Ciarki przeszły mi po plecach, dość miałem tej komedii. Tłumacz spojrzał sztyletami, nie wzrokiem, a gospodarz otworzył furtkę i lekko popchnął mnie do środka. Nie wypadało się wycofywać. Po wąskich schodach weszliśmy na piętro. Od dawna nikt tam nie mieszkał. Pokoje były rzeczywiście bardzo małe, właściciele zmienili je w graciarnię. Zniszczone meble gniotły się, zwalone jedne na drugich, obok tonęły w kurzu bele starych chodników, znoszone buty, puste doniczki, talerze od różnych kompletów. Korytarz tarasowała otwarta wiekowa lodówka koloru zjełczałego masła, ciasno wypchana starymi książkami i gazetami. Nigdzie nie widziałem tapety w trójkąty, koła i romby.
Rzeczy poskładano do dużego kartonowego pudła. Pozornie nie było w nim nic ciekawego. Motki wełny ze sprutych swetrów, blaszanka po czekoladkach, stosik spłowiałych czasopism, kłęby rajstop, wyszarzałych nylonowych bluzek, nie do rozplatania po dwudziestu latach. Ale wystarczyło, że odgarnąłem to badziewie z wierzchu i jak wam się wydaje, co znalazłem? No co? Odsłoniłem wymiętą, rozdartą na grzbiecie, napuchłą od kurzu okładkę płyty The Hollies. Tak jest, w całej okazałości: The Hollies, Would You Believe?, 1966 rok.
Nie mówiłem nikomu. Uprosiłem też tłumacza. Porządny gościu, nie wspomniał nawet słówkiem. Anglikowi grzecznie obiecałem, że zabiorę pudło następnego dnia. Oczywiście, nigdy się nie zjawiłem. Żałowałem tylko płyty. Być może kupiłbym gdzieś w Anglii jakieś nowsze wydanie, ale chodziło przecież o ten zniszczony egzemplarz z pudła. To on był materialnym dowodem. Sam tytuł: Would You Believe?. Tak, tak, uwierzyłem. Przede wszystkim, że wyobraźnia jest jedyną drogą do prawdy. Nie powiem, żeby mi to wyszło na dobre.
Po tamtej ciężkiej zimie w Giżycku jeszcze raz startowałem na polonistykę. Znów Toruń, początek lipca, skwar, akademikowe balangi, tablica ogłoszeń w Collegium Maius i brak mojego nazwiska. Egzamin ponoć zdałem, ale mi punktów zabrakło. Ktoś poradził, żebym składał papiery do Bydgoszczy, miały tam być wolne miejsca na WSP, na pedagogice, a potem się zobaczy. Tak oto zostałem studentem. Ojciec nawet się ucieszył, mówił, że bardzo dobrze, bo mieści się tam siedziba okręgu wojskowego, zawsze to bezpieczniej, pewniej, a i taniej. Załatwił mi też zaraz pokój w bursie podoficerskiej i obiady w kasynie. Wyjeżdżałem z Giżycka pod
koniec września, wczesnym popołudniem słonecznego, zupełnie letniego dnia. Nie pamiętam, dlaczego nikt mnie nie odprowadzał, szedłem na stację sam, wlokąc torbę ciężką od wałówki i futerał z gitarą.
Bursa podoficerska mieściła się na terenie jednostki, w pruskim czerwonym budynku. Dali mi wysoki, nieprzytulny pokój z wąskim oknem, z którego widziałem warsztaty samochodowe i karne rzędy ciężarówek Star 266, wypełniające rozległy plac. Ojciec ugotował mnie na miękko, dostałem przepustkę, każde wyjście i powrót były odnotowywane w księdze przez dowódcę warty, każdą dłuższą nieobecność musiałem zgłaszać, raz miałem nawet wrażenie, że ktoś grzebał w moich rzeczach. Rano wskakiwałem do tramwaju, potem szybko przebiegałem przez centrum miasta – kretowisko obłażących z tynku, brudnych kamienic z powiewami zgnilizny od bram – i trwałem na niekończących się wykładach i ćwiczeniach. Nie mogło być niczego nudniejszego pod słońcem. Jedna pani docent z wyszukaną biegłością splatała tyrady zdań całkowicie niezrozumiałych bez słownika wyrazów obcych, inny pan przez dwa semestry odpowiadał na pytanie: „Kim jest człowiek?”, jeszcze inny rozstrzygał dylemat: „Czy pedagogika to nauka, czy też nie?” Nie mogłem wytrzymać, ręce mi drętwiały, stopy świerzbiły, kość ogonowa bolała od siedzenia. Uspokoiłem się dopiero wtedy, gdy te uczelniane tortury zacząłem traktować jako rodzaj ćwiczeń duchowych, wyrabiających opanowanie i cierpliwość. Przez pierwszych kilka miesięcy wieczory spędzałem samotnie, ludzie z roku – dziewczyny w drogich kożuchach i schludni faceci o starannie przystrzyżonych wąsikach – nie zwracali na mnie uwagi. W bursie też nic się nie działo, a raczej grube mury zatrzymywały to wszystko, co ukrywały
wnętrza pokoi. Od czasu do czasu mijałem na korytarzu smętnych osobników w zielonych podkoszulkach, z ręcznikami przewieszonymi przez ramię, kilka razy potrąciłem przypadkiem jakieś spłoszone kobitki, prędko wbiegające po schodach. Właściwie żyłem komfortowo, nikt mi nie przeszkadzał. Słuchałem radia, z nudów jadłem i ciągle robiłem sobie herbatę, trochę grałem, choć nie z takim jajem, jak jeszcze niedawno w Giżycku. Nie mogłem się skupić.
Któregoś dnia, czekając w Instytucie na zajęcia, zobaczyłem przy oknie szczególnego typa – chudy, w dwurzędowej marynarze, zwężanych spodniach, z cienkim krawatem, spadającymi na nos wąskimi, prostokątnymi okularami i przylizaną grzywką sczesaną na bok, jak u amantów z gablotki małomiasteczkowego fotografa. Nikt tak się wtedy nie ubierał, żaden student tak nie wyglądał.
„E, pa, ale kotły!” – zawołał, widząc, że na niego patrzę.
„Dzie?” – zapytałem, wierny konwencji.
„Ło!” – wskazał brodą okno.
Wyjrzałem. W dole kilka roześmianych panienek obrzucało się śnieżkami.
Mimo że przedstawił się jako Andrzej Bójko, nazwałem go Kotłowym i tak już zostało. Kotłowy studiował wychowanie muzyczne, był klawiszowcem. Gadaliśmy dobrą godzinę, powiedział, żebym kiedyś wpadł do niego do Osowej Góry, to zaraz za miastem. Zadzwoniłem więc po paru dniach i pojechałem, potem jeździłem już, kiedy tylko się dało. Mieszkali w domu jednorodzinnym na uboczu, ojciec Kotłowego był naukowcem z akademii rolniczej, docentem od łąkarstwa i myszoznawstwa, a także niezrealizowanym artystą, który dmuchał trochę w saksofon. Całymi nocami
graliśmy szaleńcze dżemy w piwnicy, wytapetowanej dźwiękochłonnymi wytłoczkami po jajkach, dołączał też brat, całkiem niezły bębniarz. Nad ranem odwozili mnie starą warszawą półżywego do koszar.
Wszedłem w inną czasoprzestrzeń. Ćwiczenia i wykłady przestały być ważne, bywałem na nich albo nie bywałem, liczyły się tylko te noce. Akceptowali mnie tam i doceniali, mogłem wyskoczyć ze wszystkim bez narażania się na śmieszność. Gdzieś za piwnicznymi murami, po drugiej stronie drucianego ogrodzenia przewalał się z boku na bok PRL, nasza ojczyzna – krzywizna, tocząc swój szarobury żywot od kolejki do kolejki, od plenum do plenum, od festiwalu do festiwalu, a my żarliwie przerabialiśmy własną wersję historii rock’n’rolla, tak jak się studiuje niezakłamaną historię ojczyzny albo żywoty świętych. Graliśmy po swojemu Chucka Berry’ego i Trubadurów, Jerry’ego Lee Lewisa i zapomniane numery zespołu Dzikusy, Holliesów oczywiście, hity Thin Lizzy, Dire Straits. Tam też po raz pierwszy z kaset przywiezionych z Berlina Zachodniego usłyszałem Sex Pistols, Angelic Upstarts i The Cure, których nie puszczało polskie radio.
Kotłowy kręcił się koło studenckiego klubu „Przybudówka” i zespołu Dreamer. To była wtedy najsłynniejsza kapela w Bydgoszczy. Rządził nią niejaki Marek Kunc, długimi blond piórami kropla w kroplę przypominający Roberta Planta z Led Zeppelin, wokalista i gitarzysta, idol licealistek, posiadacz świetnej podróbki gitary Gibson Les Paul i żółtego morrisa mini. Słynna postać, wzbudzał respekt, tchnęło od niego wielkim światem. Osobiście znał samego Niemena; kiedy na koncerty przyjechało SBB, widziano go, jak pił piwo ze Skrzekiem, podobno w jego mieszkaniu przy Alejach