknął śmiechem. – Co za pierdoły! Z pięćdziesiąt lat temu… Gdzie tam pięćdziesiąt! Za PRLu jeszcze słyszałem takie słuchowisko w radiu, w Trójce, w Powtórce z rozrywki!
– Nie wiem, ja tam żadnej Trójki nie słuchałem – warknął Babilon obruszony. – Ale jak na mnie przyjdzie czas, to się sam zgłoszę. A co! Ja tam się nie dam kostusze ani choróbskom przechlapać. Pan, kurczę mać, jestem! Gdzie spojrzeć, mam prosto! – dodał z pasją.
Tym razem atak nastąpił na wysokości serca. Ból promieniował spod mostka, płonął i przygasał między łopatkami jak rozdmuchiwany żar. Nie można było oddychać. Każde poruszenie klatką piersiową sprawiało wrażenie stalowego klina wbijanego na skos, przez przeponę, kości kręgowe, i przygważdżającego do łóżka. Przechylił lekko głowę, złożył usta, jakby chciał zagwizdać, i ostrożnie wciągał wąskie strużki powietrza. Rozpalona do czerwoności tama zaległa w poprzek ciała, od pachy do pachy. Wydawało mu się, że za nią nie ma niczego. Nie czuł brzucha i nóg; czuł wilgoć, lepkość kałuży. Nie był pewien, czy to pot, czy też stracił już władzę nad pęcherzem.
– Babilon!…jęknął.
Tamten jednak spał, odwrócony plecami.
Irek nadludzkim wysiłkiem podniósł ręce do góry i po paru próbach namacał przycisk dzwonka. Siostry zwykle nie przychodziły, ale kiedy nacisnął raz, drugi, a potem jeszcze kilka razy, usłyszał kroki i zobaczył za szybą ciemną sylwetkę.
To była doktor Gudrun. W półmroku gęstwina jej cienkich warkoczyków opalizowała zmiennymi kolorami, piękną głowę oplatały smugi fioletu, błękitu, żółci, jasnej zieleni.
– Chyba znowu masz problem bólu?
Nie odpowiedział. Ścisnął czubki jej palców. Były chłodne i miały gładkość kredowego papieru.
– Spacerowanie w twojej sytuacji nie jest najlepszym pomysłem – powiedziała, przesuwając czytnikiem po jego piersiach i ramionach.
Potem zrobiła zastrzyk.
Zniósł to o wiele gorzej niż poprzednio. Nie mógł już powstrzymać ślinotoku. Poduszka po paru minutach stała się mokra i napęczniała.
Chwyciły go torsje, których też, w przeciwieństwie do poprzedniego razu, nie mógł opanować.
Wszyscy przykryli się z głowami, udając, że śpią i niczego nie słyszą.
Wymioty były jednak prawdziwą erupcją radości. Ból odchodził, przychodziła lekkość. Czuł się tak, jakby do wiadra, nadstawianego przez krzywiącą się z obrzydzenia pielęgniarkę, wraz z ohydną, słodką strugą uciekło całe cierpienie i strach.
Bez niczyjej pomocy dotarł pod prysznic i drżąc na całym ciele, umył się od stóp do głów. Kiedy zaspana, naburmuszona kobieta z siwym paskiem włosów przez środek wygolonej czaszki i miedzianym kółkiem przebijającym brew przyniosła świeżą pościel, mógł przeżyć zapomnianą rozkosz ciepła miękkiego posłania, opadania ciężkich powiek, wchodzenia w spokój, jaki przynosi ciemność. Przetrwał resztę tej nocy najlepiej, jak tylko można – bez snów.
Rano, po obchodzie, w czasie którego Tubiełło zatrzymał się przy nim tylko przez chwilę, puszczając oko błyszczącą pomarańczowo powieką, wyszedł na taras. Tym razem nie był sam. W rogu kolebał się na ażurowym foteliku
stary ksiądz. Podwinął sutannę, zdjął buty, chude jak piszczele bose nogi wystawił ku słońcu między kratami bariery.
Irek nie zwracał na niego uwagi. Rankiem strumienie samochodów, wypełniające koryto zachodniej autostrady, pędziły ku miastu, by za chwilę wedrzeć się w gęstwinę domów i aż do późnej nocy oblepiać tętniącą kolorami lawą uliczne labirynty, zalegać w katakumbach podziemnych garaży. Miasto, wyzłocone porannym światłem, obmyte świeżością nowego dnia, przyciągało i wsysało, pęczniało ludzkim mrowiem. Potężna rzeka bez końca rwała naprzód, z daleka omijając białoniebieskie pryzmy murów Szpitala Nieustającej Pomocy, trwające nad nią nieruchomo i majestatycznie jak góra lodowa.
Uśmiechnął się, bo nagle dostrzegł w tym pejzażu wielką metaforę wszechrzeczy. Galop i bezruch, zwyczajny smak fizyczności i rozkosz urojenia, trywializm spraw codziennych i patos spraw ostatecznych – potężnie naładowane przeciwne bieguny, pomiędzy którymi przeskakują miliardy iskierek pojedynczych losów. Jedyny sens – w elektrycznym wyładowaniu, jedyna prawda w krótkim błysku.
Był spokojny. „Otrzymałem propozycję śmierci” -; powtarzał sobie wiele razy, zdziwiony, że słowa te nie wywołują naturalnej reakcji lęku, nie mobilizują do obrony, nie wyzwalają instynktu ucieczki. Może należało cieszyć się z tej niezwykłej wiedzy, jakiej obietnica została mu dana? Stał; o krok od największej zagadki, wpisanej w każdego z nas, jedno słowo wystarczy – i pozna jej początek, może będzie świadom jej pierwszych chwil.
Najgorsze jest pierwsze uderzenie śmierci. Jej nagłe pojawienie się w małym światku najbliższych sobie osób budzi grozę i konsternację, jakby była ona kimś nieznanym, ma zawsze swoją dramaturgię, scenerię, rekwizyty. Takim rekwizytem był telefon, zapomniane dziś urządzenie, którego napastliwy dzwonek przewrażliwionym ścinał krew i zatrzymywał oddech. Kiedy matka umierała, ktoś polecił mu szybko zamknąć kasę i biec do pokoju kierownika, bo tam przełączono rozmowę. Obojętny głos chrypiał, że zawał, że stan poważny. Zapamiętał długie godziny przed salą intensywnej terapii, tykanie elektrycznego zegara, upał taki sam jak dzisiaj, wreszcie biały fartuch, rozłożone ręce i kobiecy głos mówiący coś w rodzaju: „Nie dało rady, proszę pana, niestety”. Kiedy zupełnie oszołomiony, z teczką w ręku i marynarką przewieszoną przez ramię, rozglądał się potem po korytarzu, nie wiedząc, co robić, widział, jak lekarka wchodzi do swojego gabinetu, z roztargnienia zostawia uchylone drzwi, włącza czajnik, wyciąga grube pismo i przegląda, szeleszcząc lakierowanymi stronami.
Śmierć dla nikogo nie jest tą samą osobą, nie może być także doświadczeniem ogólnym, bo choć ciąży nad wszystkimi, zawsze dotyczy tylko niektórych. U ojca wszakże była wielką ulgą. Pamiętał niekończące się noce na stołku przy szpitalnym łóżku, znużenie, krążenie w kółko po hallu, rozprostowywanie zdrętwiałych nóg, gryzący kwas papierosów wypalanych dla zabicia czasu przy otwartym oknie. Głowa ojca nieruchomo spoczywała na chudej poduszce, czasem otwierał oczy i spoglądał bez zainteresowania albo poruszał wargami i trzeba je było wówczas zwilżać kawałkiem ligniny. Nic nie mówił, zapadał w krótkie, trwające po kilkanaście minut transy snu. Charczał wtedy i rzęził, w kącikach ust pączkowały bąbelki śliny.