– Słucham?
– Żeby przed przejściem na O-L zawiózł mnie pan do domu. Choć na godzinę. A jeśli można, na parę godzin…
W obwiedzionych srebrną kreską oczach Tubiełły zabłysł ognik zainteresowania. Kilka razy rzucił kulkę, odbił ją o ścianę wysoko, nad aparaturą, zręcznie chwytając raz jedną, raz drugą ręką.
– Hm… Nie powinienem, to narusza procedurę. Ale nie odmawia się, trudno odmówić… Jutro po obchodzie. Proszę pamiętać.
Tego dnia Irek nie myślał już więcej o sobie. Nie myślał też i w nocy. Doktor Gudrun profilaktycznie wstrzyknęła mu wieczorem mniejszą dawkę DFR – B. Spał spokojnie, po raz pierwszy bez ataku bólu. Obawy, lęki, majaki przeszłości dały za wygraną wobec sytuacji określonej i jasnej. Czegóż się tu bać, skoro wszystko już wiadome?
Szczerze tylko współczuł Babilonowi.
Zastał go rano pod półprzeźroczystym namiotem nasuniętym na łóżko tak, że wystająca z jednej strony głowa wyglądała jak zakrętka monstrualnej tuby pasty do zębów. Żebujka pochylał się nad nim i wsączał między rozchylone wargi pomarańczowy płyn ze szklanki z dzióbkiem. Obok buczała i terkotała aparatura na kółkach, niewiadomego
przeznaczenia. Dwa pęki kolorowych kabli ginęły pod namiotem.
– Zajebać się dam, kurczę mać! – wykrztusił Babilon głosem wściekłym i przerażonym. – Znowu nie wyjdę, znowu nic się nie zgadza. Cały jestem poszpilkowany, pookręcany drutami. Tak mam leżeć bez ruchu, kurczę mać, dwadzieścia cztery godziny. Tubiełło powiedział, że nawet jak mi się zachce, mam robić pod siebie!
Akurat w drzwiach stanął doktor Tubiełło, otoczony wianuszkiem pielęgniarek towarzyszących mu w obchodzie. Usłyszawszy swoje nazwisko, zrobił kilka kroków naprzód i z miną niby to zaskoczonego, niby to bezradnie rozkładając ramiona, ku konsternacji wszystkich donośnie i dźwięcznie zadeklamował:
Nie mma Tubiełły, wyszedł i nie wrócił,
Nie mma Tubiełły, w pianę się obrócił!
Zaraz też przybrał dramatyczny wyraz twarzy i zastygł na środku sali, między łóżkiem Żebujki a niechodzącego ze słuchawkami na uszach.
Kiedy pielęgniarki ochłonęły, a chorzy przestali wymieniać się zdumionymi spojrzeniami, sięgnął do kieszeni i z tajemniczym, obiecującym nie wiadomo jaką niespodziankę uśmiechem, zaczął wszystkim rozdawać wizytówki.
– O żesz! Ale to mi schiza! – pisnęła jedna z dziewcząt, odczytując bladofloletowy kartonik.
– Naprawdę ci się udało? Długo musiałeś czekać?… I na dodatek jeszcze drugie imię! Jak to brzmi, jak brzmi! „Wszechwłoga”! Od lat marzę o czymś właśnie takim. Nie mam wprost słów… – z przejęciem wyrażała swój podziw inna, dojrzała już pani o wystrzyżonym w kształcie liścia klonu rudym jeżyku, porastającym lewe ciemię całkowicie zdepilowanej i zabarwionej zielonkawo czaszki.
Irek podniósł do oczu swoją wizytówkę.
„Dr Sabin Wojbor Wszechwłoga – dolorog” – brzmiała jej treść.
Po skończonym obchodzie doktor ostatni wychodził w sali. Na progu cofnął się w pół kroku, odwrócił i z kamienną twarzą, jeśli już cokolwiek przypominającą, to chyba tylko maskę ofiarnicy z Aischylosowej tragedii, jeszcze raz wyrecytował:
Nie mma Tubiełły, wyszedł i nie wrócił,
Nie mma Tubiełły, w pianę się obrócił,
I ty, człeczeńku, wyjdziesz i nie wrócisz,
Z piany powstałeś, w pianę się obrócisz.
Triumfująco powiódł wzrokiem po łóżkach, zatrzymał go na Irku, którym zresztą wcale nie interesował się w czasie obchodu.
– Panie Ireneuszu, za maleńki kwadrans porywam pana! obwieścił.
– Co jest, kurczę mać? Jak to jest? – jęczał potem Babilon spod namiotu. – Ty wychodzisz? Na serio?
– Wychodzę na serio – potwierdzał Irek z przekonaniem. – Jeszcze, widać, ktoś zostawił mi trochę czasu, jeszcze nie to przyszło, co przyjdzie. A już myślałem…
I widzisz, i widzisz… Wypis mi już prawie wpuścili do danych, już łachy miałem na dole odbierać…
Żebujka, patrząc spod okna to na jednego, to na drugiego, zarechotał między kląśnięciami gumy:
– No jo! Jeden jadł, drugi spadł. Nie miekaj, Babilon, po manele zawsze ktoś się zgłosi.
Wszechwłoga przyszedł nie po kwadransie, lecz po dobrej godzinie, zapisał w modemie Irka zezwolenie na wydanie ubrania i kazał najpierw zjechać do szatni, a później zejść do garażu.
Znowu trzeba było zanurzyć się we wnętrznościach Szpitala Nieustającej Pomocy, pokonywać jego przepastne labirynty, błąkać w plątaninie wind, w zawiłościach komunikacyjnych ciągów, klatek schodowych, półpięter i poziomów, jak dzika tkanka obrastających skołowanego człowieka. Wszędzie dudniła muzyka, skrzypiały wózki, łomotały jakieś naczynia, setki ludzi wędrowały w różne strony.
Docierał do sektorów, z których miał jechać dalej; okazywało się, że nie zawsze aktualne są litery ich oznaczenia i odpowiedniej windy należy szukać zupełnie gdzie indziej, że niekiedy zmieniono także przeznaczenie poszczególnych poziomów i, co prawda, jakiś pasaż albo hali jest koloru żółtego, ale de facto znajduje się w obszarze na przykład brunatnym. Gdzieniegdzie zamalowywano jedną barwę inną, nowa farba odpryskiwała, pozostawiając na murze liszajowatą narośl nieokreślonego koloru, i wtedy w ogóle nie było wiadomo, jaka to część szpitala. Gubił się zatem i odnajdywał, pytał o drogę poważnie kroczących lekarzy oraz okręconych szlafrokami pacjentów mijanych oddziałów, pałętających się bezczynnie od ściany do ściany.
Zapomniał jednak o chorobie i zmęczeniu, podążał naprzód z raźną miną, jakby rzeczywiście „na zawsze” wracał do świata. Pofolgował wyobraźni i zobaczył siebie jako
rześkiego sześćdziesięciolatka, który po udanym zabiegu wychodzi ze szpitala; czekają go jasne dni wypoczynku, powrotu do sił, może deptak w Busku albo Polanicy, chłód domu zdrojowego, parkowe koncerty wśród klombów i srebrzystych iglaków. Wizja była tak prawdziwa, że ogarek serca zakołatał przez chwilę trzy razy szybciej.
Znalazł się przed szatnią, na środku pustego korytarza, zamkniętego z jednej strony sześcioma automatami do wydawania odzieży, o czym informowały tabliczki, przedstawiające pociesznego ludzika w piżamie, pochylonego nad walizką. Bezskutecznie jednak wkładał końcówkę swojego modemu do każdego po kolei gniazdka. Wszystkie musiały być zepsute. Dopiero później zauważył obok zakratowane okienko z kartką: „Pukaj – czekaj”. Zapukał posłusznie, ale za nierówno uciętym kawałkiem dykty, zastawiającym kratę od drugiej strony, nie było żadnej reakcji.
Dziwne głosy usłyszał natomiast zza drzwi umieszczonych naprzeciw. Ozdabiał je napis: „Pralnia. Wejście zapasowe”, i rysunek człowieczka w piżamie, przyglądającego się balii otoczonej obłokiem mydlin. Zaciekawiony, zajrzał do środka.
Teraz już rozróżniał śpiewaną melodię i powtarzane słowa. To ksiądz Edwin sprawował swoją ofiarę.
W kącie, za rzędami maszyn do prania, na paletach, chroniących przed zamoczeniem nóg, klęczało kilka kobiet. Ksiądz wznosił akurat kielich przed ołtarzem urządzonym na stole do sortowania bielizny; stały tam dwie zapalone świece, a pomiędzy nimi poczerniały ze starości obrazek w blaszanej ramce. Modlitwie towarzyszyło buczenie zdezelowanych agregatów i wisząca w powietrzu para, przesycona detergentami.
– Niech sze zmiłuje nad nami wszystkimi Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty! – usłyszał z daleka stłumioną prośbę.
Zamknął drzwi cichutko, nie chcąc rozpraszać niczyjej uwagi.