Выбрать главу

Starościak bezceremonialnie rozepchnął tarasujący drzwi dwójki tłumek i wciągnął obydwu za sobą. Irek zatrzymał się speszony. Cmona ułożono na zwykłym szpitalnym łóżku, nie takim, jak wszystkie inne w Oddziale O-L. Leżał nieprzytomny, obwieszony lianami kroplówek, podłączony do ściennego kolektora przewodami odprowadzającymi mocz. Maleńka szara twarz, otoczona fałdami poduszki, była tylko odległym wspomnieniem wizerunków zapamiętanych z telewizji, przypominała zgniecioną kartkę papieru. Prześcieradło ukrywało pod sobą nieforemny kształt o dziecięcych rozmiarach.

– Takiego czadu dawał, a teraz patrzcie… – smutno pokiwał głową Konieczny.

– Phi, phi, roztkliwiał się będzie! – Starościak prychnął przez zęby zirytowany. – Jakby to jemu pierwszemu się przydarzyło! Każdy idzie w to tango: czy kardynał, czy szklarz, czy milioner, czy wszarz. Taka prawda. Ale jaki numer im odwalił! Słyszałem, jak Barszczucha mówiła Środzie, że padł, kiedy Wszechwłoga już go tutaj przytarabanił. Ściągnęli całą dokumentację, wprowadzili do swoich zasobów, wszystko podpisał, rozliczyli go, tylko modemu nie zabrali, bo zgubił, a on nagle: fajt! Rozumiecie? Przeprowadzić go teraz nie mogą, bo musi to zrobić samodzielnie, wyrzucić gdzie indziej też nie, bo europejski przepis mówi, że oddziały O-L opuszcza się tylko na wyraźne własne żądanie. Będą go tu trzymać i trzymać, chyba że matka natura sama się zlituje.

W tej chwili do sali energicznie wkroczyła Majami. Jej anielska buzia była czerwona ze złości.

– Dość tego, proszę wyjść! Natychmiast! – krzyknęła ostro. – Widowisko sobie znaleźliście? To nie cyrk, tylko ciężko chory człowiek, nie ma co się gapić!

Gdy całe towarzystwo ze Starościakiem na czele w pośpiechu i posłusznym milczeniu rozchodziło się po sypialniach, Majami chwyciła Irka za rękaw.

– Ty zaczekaj.

Zostali sami przy łóżku Cmona. Uniosła bezwładną głowę i poprawiła poduszkę, sprawdziła kroplówki, odczytała jakieś dane z ekranu przytwierdzonego do poręczy i zmieniła temperaturę oraz wilgotność powietrza w pomieszczeniu. Dotknęła także wyschniętej dłoni jakimś małym przyrządem, który wydał sygnał w postaci świergotu ptaka, a następnie wyświetlił kolumnę cyfr.

– Nie jest wcale najgorzej – powiedziała ni to do Irka, ni do siebie. – Jeszcze może trochę wydobrzeć, chociaż chodzić na pewno nie będzie… Aha – spojrzała swoimi wielkimi oczami. – To wbrew przepisom, ale chciałam ci powiedzieć, że ktoś dwa razy wchodził na twój modem, jakaś kobieta z Nowej Zelandii.

– Zgadza się. Córka.

– Nikogo więcej nie masz? – Właściwie nie.

– Tak… Dałam dyspozycję, że czasowo jesteś poza zasięgiem, ale jeżeli wejdzie jeszcze raz, na przykład na moim dyżurze w nocy, to mogę cię zawołać. W ogóle, jakbyś chciał z nią porozmawiać – zniżyła głos do szeptu – to nie jest to niemożliwe. Powiedz mi tylko, wtedy znajdę odpowiedni moment.

– Nie, nie! – zaczął bronić się raptownie, ku zdumieniu Majami. – Sprawa zamknięta, skończona, zaklejona koperta, której nie ma co rozrywać! Jak wejdzie, powiedz jej, że skierowaliście mnie na intensywne leczenie sanatoryjne, na Litwę, do Druskiennik, że sam się odezwę za tydzień, dwa.

– Jak chcesz.

– Wiesz…Ja już naprawdę niedługo. Już noszę to słowo prawie że pod gardłem. Niewiele trzeba… Dopiero jak… Rozumiesz. Wtedy zawiadom. Wejdź w notatnik na moim modemie, znajdziesz adres, nazywa się Ola Pastry – Mariani. Ja naprawdę niedługo…

Następnej nocy nie mógł zasnąć. Organizm przyzwyczaił się już do DFR – B i nie stawiał tak gwałtownego jak przedtem oporu. Jednak zamiast mdłości, ślinotoku i bólów

kręgosłupa odczuwał tym razem dokuczliwe podniecenie. Konieczny spał sumiennym snem zdrowego człowieka, a jemu trudno było wytrzymać pod kołdrą. Wstał w końcu i wyszedł na pusty korytarz. Spacerował boso, dywany tłumiły kroki, przenikał go miły chłód, kiedy dla przyjemności schodził na posadzkę. Z ciekawości zajrzał po cichu do dwójki, bo w dzień drzwi były zamknięte. Majami ciągle siedziała przy Cmonie. Blask lampki lśnił na rudych włosach, nie pokrytych wielofazową farbą. Trzymała kubek, od którego promieniował kawowy aromat, czytała sobie coś z podręcznej przeglądarki, ustawionej na szafce przy chorym. Chude ręce Cmona wyginały się i prostowały, Irkowi wydawało się z daleka, że zwilża językiem wargi, a nawet że otworzył oczy i spojrzał w jego stronę. Odszedł na palcach i dalej krążył w głębi hallu. Cały oddział spał, cisza była głęboka, ale znienacka przerwał ją odległy głos Wszechwłogi. Irek ruszył do szklanego przepierzenia w drugim końcu korytarza, wychylił się i widział stąd wnętrze pokoju przyjęć.

Na kozetce półleżała tam skręcona postać starca. Podpierał się łokciem, jedną nogę zawinął pod siebie, druga, w ciężkim, grubym bucie pozostała na podłodze. Miał na sobie „cywilne” łachy, ze spodni wystawała brudna koszula. Trząsł się cały, krople potu spływały po szyi i szarozielonych policzkach, chyba niedosłyszał, bo Wszechwłoga musiał do, niego krzyczeć, a aparat, który mu wciśnięto do ucha, widocznie nie działał. Pacjent początkowo starał się treściwie; i służbiście odpowiadać na pytania, tak żeby siedząca za biurkiem Środa Popielcowa mogła wszystko od razu wprowadzać do danych.

– Imię pańskie?! – wrzeszczał Wszechwłoga.

– Kazimierz! – po dłuższym zastanowieniu padała równie gromka odpowiedź.

– Nazwisko?!

– Krakowski!

– Wiek?!

– Dziewięćdziesiąt siedem!

– Pięknie! Wykształcenie?!

– Średnie!

– Ostatnio wykonywany zawód?!

– Kierownik kolektury!

Wszechwłoga z zafrasowaną miną odbił kilka razy niebieską kulkę od blatu biurka i pochylił się do Środy.

– Co robić? – szeptał, ale Irek słyszał wszystko wyraźnie. – Nie wolno w tak natychmiastowym trybie, pogwałcilibyśmy procedurę. Zresztą, nie ma jednoznacznego rozpoznania ani badań, żadnych zapisów dochodzenia do decyzji, może to odruch, może na złość chce komuś zrobić? Gdzie pan mieszka, panie Krakowski? – zapytał już głośno.

– Kontener 234 E, na V Rejonie!

– Rodzinę pan ma?!

– Już żadnej!

– Badania są – Środa Popielcowa puknęła w ekran. – Sprzed miesiąca, ale mogą być. A rozpoznanie… Też jest, nikomu bym nie życzyła, zobacz. Może potraktuj my jako przypadek nagły.

Wszechwłoga jednak nie mógł się zdecydować. Chodził w tę i z powrotem, odbijał kulkę, zaglądając w lustro wiszące nad umywalką, poprawiał niewidoczne wady makijażu.

– A więc potworne cierpienie nie do wytrzymania? – indagował dalej Krakowskiego.

– Już pięćdziesiąt razy panu mówiłem! Zaraz zacznę kląć, wrzeszczeć, rozwalę tu wszystko! Po co bym innego

przychodził! Nie dam rady, zaraz nie dam rady! – dyszał pacjent i zaciskał pięści.

– Wezwę specjalistę, może wyłączy ból? – nie dawał za wygraną doktor.

– Dlaczego ty się nade mną znęcasz? Dlaczego się, kurwa mać, znęcasz?! Jaki specjalista? Myślisz, że nie chodziłem do specjalistów? Widziałeś, tak mnie tu nieśli, jak leżę, ustać nie mogę, bo mnie w środku rozrywa. Będę wył! Zaraz będę wył!

– A więc ostatecznie doszedł pan do wniosku, że to byłoby najlepsze rozwiązanie? Teraz, od razu, w środku nocy?

Krakowski wtulił się w skórzany podgłówek i ryknął płaczem.

– Jest determinacja, zapisz – rzucił Wszechwłoga do Środy, a potem znowu do Krakowskiego:

– Czy potwierdza pan decyzję? Odpowiedział mu jeszcze głośniejszy spazm. – No więc dobrze.

Środa Popielcowa wstała i wyszła, Irek uskoczył w najciemniejszy kąt. Widział, jak podchodzi do drzwi oznaczonych numerem 21, wkłada kartę do zamka, otwiera. Zapaliła wewnątrz białe, jaskrawe lampy, ale był za daleko, żeby zobaczyć cokolwiek więcej.