Maturę rzeczywiście zdałem z wielkim trudem. Pamiętam upał, pot, ciemne garnitury i białe bluzki, zalane słońcem sale z rzędami stolików, potem kontrast: deszczowy, wietrzny poranek- rozdawanie świadectw. Przeszło kilka tygodni – i egzaminy wstępne. Toruń, akademik, całonocne balangi, dziki harmider kandydatów upojonych pierwszym alkoholem i pierwszą wolnością. Tutaj, na piętrowym łóżku, nareszcie udało mi się przespać z dziewczyną, małą, perkatą Beatką z Wąbrzeźna. Nie był to, oględnie rzecz ujmując, szczególny triumf mojej wytęsknionej męskości. Beatka, zobaczywszy rano mnie, krajobraz po imprezie, chrapiącego Ważona, zajmującego górne posłanie, czym prędzej zwinęła pod pachę ciuchy, uciekła w samych majtkach i nie pojawiła się więcej. Zdawaliśmy z Grzegorzem na polonistykę. Ja odpadłem zaraz po pisemnych, Grzegorz dostał się jako trzeci na liście.
Jesienią nadeszła w Giżycku pora pożegnań. Pod koniec września biegnącymi w stronę dworca ulicami, na których już szeleściły pierwsze zwiędłe liście, kolejno odprowadzałem moich przyjaciół. Anka i Bożena jechały do Gdańska, Jolka aż do Wrocławia, Grzegorz do Torunia, Wojtek do Warszawy. Peron pustoszał, dwa czerwone światełka rozmazywały się we mgle prędko zapadającego wieczoru. Odjeżdżali w szary tuman życia, do głupiego świata, przewracać jałową ziemię dorosłości. I nie wrócili już nigdy.
Tamtej zimy sypnęło obficiej niż zwykle, mimo że nie była to jeszcze przesławna zima stulecia. Giżycko leżało pod śniegiem skulone jak chory pies, noce były bezksiężycowe, dni przygnębiające i mroczne, nawet w południe nie gasiło się światła. Ojciec, o dziwo, uchronił mnie od wojska, chociaż zaraz po przyjściu zawiadomienia o oblaniu egzaminów wrzeszczał, że za jego sprawą znajdę się w Orzyszu, w karnej jednostce, najodpowiedniejszym miejscu dla takich oblojd, lujów i cabanów. Załatwił mi pracę w szpitalu, śmieszną jedną ósmą etatu, parę godzin tygodniowo, w czasie których nosiłem worki z pościelą albo spałem na zapleczu kuchni. Nie miałem już znajomych, z nikim się nie spotykałem, nie wychodziłem prawie z domu. Brat szastał się wściekle, kiedy w ciemne poranki on musiał iść do budy, a ja rozkosznie przewracałem się na drugi bok. Wstawałem późno, całe dni spędzałem na słuchaniu i graniu, wtedy także zacząłem pisać własne rzeczy. Mój stosunek do nich był więcej niż podejrzliwy. Przede wszystkim – przychodziły bardzo łatwo, za łatwo. Czytałem gdzieś o mękach twórczych artystów. Ja takich nie miałem. Wystarczyło nagłe skojarzenie trzech, czterech dźwiękowi całość układała się według własnej logiki. Zapisywałem to, ogrywałem, wymyślałem instrumentację, wyobrażałem sobie, jak by zabrzmiało. Zrobiłem tamtej zimy ponad pięćdziesiąt numerów. Rozumiesz? Pięćdziesiąt numerów! Nie miałem ich komu pokazać, bałem się, że są nic niewarte. Sięgałem potem do nich całe życie, moje największe hity, na przykład Cyryl, Nie zginę, Otwórz, to ja, noc, właśnie wtedy powstały. Wieczorami, z pustą i parującą głową, po której jeszcze pałętały się bezładnie świeże motywy i frazy, urządzałem sobie dalekie spacery, najczęściej w okolice ulic Konopnickiej albo Jagiełły. Długo brnąłem przez ciche, głuche, zaśnieżone miasto, bez ludzi i samochodów, po to by spojrzeć w ciemne okna pokojów Jolki i Bożeny, a potem odejść, zniknąć w białych płatkach, wirujących pod nielicznymi latarniami, których nie wyłączono dla oszczędności.
Wysublimowany, wirtuozerski rock zaczynał wyraźnie wkraczać w fazę zwyrodnienia. Rozdęte kompozycje Yes i Genesis, choć szczególnie zachwalali je ulubieni radiowi prezenterzy, nużyły mnie, irytowały tępym formalizmem, raziły uczuciową pustką. Nie umiałem także fascynować się modnym, perfekcyjnym jazzrockiem Mahavishnu Orchestra czy Herbie Hancocka. To w ogóle nie była już muzyka, to był laboratoryjny produkt, daleki od wszelkiej ludzkiej miary, oddychania, siły zadumy i nostalgii, chłodnych podmuchów zimy na policzkach. Posuwałem się zatem wstecz, słuchałem coraz starszych nagrań, szukałem tego, co niewymyślne, ale prawdziwe, choćby naiwne, dyletanckie czy nawet pretensjonalne. Zupełnie olewałem rzeczywistość, choć bolało mnie, że muszę w niej żyć. Im więcej słyszałem szeptanek o opozycji, podziemnych gazetkach, aresztowaniach SB i nielegalnych zgromadzeniach, im bardziej ironiczne felietony wygłaszał przez „Wolną Europę” Lucjan Perzanowski, którego słowa wyłuskiwałem codziennie po jedenastej wieczorem z warkotu zagłuszarek, tym większych dokonywałem cudów w poszukiwaniu staroci, bo w tamtych czasach do tego trzeba było być faktycznie cudotwórcą. Kupowałem od ludzi zapomniane, zdarte składanki, przywiezione z Jugosławii, wówczas kraju-marzenia, zachwycającego powiewem Zachodu, przegrywałem single wydawane na Węgrzech, raz udało mi się pojechać do Warszawy wojskową wołgą, wysłaną po dowódcę jednostki, przylatującego z wczasów na Kubie, i cały dzień penetrowałem wzdłuż i wszerz bazar Różyckiego.
Szczególnie ruszały mnie przebrzmiałe brytyjskie kapele lat sześćdziesiątych, Herman’s Hermits, The Hollies, The Troggs, dawna liverpoolska scena – Gerry and Pacemakers, Merseybeats, Searchers, dźwięczne, surowe gitary bez elektroniki, chórki, płaska, ale za to żywa perkusja, nagrywana zwykłym mikrofonem przez przepierzenie z desek. W ogóle podniecało mnie w sztuce osiąganie prostych wzruszeń, do czego trzeba raczej czułości niż wyrafinowanego smaku. Dlatego słuchałem też starych kalifornijskich grup – HotTuna, Iron Butterfly, Steppenwolf. Aha, wiecie, że lider i Steppenwolf to nasz krajan? Nikt nie wie. John Kay, prawdziwe nazwisko Joachim Krauledat, urodzony w Tylży rok przed końcem wojny, w 1944, cudem uratowany. Już widzę tłum, uciekający przed Sowietami po lodzie przez Zalew Kuroński, zadymkę, trupy ludzi i koni w śniegu, matkę, ostatkiem sił dźwigającą owiniętego kocem niemowlaka; jak przystaje; i nasłuchuje, czy przyszły gitarzysta od szaleńczych riffów w Born To Be Wild jeszcze oddycha. To przecież niesamowite: z Tylży do Los Angeles, z Prus Wschodnich do Kalifornii, do filmu Easy Rider, do hippiesowskich komun na obrzeżach pustyni Nevada. „Przyszedł na świat w Atlantydzie Północy, zamieszkał w Atlantydzie Miłości” powiedziałby jeden mój znajomy poeta.
Nigdy w życiu nie przeżyłem niczego niezwykłego, niewytłumaczalnego, ale o jednej rzeczy muszę wam opowiedzieć. Gdyby mnie kiedyś namówili na pamiętniki, koniecznie bym to opisał. Teraz za późno. Słuchając muzyki, przekładałem sobie brzmienia na kształty i kolory. Organy to były brązowe chmury, fortepian – gęste, białe krople, gitara – rozwlekłe smugi podobne do srebrnego dymu, bębny kojarzyły mi się z wielkimi szarymi plamami albo pękami iskier, gdy zagrały talerze. Wyobrażałem sobie też ludzi i krajobrazy. Kiedyś przyczepiły się do mnie na długo dwa już wtedy stare numery The Hollies, takie sobie pioseneczki z lat sześćdziesiątych – Bus Stop i On a Carousel. Leżałem przy zgaszonym świetle na swojej kozetce w Giżycku, puszczałem tę taśmę raz po razie i miałem przed oczami ciemny, mokry poranek w przemysłowej dzielnicy jakiegoś angielskiego miasta. Z domu o murach sczerniałych od fabrycznych wyziewów i o trzech nadmiernie wysokich kominach, drażniących zachmurzone niebo, wychodziła dziewczyna epoki, podobna do Anity Pallenberg i Mariannę Faithfull, seksualnych bogiń młodego Jaggera. Najpierw z odrazą patrzyła w górę, potem wstrząsała jasnymi, prostymi włosami i otwierała parasol. Mijała mnie blisko, tak że nieomal czułem ruch powietrza, widziałem pojedyncze krople deszczu spływające po fałdach krótkiego, błyszczącego płaszcza, prawie słyszałem rytm, pośpiesznie wybijany obcasami lakierowanych butów, opinających zgrabne nogi aż do kolan. Jeszcze świeciły latarnie; przechodziła przez żelazny mostek nad kanałem, po drugiej stronie zbiegała ulicą do przystanku, zatrzymywała się koło skrzynki pocztowej, podobnej do czerwonej beczki. Po chwili nadjeżdżał autobus i znikała na jego tylnym pomoście. Później ten obraz pojawiał mi się nagminnie i nachalnie, kiedy tylko usłyszałem choć kilka taktów Holliesów, parę uderzeń w struny Nasha albo Hicksa. Rzadziej podpatrywałem ją przez okno. Wydawało mi się wtedy, że unoszę się i faluję na wysokości pierwszego piętra. Jej wieczory były krótkie, każdy taki sam. Wracała zmęczona, przynosiła sobie filiżankę herbaty z biszkoptem i zastygała bez ruchu w wytartym zielonym fotelu. Przed snem krzątała się po wynajętym pokoiku, włączała żelazko albo od razu rozwieszała ubranie na następny dzień. Chodziła wcześnie spać. Siedząc w łóżku, suszyła jeszcze włosy, czesała grzywkę, malowała paznokcie. Blask nocnej lampki wygładzał miłą, trochę pyzatą buzię, plamę morelowego światła na tle nieładnej tapety w trójkąty, koła i romby. Zanim zasnęła, przerzucała od niechcenia kilka stron jakiegoś grubego, kolorowego magazynu. Czułem, że jest mi bliska, czasem podnosiła oczy znad reklamy balsamu do kąpieli „Najadę” lub najnowszej perłowej szminki Heleny Rubinstein – i patrzyła na mnie.