Выбрать главу

Od tej pory wchodziłem w muzykę coraz głębiej, musiałem przeżywać ją bardzo intensywnie, nazwy grup, nazwiska instrumentalistów zapisywały się w pamięci same, bez mojego udziału. Rock zaczął zastępować mi ojca i matkę, dziewczynę i przyjaciela, religię i Pana Boga. Dostawałem bańki w szkole, Magda, Gośka i Grażyna z 111 B kolejno szydziły z moich zalotów, widziałem śledzące mnie widmo śmierci, nie dawały mi wytchnienia przeczucia najokropniejszych klęsk, jakie tylko może podpowiedzieć wyobraźnia siedemnastolatka. Wystarczyło jednak zamknąć drzwi, przekręcić srebrną gałkę ZK120, który akurat dostałem, i już łan Gillan, Gary Brookerjustin Hayward, Greg Lakę odwozili do krain, gdzie nie ma matmy i fizy, poszarzałych z beznadziejności poranków, tłumków przytupujących w śniegowym błocie pod sklepami mięsnymi i akademii ku czci Rewolucji Październikowej. Zauważyłem, że nie tylko ja kocham tę muzykę, ale ona kocha mnie również. Wszystkie moje wątpliwości zostały rozstrzygnięte, wszystkie pytania znajdowały odpowiedź, lęki uspokojenie. Zapełniałem coraz to nowe szpule taśm i miałem tylko jedno pragnienie: słuchać, słuchać i słuchać z zamkniętymi oczami. Mocne, soczyste brzmienia Deep Purple, Wishbone Ash, Budgie, Jethro Tuli, łoskot bębnów, skowyt gitar, tony klawiszy i fletów były jak miękkie maty, jak grube pokrowce chroniące mnie przed kaleczeniem się o pełne zadziorów krawędzie rzeczywistości. Byliśmy dziećmi dziwnej kultury, niewiele rozumiejącymi, a pewnymi siebie. Liczyły się tylko hardrockowe klimaty. Numery Beatlesów uważaliśmy wtedy za ugrzecznioną muzyczkę dla życiowych oportunistów, Stonesi cuchnęli nam komercją i starzyzną. Doorsów słuchałem ze zdartego longplaya u kumpla, Maćka Gałązki, zażenowany staroświeckim brzmieniem, podobnym do dancingowego ansamblu z hotelu „Wodnik”, którego popisy głuchym dudnieniem rozchodziły się w sobotnie noce po uśpionym mieście. Żyliśmy swoją muzyką na przekór światu, garnącemu się już do wielkich dyskotek, karaibskich rytmów, fryzur błyszczących od brylantyny, do szaleńczej zabawy i objęć nadbiegającego tanecznym krokiem Johna Travolty.

Jednego razu ot, tak sobie otworzyłem pianino, którego ojciec, mimo mojej dawno zakończonej edukacji muzycznej, wcale nie miał zamiaru zwracać do koszar, i zacząłem wystukiwać jeden z utworów. Nie sprawiło mi to żadnych trudności, chociaż instrument nie stroił, no i przez ostatnie cztery lata ani razu przecież nie siedziałem za klawiaturą. Szło jak z płatka, akordy same układały się w rękach, tak że po chwili grałem już całego Aqualunga, a po kwadransie improwizowałem i dorabiałem rock’n’rollowe wstawki. Z łatwością, ze słuchu, przegrywałem sobie wszystkie uwielbiane numery. Mogłem je grać z zamkniętymi oczami, od przodu i od tyłu. Hauptfeld miał rację. Kompozycyjnie były do znudzenia proste, wydawało mi się, że nie wymagały żadnych umiejętności, może tylko trochę wprawy, charyzmę załatwiało im rajcujące brzmienie, ekspresja rytmu, na pewno osobowości muzyków, wokaliści. Kiedyś jeden kumpel, biwakowy gitarzysta o ksywie „Clapton”, usiłował pojechać Everything’s Corning Our Way Santany. Znany hicior… Biedził się, stroił, kręcił kluczami. Wyszarpywał, zdzierając paznokcie, trzy pierwsze takty, i kaszana, i z powrotem… Nigdy dotąd nie miałem gitary w ręku, naprawdę. Wziąłem od niego, ułożyłem palce, pokombinowałem przy strunach i po prostu zagrałem. W innej tonacji, wolniej, ale całość. Rozdziawił gębę:

„To ty umiesz klasycznie? Uczysz się i nic nie mówisz? Gdzie? U kogo?”

Wróciłem zatem jak syn marnotrawny, chociaż może nie do tych ojców, jakich życzyłby sobie stary Hauptfeld. Nie marzyłem jednak o karierze gwiazdy, nawet nie myślałem o występach przed ludźmi. Muzyka była moją osobistą sprawą, do której niechętnie dopuszczałem postronne osoby.

Nie bez oporów, ale wydębiłem od ojca pieniądze na gitarę, w domu znalazła się też czeska elektryczna jolana, figurująca na wyposażeniu żołnierskiego zespołu wokalnoinstrumentalnego Szariki. Przez jakiś czas w ogóle nie wychodziłem wieczorami, przestałem zaglądać nawet do Anki, Bożeny i Jolki, po szkole zamykałem drzwi od pokoju, grałem, ścigałem dźwięki, układałem je i rozrzucałem jak puzzle, w przerwach pakowałem w siebie potężne dawki muzyki z magnetofonu.

Zachciało mi się także pograć z innymi. Nie miałem za bardzo z kim, bo tylko jeden mój bliższy kolega coś niecoś pobrzdąkiwał, ale zaczął i skończył na etapie Gdybyś kochał, hej Breakoutów. Byli w Giżycku starsi parę lat ode mnie domorośli rockmani w wytartych, wraglerowskich kurtkach i z piórami do połowy pleców, wszyscy jak Dave Gilmour w filmie Pink Floyd Live at Pompei, zgrabni, szczupli, zgarniający najbardziej żyleciaste dziewczyny, „many”, jak się czasem na takie mówiło po gitowsku. Jeździli ze swoimi zespołami z jednego wojewódzkiego przeglądu na drugi, uświetniali imprezy w domu kultury i festyny na pierwszego maja. Ktoś zaprowadził mnie do jakiejś świetlicy zakładowej, gdzie mieli próby. Zagrałem z zaschniętym gardłem dwa czy trzy kawałki. Zobaczyli, że nic sobie nie robię ze Zmian Hendrixa, że dla jaj mogę zasuwać Smoke on the Water jazzowo, figuracyjnie i kwintami, popatrzyli na mój granatowy sweterek, na pospolite czarne półbuty, spodnie zaprasowane w kant, a następnie poradzili, żebym lepiej pomyślał o maturze, bo jeszcze opieprzę i będę miał kłopoty z załapaniem się na trepa do szkoły oficerskiej. Prawie się wtedy rozpłakałem, przez parę tygodni nie mogłem zrzucić tego upokorzenia. Nawet po miesiącu, po roku, widząc mnie w sklepie albo gdziekolwiek, jeden i drugi szeptali coś do ucha swoim odstrzelonym laskom i parskali razem głośnym rechotem. Rozumiesz – małe miasto. Musiałem chyba być dobry, więc nie mogli się pogodzić, że istnieję. Nie darowałem. Jakieś dwadzieścia lat później występowałem latem w Giżycku, miałem dwa koncerty w amfiteatrze, zbudowanym na kształt żaglowca koło portu nad Niegocinem, i dwa razy przed całą publicznością wyśmiałem i zwyzywałem ich obu po nazwiskach. Czekałem, że może przyjdą skuć mi mordę. Na taką ewentualność kazałem ochronie nie wpuszczać ich, tylko dać do łapy po pięćdziesiąt złotych tytułem rekompensaty za obrazę. Nie przyszli.