Pokonali jeszcze kilka skrzyżowań, z trudem minęli zapchane zjazdy do hipermarketów i wydostali się na trochę
swobodniejszą ulicę, która kiedyś była wylotową arterią, a teraz prowadziła tylko w stronę relokowanych, peryferyjnych dzielnic.
Bertone wtoczył się wreszcie na znajomy parking i zatrzymał przy trzepaku. Wszechwłoga wypuścił Irka, zapowiedział, że wróci po niego wieczorem.
Ustawione w pięciokąt bloki na pierwszy rzut oka wyglądały zupełnie zwyczajnie, jak przed chorobą, przed szpitalem. Zdziwiła go jednak cisza, szczególny bezruch, zdający się przylegać do wypalonych słońcem trawników, oblepiać ściany o barwie żużlu.
Wszystkie okna naokoło były pozamykane, pozbawione firanek i żaluzji, straszyły połyskliwą czernią szyb. Jak sześćdziesiąt lat temu, gdy puste lokale czekały na zasiedlenie przez szczęśliwców, którzy dostali przydział.
Nikt nie biegał po piaszczystym podwórku, o mury nie dudniły głuche uderzenia piłki, nie odbijał się wrzask dzieciaków i zgrzytanie przedpotopowej huśtawki. Przed śmietnikiem wyrosła potężna góra papierów, szmat, połamanych mebli, nad chodnikowymi płytami drgały fale gorącego powietrza.
Idąc do swojej klatki, spotkał Natalkę Dobkowską. Wyprowadzała psa, jak gdyby nigdy nic. Znał ją od pół wieku, pamiętał jako dziewczynkę, bawiącą się z jego córką w sklep przy starej budce telefonicznej, długonogą licealistkę, wiecznie spóźnioną na autobus, poważną osobę z wózkiem na sobotnich spacerach w towarzystwie męża, który potem wyjechał do RPA i przeprowadzał rozwód za pośrednictwem Internetu.
– O, już pan jest? – ucieszyła się. – Mówili, że to takie poważne, a tu kilka dni i zdrowy!
– Martwo wskazał na opustoszałe domy.
– Wynoszą się wcześniej. Im wcześniej, tym łatwiej wykołować jakieś porządniejsze miejsce. Jacewicz załapał się podobno na domek w cieniu, Komoniewscy, ci młodzi, spod jedenastki, byli tu wczoraj i mówili, że mają aż dwa kontenery. Matłokowa poszła do brata pod Toruń, a Rafalscy wyjechali do Niemiec.
– A ty?
– Pojutrze wnuk mnie przewozi. Pan też Kaplityny dostał?
– Też, też… Ale przecież cały miesiąc do tego sierpnia. Przesadzacie chyba.
– Niektórzy jeszcze mieszkają, widziałam parę okien oświetlonych, chociaż nocami w całej dzielnicy ciemno i cicho jak pod wodą. Strach. Nie zapalają już latarń. Koziejko mówił, że niedługo prąd i gaz będą wyłączać. Tam dalej, na Hanowskiego, koło poczty, podobno wszystko już odcięte. To dobrze, że pan też do Kaplityn, ktoś znajomy będzie blisko, bo córka jest w Brąswałdzie, w V Rejonie, z Nagórek tam przenosili. Spotkamy się, będę przychodziła do pana pogadać.
– Na pewno tak.
Powoli wspinał się na czwarte piętro. Idąc, często przystawał przy uchylonych okienkach i dyszał ze zmęczenia. Dziwne echo towarzyszyło jego ciężkim krokom, nigdy przedtem nie słyszał tu takiego. Dźwięki inaczej rozchodzą się tam, gdzie nie ma ludzi. Obejmują władzę nad przestrzenią, mnożą się, groźnie dudnią w uszach.
Mijając kolejne drzwi, czuł, że za lakierowaną powierzchnią kryją się tylko terytoria pustki, surowe wnętrza prostopadłościanów, odarte z dekoracji koryta rzeki czasu, betonowe ramy ludzkich losów.
Z ciekawości nacisnął klamkę pod piątką, u Guzdańców. Było otwarte, jak zresztą pewnie wszędzie. Zabrali wszystko, nawet panele podłogowe i kafelki z łazienki, nawet muszlę, krany, zamki, parapety, nie mówiąc o kuchence i wyrwanym ze ściany klimatyzatorze. Głupia nadzieja zawsze każe wygnańcom unosić ze sobą rekwizyty zwykłego życia.
Własne mieszkanie przywitało go żarem. Wiekowa lodówka wyła na najwyższych obrotach, zmieszany z kurzem słoneczny blask raził oczy, świeczka, tkwiąca od niepamiętnych lat w glinianym lichtarzu, zgięła się wpół jak zwichnięta łodyga. Otworzył okna, zaciągnął zasłony, wylał do ubikacji spleśniałą herbatę. Wersalka była rozbebeszona, kołdra na podłodze, obok rozsypane lekarstwa. Pozbierał to wszystko, poukładał i opadł na krzesło spocony, dygocący od wysiłku. Ogarnął go jednak spokój, poczucie ładu, spełnienia, jakie się ma po powrocie z podróży. Wyobraził sobie, że właśnie przyjechał z daleka, a dom, jak kiedyś, otwiera ramiona, aby go nakarmić, dać mu strugi wody dla odprężenia utrudzonego ciała, chłód świeżej pościeli i dobry sen.
Domy starych ludzi są zgliszczami ich minionych światów. Trwają tam na posterunku resztki otoczenia: zużyte przedmioty, brzydkie meble, sfilcowane ubrania, do niczego już nieprzydatne drobiazgi.
U Irka też nic się nie zmieniło od końca ubiegłego wieku, oprócz kilku urządzeń niezbędnych do normalnego bytowania. Rozklejone, zwichrowane regały i szafy stały wciąż na tych samych miejscach, miał wrażenie, że nie dadzą się oderwać od muru, w który wrosły ze starości. Kanapa i dywan straciły barwę i desenie, trudno było je odróżnić od podłogi, kiedyś błyszczącej, teraz podobnej do wypłowiałe
go ręcznika. Książki, najczęściej marne wydania z lat osiemdziesiątych, zlewały się w pożółkłą masę z kurzu i papieru, wypełniającą rozeschnięte półki anonimową treścią, bo nie można już było odcyfrować większości tytułów na grzbietach. Cztery tomy encyklopedii napęczniały i uległy odkształceniu do tego stopnia, że żadnego z nich na pewno nie udałoby się wyciągnąć z szeregu.
Taki sam pozostał również pokój Oluchy, nie z sentymentu, ale z braku potrzeby zmian. Od czasu, kiedy po maturze wyjechała na studia do Łodzi, poznała Kevina, swojego pierwszego męża, i zamieszkała na antypodach, służył mu najpierw jako miejsce do popołudniowych drzemek, a później jako samotna sypialnia. W szafie segmentu „Junior”, kiedyś z jasnego drewna, dziś wyglądem i konsystencją przypominającego zbutwiały korek, nadal wisiały krótkie czarne sukienki sprzed pół wieku, piętrzyły się sterty zapomnianych bluzek, zwinięte kłęby legginsów z lycry. Szuflady wypełniały stare zeszyty, pocztówki, skamieniałe szminki, niepiszące długopisy. Nie zaglądał tam, miał wstręt do szperania w cudzej prywatności. Tylko raz przypadkowo znalazł napoczętą paczkę suchych jak pieprz, pozbawionych zapachu papierosów, schowaną w jednej z par tych niezgrabnych, modnych wtedy butów na platformach, o które tak wykłócała się z matką. Co tydzień czyścił także z kurzu zepsutą od dawna miniwieżę, pudełka z nieużywanymi już nigdzie płytami kompaktowymi, pluszowego psa i przyczepione do obroży plastikowe serce.
Przypomniał sobie o Olce.
W dużym pokoju rozsiadł się przed terminalem, ale po chwili przerwał wprowadzanie adresu i wybiegł do łazienki.
Wolałby, tak jak bohater opowiadania Wojaczka, nie ujrzeć w lustrze nikogo. To, co zobaczył, przypominało gotowanego kurczaka.
Ciężko westchnął nad sobą.
Na głowie resztki kłaków jak strzępy siwej wełny, zdeformowane rysy, których układ dyktowało zwiotczenie mięśni, a nie obraz duszy. Blada skóra, pełna fałd i plam, wyglądająca, jakby zaraz miała odejść od ciała. Chude, wykrzywione ręce, naprawdę podobne do ptasich łap, tors o muskulaturze wypróżnionego worka.
Zaczął się gorączkowo myć, golić, czesać, nacierać kremami i wodą kolońską. Wygrzebał czystą koszulę, włożył krótkie spodnie. Dopiero wówczas ponownie połączył się z Auckland.
Przez ekran przebiegły znaki stref, mignęło złociste logo operatora półkuli południowej, następnie zielone Australii i Oceanii, sinoczarne Nowej Zelandii.
– Ach, tatuś, nareszcie! Tyle razy wchodziłam, a ty zawsze byłeś niedostępny. Widzisz, jaka tu u nas ulewa? Jesień.
Olucha przetarła zaspane oczy i uchyliła się, aby odsłonić okno. O mokre szyby tłukły smagane wiatrem gałęzie, których cienie migotały w poświacie ogrodowej latarni.