Szatniarz, który przydreptał w końcu, żując jeszcze spóźnione śniadanie, wskazał mu windę prowadzącą do podziemnego garażu.
Wszechwłoga już tam czekał i zaraz wsiedli do czerwonego bertone doktora.
Irek nie lubił jeździć autami najnowszych generacji, czuł się w nich jak w kaftanie bezpieczeństwa. Fotel miękko, lecz zdecydowanie unieruchomił jego kręgosłup i lędźwie, a na głowie zamknął się hełm z intercomem.
– Niech pan patrzy, to drogi samochód, ale z osobowością – odezwał się Wszechwłoga. – Procesory reagują wyłącznie na dźwięki wydawane przez mój aparat głosowy, nikt inny go nie poprowadzi. O, proszę!
Gwizdnął krótko i gwałtownie, jak sędzia piłki siatkowej.
Silnik natychmiast dał znać o sobie ledwo wyczuwalnym drżeniem.
Cmoknął lewą stroną wyszminkowanych błękitnie ust- zapaliły się lewe kierunkowskazy, cmoknął prawą- prawe. Na podwójne pociągnięcie nosem włączały się wycieraczki szyb, urządzenie rzadko już spotykane, temperatura wewnątrz regulowana była kaszlem, światła, ustawienie foteli, pokładowy terminal, zapach panujący wewnątrzświstami, strzykaniem przez zęby, pomrukami o różnej kadencji, tonacji i natężeniu. Zrobienie „pyk” językiem o górne dziąsło – to był klakson, dwa razy „pyk” – otwieranie dachu, trzy razy „pyk” – napęd na tylną oś. Wszystko to Wszechwłoga z powagą demonstrował potulnie słuchającemu Irkowi.
– Znakomicie obliczone, nie może być ani jednej nutki więcej, ani jednego fałszywego tonu. Włosi są bezkonkurencyjni! Uwielbiam Włochów, to brzoskwiniowy puszek na torcie ludzkości, a my… zakalec, co trzeszczy w zębach. Na początku miałem pewne kłopoty, każdy sygnał musiałem wielokrotnie ćwiczyć.
Wóz bezszelestnie ruszył do góry, ku bramie wyjazdowej, klucząc w półmroku między zaparkowanymi pojazdami, pokonując kolejne kondygnacje, o których informowały wielkie rzymskie cyfry.
– Zna pan moje przywiązanie do tradycji, panie Ireneuszu. Nie wyobraża pan sobie, że do zatrzymywania mógłbym użyć innego dźwięku. Prrrrrr! – wrzasnął tak przeraźliwie, że gdyby nie fotel, Irek wyleciałby w powietrze ze strachu.
Bertone zarył w miejscu, szorując przednim zderzakiem o pochyły beton.
Wyjechali na światło dzienne. Burgundzka czerwień samochodu zaczęła blednąc, przechodząc w kolor starego złota, aby kolejno nabrać barwy zielonego groszku.
– Tylko trójfazowy lakier- zauważył Wszechwłoga. – Prawdę mówiąc, nie bardzo przypadają mi do gustu te ekstrawagancje. Jeżeli wóz zmienia kolor osiem razy na godzinę, to już przesada.
– A… nazwisko? ośmielił się Irek.
– Ach… Dziwi pana? Tak jak samowar w moim gabinecie? To jest znowu problem odmiennych punktów widzenia na sprawę wolności. Wy walczyliście z konwenansem, z formą, chcieliście ją modyfikować, przykrawać do własnych potrzeb, naginać, rozszerzać, zmieniać – jeśli nie koktajlami Mołotowa, to chociaż kpiną albo prowokowaniem. Stąd anarchizm, rewolucje seksualne, techno i Liebesparaden. Musie ist der Schlussel, ja? Stąd Marcuse, Lyotard, wszyscy ci postrzeleni utopiści. Żyliście w głupiej psychozie form, to była wasza sól w oku i szaleństwo, dawaliście się jeszcze na dodatek podpuszczać temu staremu hucpiarzowi Gombrowiczowi. My potrafimy zużyte formy po prostu odstawiać do rupieciarni i w ich miejsce tworzymy nowe. Nikt z niczym nie musi walczyć, każdy robi to bez nerwów, według upodobania, na swój własny użytek.
Bertone skręcił w aleję Armii Krajowej, nabierając nieco szybkości, wydłużył się i przywarł do asfaltu, ale rzeka stłoczonych aut nie sprzyjała normalnej jeździe. Posuwali się skokami, raz przyśpieszając, raz zwalniając. Gdy przejechali pod wiaduktem zlikwidowanej linii kolejowej, Irek przypatrywał się nowej dzielnicy, zbudowanej na łąkach za koszarami szkoły oficerskiej.
Nie lubił nowych osiedli. Teraz, po szpitalnej monotonii, trudno było mu się przyzwyczaić do samego widoku pełnych gorączkowego ruchu ulic. Nawet zasłonił na chwilę oczy, żeby uniknąć kręćka w głowie. Cały ten obraz widziany przez okno samochodu drgał, podnosił się i opadał, migał kolorami. Elewacje niewysokich domów zmieniały barwę co kilka minut, we wnętrzu narożnego sklepu, mimo upału i jaskrawego słońca, przewalały się kaskady tęczowych świateł. Sztuczne krzewy przy placyku z nieczynną fontanną również nie mogły postać sobie spokojnie – nieustannie odtwarzały procesy życiowe roślin. Na nagich gałęziach pojawiały się pączki, potem w oszałamiającym tempie coraz większe zielone liście, potem kwiaty, wreszcie barwy jesieni, czerwie
nie, brązy, potem więdnięcie, znów gołe wiechcie i znów wszystko od początku. Cztery pory roku w dziesięć minut.
Irek bał się takich miejsc, z doświadczenia wiedział, że bardzo łatwo można było tu zabłądzić. Przedtem, kiedy jeszcze urządzał sobie długie spacery, często już po paru minutach nie poznawał przecznicy, w którą skręcił, nie umiał odnaleźć przystanku autobusowego, sklepu, z którego właśnie wyszedł i tylko zdążył się odwrócić. Ściany, dachy, framugi, nawet najmodniejsze ubrania przechodniów wciąż zmieniały zabarwienie, jedne wolniej, drugie szybciej, układając niepowtarzalne kompozycje, tworząc z tego, co prawdziwe i dosłowne, oraz tego, co ulotne, nieuchwytne, trwające ułamki sekund, jakąś niepojętą całość, wartość wyższą, której nigdy nie zrozumie zbłąkany pielgrzym minionego czasu.
Za skrzyżowaniem z Warszawską wjechali w Obrońców Tobruku. Po obu stronach szerokiej ulicy ciągnęły się opustoszałe kwartały wpół zrujnowanych bloków, w głębokiej ciszy i w beznadziejnym uporze trwających jeszcze pod naprawdę pustynnym słońcem i rozprażonym niebem. Obowiązywał zakaz zatrzymywania, dawne drogi dojazdowe zagrodzone były żelaznymi słupkami. Całe osiedle obwiedzione parkanem z białoczerwonych policyjnych taśm, porozrywanych gdzieniegdzie i zwisających smętnie. Billboardy ustawione co kilkaset metrów pokazywały ruchomy obraz spadającej lawiny betonowych złomów ze sterczącym, powykręcanym zbrojeniem oraz ostrzegawczy napis: „Betonowa śmierć! Wstęp wzbroniony!”
Niektóre budynki były jeszcze całe, pod dachem, choć z niebezpiecznie wybrzuszonymi ścianami, pochylone i zapadnięte w środkowej części. Z innych domów powypadały pojedyncze płyty i leżały naokoło, obrośnięte trawą; te wyglądały z daleka jak rozprute plastry miodu. Tu i tam bloki zamieniły się w zupełne rumowiska, jakby po uderzeniach bomb. Dachy i stropy osiadły na sobie, niekiedy tylko strzelała w górę samotna szczytowa ściana z resztkami rozpaczliwie uczepionych na drutach betonowych elementów. Pawilon handlowy „Samba”, stojący kiedyś najbliżej głównej ulicy, zawalił się w taki sposób, że pozostał po nim niemal regularny czworobok równo ułożonych płyt, przypominający z daleka opuszczony, zarośnięty perzem magazyn materiałów budowlanych. Nigdzie nie było też okien, czasem tylko wystawały na zewnątrz zgniłe kawałki ram, przez puste dziury prześwitywało szare od upału niebo. Park szkieletów.
Łopuchy, gąszcze chwastów były wszędzie. Wciskały się w szczeliny popękanego asfaltu, atakowały szaloną zielonością puste podjazdy dla samochodów, bezludne podwórza, gdzie grały w słońcu dywany rozbitego szkła, buszowały po rozwalonych śmietnikach i hałdach betonowego gruzu.
Martwota tego miejsca miała jednak charakter pozorny. Irek wiele razy czytał o grupkach zbuntowanej młodzieży, o bezdomnych, czyli tzw. outsach ciągnących tutaj po zmroku i kontynuujących przyjemności dnia w piwnicach. Jeśli dobrze się przyjrzeć, można było dostrzec ścieżki wydeptane między ruinami, kolorowe szmaty w kilku oknach, kupy śmieci, opakowań po jedzeniu, nawet dziecięcy wózek przy porośniętych ostami schodach. Gdy kiedyś przejeżdżał tędy nocą albo ciemnym, zimowym popołudniem, widywał mdłe światełka migocące w różnych częściach tego czarnego kretowiska.