– Boli mnie – zajęczał Irek dla szpanu. Wszechwłoga obiecał, że zaraz przyjedzie doktor
Gudrun i również tu, na Over Leadingu, będzie mu regularnie aplikować lekarstwo, jak długo sobie tego zażyczy. Pozwolił też wstać z wózka. Razem weszli do pokoju rejestracji.
Potężnej, studwudziestokilogramowej siostrze o nieproporcjonalnie małej głowie, z gołą czaszką cieniowaną na różowo, musiał znowu odpowiadać na pytania o wiek, płeć, przebyte choroby, życiorys. Procesor zapisywał jego słowa, a ona porównywała dane z tymi, które niedawno podawał do dokumentacji medycznej.
– Terminalny? – upewniała się półgłosem, zerkając pytająco na lekarza.
Wszechwłoga potwierdził skrzywieniem ust. – Jesteś przyjęty. Teraz powinieneś oddać modem – zażądała na koniec.
Irek cofnął się zaskoczony.
– Przecież to… niezgodne z prawem.
– Zależy z jakim. Z naszym zgodne, to wymóg. Chcąc nie chcąc, położył modem na biurku i szybko
cofnął rękę. Zaraz też delikatnie wepchnięto go do przebieralni z szafami w ścianach, gdzie musiał zdjąć ubranie, włożyć cytrynowożółtą piżamę, a na nią czerwony szlafrok.
– No, umundurowany! – orzekła siostra. – Teraz wygląda jak człowiek, jak wszyscy nasi.
Następnie zaprowadziła go do jednego z pomieszczeń po prawej stronie korytarza i cicho zamknęła za nim drzwi z napisem „Sypialnia nr 9”. Pokoje na Over – Leadingu nie przypominały szpitalnych sal. Miały nieco przyciemnione szyby, lustrzane od zewnątrz, jak nakazywała budowlana moda sprzed kilku dziesiątek lat, ale w każdym wisiały także zasłony malinowej barwy i prawdziwe firanki. Wszystkie były dwuosobowe, łóżka drewniane, szerokie, stały daleko od siebie, oddzielone dywanem, szafkami nocnymi, niskim stolikiem. Dotknął ściany- pokrywała ją tapeta o drobnym wzorku, na honorowym miejscu wisiało Babie lato Chełmońskiego. Klimatyzacja działała bezgłośnie, chłodne, dobre powietrze przesycał delikatny zapach lasu, może nawet nie sztuczny, może czerpany z okolicy.
Tymczasem z białego kokonu kołdry zwiniętego na łóżku bliżej okna wysunęła się łysa głowa, płaska i podłużna jak wielka śliwka.
Głowa łypnęła podejrzliwie wilgotnym spojrzeniem i zapytała:
– Też?
– Też potwierdził.
Właściciel głowy, mały, wysuszony człowieczek, podobny do kilku patyków związanych w pęk, wygrzebał się z pościeli, pojękując, usiadł i wyciągnął rękę:
– Konieczny jestem.
Obrzucał przy tym badawczym wzrokiem równie mizerną aparycję Irka, penetrował brzuch, odmierzał klatkę piersiową, nieomal wdzierał się pod pancerz czaszki. Po dłuższej chwili porozumiewawczo skinął brodą i znowu spytał:
– Co?
– Wiadomo – Irek przygryzł usta. – A tobie?
– Żółtaczka jąder podstawy mózgu i methemoglobinemia – wyrecytował Konieczny.
Zaraz także zeskoczył z łóżka, kocim krokiem, na palcach podbiegł do drzwi i ostrożnie wyjrzał przez szparę.
– Barszczucha cię przyprowadziła? – odwrócił się do Irka. – Chodź tu, se zobacz wszystkie aniołki stróże. Cała trójca w komplecie: Majami, Barszczucha, Środa Popielcowa!
Naprzeciw ulokowano dyżurkę pielęgniarek. Wchodziły akurat do środka, głośno rozmawiając na korytarzu. Siostra od rejestracji, zwana Barszczucha, śmiejąca się piskliwie, rubaszna i niezdarna w ruchach, Majami, filigranowa, beatlesowska blondynka z buzią jak poziomka i Środa Popielcowa, której obły korpus o nieczytelnej geometrii oraz ściągnięta, zgryziona twarz wyglądały jak zrobione z jednej bryły soli.
Irek nie zdążył ani dobrze się rozejrzeć, ani choć przez moment odpocząć pod świeżym i miękkim kocem, bo prawie natychmiast włączył się niewidoczny głośnik i wezwano go do psychologa. Konieczny kiwnął tylko, że to normalne.
W hallu spotkał dziwne indywiduum, mające na sobie nie przepisową piżamę, ale podwinięte spodnie od dresów. Pożółkły jak zabytkowy dokument, wychudzony do granic możliwości osobnik, którego ciało od razu skojarzyło się Irkowi ze szczerbatym grzebieniem, usiłował biegać w tę i z powrotem, wysoko unosząc kolana, co kilka kroków przystawał, robił przysiady, skłony i wymachy ramion. Przymierzył się także do wykonania gwiazdy na rękach, ale zrezygnował. Kiedy zauważył, że wzbudza zainteresowanie,
spojrzał na kibica z wyższością, wytarł ręcznikiem niewidoczny pot i sprężystymi krokami odszedł do jednego z pokojów.
Psycholog nazywała się Kinga Wiłun. Przyjmowała w gabinecie urządzonym również na sposób nieoficjalny i domowy, choć nastrój psuł zamontowany w kącie szpitalny terminal, taki sam jak u Wszechwłogi. Miała orzechowe oczy i długi koński ogon. Włosy świeciły barwami widma słonecznego – czerwień przechodziła w pomarańczowy, ten z kolei w żółć, żółć w zieleń, błękit, fiolet. Irek nie słuchał, co do niego mówiła, ale siedząc naprzeciw, obserwował przepływające fale kolorów. Fiolet z prosto przyciętej grzywki przesuwał się do tyłu, na środek głowy, ustępując miejsca nad czołem błękitowi, potem fioletowo świecił węzeł grubej wstążki, splatającej włosy, widoczny, gdy jej właścicielka nachylała się nad ekranem z danymi, wreszcie fioletowa strefa zjeżdżała na sam koniec ogona, a grzywka była już pomarańczowa, potem żółta, niebieska i tak w kółko.
– Boi się pan? – zaatakowała od razu.
– Sam nie wiem… Wszystko mi jedno – usiłował odpowiadać bez emocji, zgodnie z tym, co naprawdę myślał.
– Nie musi się pan bać.
– Ale mnie naprawdę wszystko jedno.
– Czemu pan wybrał O-L? Czy mógłby pan uzasadnić krótko, jednym, no, dwoma zdaniami bez zastanowienia?
– Chciałem być pewny, co ze mną będzie, i przez to lepiej się poczuć.
Psycholog poruszyła się na krześle, orzechowe oczy błysnęły zainteresowaniem.
– Jeszcze nikt mi tak nie odpowiadał. Wszyscy mówią o tym, że się już znudzili życiem, rzadziej o cierpieniu, o sytuacji bez wyjścia. Jakie to ciekawe! Jesteś odosobnionym przypadkiem, żaden z autorytetów mojej dziedziny nie analizuje takiej motywacji – w podnieceniu zapomniała o oficjalnej formie „pan”. – Czy domyślasz się, co to za dziedzina? Spróbowałbyś ją nazwać?
Irek bezradnie poruszył zeschniętym językiem, nieomalże chroboczącym w ustach.
– Psychologia… śmierci?
Zaśmiała się z nutą zawodu i zgorszenia i rozpoczęła wykład. Pomyślał, że mimo podeszłego wieku i ostatecznej sytuacji w życiu na każdym kroku ugniatano go i formowano. Nie dość, że przeciągany był przez kolejne tryby i wałki jednego z urządzeń inżynierii nowego społeczeństwa, to jeszcze instruowano go z zapałem i uczono, czemu ten tryb służy, skąd się wziął i po co.
– Nie. Zajmuję się solweologią, psychologią rozstrzygnięć – zaczęła tonem, który już dobrze znał. – Jesteś jednak organicznym wytworem ubiegłego stulecia. Podchodziliście do śmierci w sposób bezwstydny, zafałszowany i obłudny! Cała wielka kultura minionych epok, Dialogi Platona, Pismo Święte, średniowieczne opowieści o rycerzach, Szekspir, baśnie ludowe uczą, że śmierć jest najzwyklejszym elementem rzeczywistości, prostym czynnikiem logicznym – zakończeniem czegoś, co rozpoczęte, zwieńczeniem jakiejś całości. Wy byliście na to ślepi i głusi. Mówiliście o niej półgębkiem, wypychaliście ze swojego otoczenia, unieważnialiście ją, wmawialiście sobie, że nie istnieje, że jest tylko miłość i młodość, i odlot, i szczęście, które czeka na każdego. Nie wierzyliście w nią i jednocześnie baliście się jej! Czy to nie symptom zbiorowego obłędu? Z martwych ludzkich ciał, zwyczajnych odpadów naturalnego cyklu przyrody, zrobiliście zabawki do straszenia, kręciliście filmy grozy, żeby się oszukiwać, że nie dotknie was ona w prawdziwym życiu. Kiedy mimo wszystko dotykała, uprawialiście naiwną mitologizację. Znosiliście ją w sztafażu żałoby i łez, jakby była wielką tragedią przytrafiającą się nagle, nieoczekiwanie, po raz pierwszy, jakby oznaczała koniec czasu, koniec życia, które jest przecież procesem zbiorowym, a ona dotyczy tylko jednostek, nigdy zbiorowości. Więc boisz się śmierci?