Выбрать главу

Iweta miała dwadzieścia dwa lata, czarne włosy i skórę gładką jak młoda oliwka. Spędzałem noce w jej wynajętym mieszkaniu na Stegnach i rzadziej zaglądałem do Podkowy, co przy naszym trybie życia długo nie wzbudzało u Jagi żadnych podejrzeń. Energicznie przygotowywała nagranie mojej kolejnej płyty, Cienia, pierwszego kompaktu, zamawiała muzyków, uzgadniała terminy, ale działo się z nią coś niedobrego. Mówiła, że jest zmęczona, nie mogła już niczym ujarzmić zmarszczek i worków pod oczami, przeżywała ataki melancholii. Nie wyjeżdżała wtedy rano do pracy, tylko w nocnej koszuli siadała przy oknie i spędzała cały dzień, patrząc na swój zdziczały ogród. Pisywała też listy do córki w Ameryce, co przedtem uznawała za stratę czasu.

Płytę nagrałem, towarzyszyły mi znakomitości rocka i jazzu. Któż tam nie grał? Cały przegląd gwiazd mniejszych i dużych. Efekt był do przewidzenia – zbyt okrągło, za bardzo profesjonalnie, zbyt schludnie i nijako. Promocję przeprowadzono z rozmachem: oczywiście radio do znudzenia, sam już nie mogłem słuchać; recital w Sopocie, videoclipy, billboardy, spotkania z fanami. Niestety, nic to nie dało. Zainteresowanie Cieniem było żadne. Jaga szarzała na twarzy, kiedy wspomniało się o zainwestowanych pieniądzach. W końcu przyszedł czas, że spod maski kobiety nowoczesnej, wolnej od uprzedzeń, wylazła bohaterka telenoweli.

„Oszukujesz mnie, jesteś z tą dziewuchą!” – krzyczała. Było to wieczorem, stała przede mną w nieświeżym, rozchełstanym szlafroku, oparta o fotel odwrócony do okna wychodzącego na ogród. Śmiać mi się zachciało, bo ze swoimi szerokimi wargami wydętymi od płaczu i poczochraną fryzurą wyglądała jak babka Kaczora Donalda.

„W takim razie do widzenia” – powiedziałem. Nieswoim głosem błagała, żeby tego nie robić, że Mateuszek jeszcze mały, że jeszcze wiele przed nami. Nie wytrzymałem, parsknąłem śmiechem i zapytałem, czy aby nie przesadza.

Zaraz też wrzuciłem do samochodu najpotrzebniejsze rzeczy. Mijając bramę, odwróciłem się na chwilę – żegnał mnie głuchy fronton domu na tle ciemnego lasu i jedno okno, w którym paliła się mała lampka. Później omijałem to miejsce z daleka, starałem się nie bywać w Podkowie ani okolicach. Dopiero po piętnastu czy dwudziestu latach przypadkiem tamtędy przejeżdżałem i miałem wrażenie, że w ogrodzie, jeszcze bardziej zapuszczonym i dzikim, mignęła mi przed oczami skulona postać na wózku.

Póki co jednak, poprzedni mąż nie zostawił byłej połowicy samej sobie. Załatwił adwokatów, zebrał świadków; wszystkie przyjaciółki i przyjaciele Jagi, stare megiery i brzuchaci faceci, z którymi na Mazurach piłem long drinki pod węgorza – teraz zeznawali przeciwko mnie. I znowu byłem oskubany do suchej nitki, tym razem już bez żadnych perspektyw na przyszłość. Klapperstorch nie istniał, niczego nowego nie napisałem, ale choćbym nawet napisał, to nie wiem, czy ktokolwiek zechciałby wchodzić w promocję. Najwyraźniej wypadłem z gry, straciłem protektorów. Konkurencja rosła, przybywało młodych grających wszelkie odmiany muzyki, od rapu poprzez mdławy pop aż do wyrębistego heavy metalu, rynek zalewała powódź nagrań. Po rozwodzie moje życie skomplikowało się jeszcze bardziej. Planowałem małżeństwo z Iwetą, ale w ciąży była Alka, studentka, którą kiedyś poznałem na festiwalu w Brodnicy. Nie miałem mieszkania, zalegałem z alimentami i z ratami za pięcioletniego jaguara, zapisanego na brata. Topiłem się, jak wykrakał ten stary rockman spod Poznania.

Chciałem znaleźć jakąkolwiek robotę, załapać się do kogoś w charakterze sidemana na poważniejsze nagranie, podpiąć pod czyjąś trasę.

„Wiesz, nic z tego – sprowadzał na ziemię menago tej czy innej kapeli.- Masz za duże nazwisko – dodawał zaraz, żując gumę. – Psułbyś atmosferę, trzeba by się do ciebie, wiesz, dostosowywać, może nawet grać twoje kawałki. Kto na to pójdzie? Każdy ma swoje numery i swój cash do zrobienia”.

Łażąc tak po Warszawie i nie wiedząc, co dalej, spotkałem Waldka Ciechana. Myślałem, że napluje mi w gębę. On tymczasem tylko westchnął pobłażliwie i zaprowadził mnie do jakiegoś biura. Okazało się, że pełnił funkcję asystenta od public relations w pewnej niebiednej i dość znaczącej opozycyjnej partii politycznej, deklarującej wielką społeczną wrażliwość, konieczność ponownego upaństwowienia przemysłu, odbudowy PGRów i równych zarobków dla każdego.

„Ty? Z twoimi poglądami?” – dziwiłem się.

„A gówno tam poglądy, ja profesjonalista jestem – odpowiadał zadowolony. – Jak chcę, to wszystko mogę. Ukradniesz kurę, to zrobię tak, że cała Polska powie, że to tobie ukradli. Trzaśniesz staruszkę wozem, czary – mary i już wszyscy będą powtarzać wiadomość o cholerze, co to specjalnie wlazła ci pod koła, żeby narazić na szwank twoje życie, i będą się modlili w podzięce za cudowne ocalenie”.

Był rok 1993, w polityce wrzało, Ciechan potrzebował człowieka do kształtowania poparcia dla partii w sposób niejawny, poprzez prywatne kontakty z dziennikarzami, rozpowszechnianie pewnych opinii, nawet różne posunięcia niekonwencjonalne. Zgodziłem się, było mi wszystko jedno. Aby się tylko zaczepić tam, gdzie można dostać trochę więcej szmalu. Przyjęto mnie na okres próbny, dano stanowisko p/o referenta prasowego, jako taką pensję i ryczałt reprezentacyjny. Nie miałem pojęcia, od czego zacząć. Ciechan wybył, siedziałem w przydzielonym gabineciku na półpiętrze, piłem herbatę i kombinowałem. Jak w Polsce prowadzić walkę z wrogiem politycznym, odbierać mu zwolenników i zjednywać sobie elektorat? Poziomem wiedzy ekonomicznej i prawnej, kulturą słowa, finezyjną retoryką, miażdżeniem celnymi argumentami? Guzik tam. Takiego ględzenia, przynudzania nikt by nie słuchał. Zresztą, u nas w polityce nie istnieją błyskotliwe argumenty; czy coś jest prawdą, czy oszczerstwem, zależy wyłącznie od osoby i sytuacji. A więc jak walczyć? Tylko głupawymi żarcikami, złośliwością, prostackim zwischenrufem, który dotrze do zwyczajnego zjadacza jajecznicy z kiełbasą przed telewizorem, tylko upokorzeniem, śmiesznością. A jak w Polsce ośmieszyć polityka? Bardzo prosto – pokazać Polakom, że jest taki sam jak oni.

Swoją ofensywę propagandową skierowałem na radio. Ciechan przekazał mi namiary kilkorga emerytów, wiernych i zdyscyplinowanych ludzi partii. Z ich pomocą stworzyłem rodzaj sieci telefonicznej, zbiegającej się w moim komputerze i obejmującej pięćdziesiąt, sześćdziesiąt osób. Wśród nich były lamentujące gospodynie domowe, subtelny naukowiec rozmiłowany w ironicznych sentencjach, robociarz miotający przekleństwa ochrypłym barytonem, młoda matka, zaniepokojona losem swoich córek bliźniaczek, gdy wejdziemy do NATO, filutek – przekornik układający koślawe wierszyki i całe mnóstwo innych typów charakterystycznych. Dzień rozpoczynałem od słuchania porannych wiadomości i lektury biuletynów. Przede wszystkim szukałem wywiadów z ówczesnym prezydentem. Jeśli akurat nie strzelił nowego powiedzonka, to zadowalałem się bykami językowymi, ze słynnymi „mniałem” i „poszedłem” na czele. Czatowałem na rodzynki – informacje o premiach wypłacanych ministrom, o markach samochodów używanych przez księży, o nieruchomościach nabywanych przez posłów rządzącego obozu. Potem koncentrowałem się na aktualnych pracach rządu, niezależnie, czy było to podpisanie międzynarodowej umowy, skierowanie do sejmu jakiejś ustawy czy tylko przepis o konieczności jeżdżenia zimą na światłach mijania. Wreszcie formułowałem i rozdzielałem tematy komentarzy, na wypowiedzi czekałem do dwunastej. Musiały być utrzymane w różnych tonach: skrajnej determinacji, wisielczego humoru, ponadczasowej refleksji, cynizmu, rozżalenia i oburzenia. Wybierałem około dwudziestu, a gdy w kraju działo się coś szczególnie doniosłego, nawet podwójną liczbę, montowałem i przesyłałem taką pigułę zaprzyjaźnionym prezenterom pewnej nowoczesnej, szybkiej i coraz popularniejszej stacji radiowej. Wykorzystywali ją podczas wieczornych audycji z udziałem słuchaczy jako spontaniczne głosy prezentowane na żywo. Mogłem skutecznie złachmanić każdy autorytet albo też z każdej bzdury zrobić wielką, świętą ideę. Autorom wybranych głosów naliczałem niewielkie honoraria, wypłacane raz w miesiącu, po dwudziestym. Robiłem też inne rzeczy, redagowałem poufne broszury – instrukcje, jak prowadzić spory, jak odpowiadać wyborcom na zebraniach, organizowałem poprzez różne poważne instytucje sondaże opinii publicznej i nagłaśniałem korzystne dla nas wyniki.