Выбрать главу

Znowu powodziło mi się nie najgorzej, odpocząłem od grania i zaczynałem do niego tęsknić. Ożeniłem się z Iwetą, Alka urodziła Tereskę, moją pierwszą córkę, wkrótce potem Iweta urodziła również dziewczynkę – Gabrielę.

Moja sytuacja, nazwijmy to, zawodowa skomplikowała się po przyśpieszonych wyborach. Jak wiadomo, wygrał je ktoś inny, choć bliski, a nasza partia w ogóle nie weszła do sejmu. Czekałem, aż Ciechan pokaże mi drzwi, tak jak kiedyś ja jemu, ale nie zrobił tego. Partia nadal miała forsę, nadal widywałem na korytarzu znanych biznesmenów i inne wpływowe osoby, często publicznie występujące jako przedstawiciele innych opcji politycznych. Musiałem tylko zgodzić się na niższe wynagrodzenie i zrezygnować ze swojej opiniotwórczej siatki. Mój pomysł, choć skrzętnie ukrywany, szeroko podchwycono gdzie indziej. Na węch wyczuwałem, że wiele audycji z udziałem słuchaczy emitowanych przez różne rozgłośnie jest preparowanych w identyczny sposób. Jakieś dwa lata później zjawił się u mnie dyrektor oddziału międzynarodowej korporacji fonograficznej Super Star Sound i zaproponował come back. Wielkim firmom bardziej się opłacało inwestować w znane kiedyś nazwiska niż lansować nowe, co kosztowało dwukrotnie drożej. Nie istniałem już zupełnie na rynku, moje utwory można było usłyszeć tylko w różnych radiowych kącikach staroci. Z duszą na ramieniu pojechałem zatem do Bydgoszczy. Skóra był nauczycielem w ognisku muzycznym, Bakon wydawcą pisemka erotycznego, Bródek ogrodnikiem. Kotłowy przygasł bardzo, ale wciąż utrzymywał się w branży, jeździł jako człowiek do wszystkiego z jazzową kapelą swojego brata. Nie powiem, żeby witali mnie ze szczególną radością, ale przekonałem ich warunkami kontraktu. Podpisaliśmy z SSS umowę na trzy płyty – nowy materiał, składankę i koncert unplugged. Rzuciłem robotę u Ciechana i zamknęliśmy się w naszym magicznym miejscu, czyli w piwnicy w Osowej Górze. Praca szła opornie, firma stawiała wymagania, nakazywała na przykład dorzucenie kilku standardów, między innymi Strange Little Girl Dusicieli. Wkrótce media doniosły o reaktywowaniu się Klapperstorcha, nowej płycie, trasach po kraju. Zaprzyjaźnieni dziennikarze zakasali rękawy, były wywiady, pierwsze miejsca na listach. Do hal i klubów przychodziły tłumy trzydziestolatków, trudno jednak mówić o entuzjazmie. Znowu stałem na rampie, w migających światłach i dymach, ale wiedziałem, że gram i śpiewam tylko dla poruszenia czyichś sentymentów, że w nikim już niczego nie zapalę i nikt nie spojrzy na mnie z podziwem i uwielbieniem. Nowa płyta sprzedawała się dobrze, przynosiła dochody, któryś raz w życiu ponownie miałem sporo pieniędzy. Przetrwaliśmy tak trzy lata jako stary zespół, który powrócił w aurze sukcesu. Potem zainteresowanie wyraźnie spadało, a my nie potrafiliśmy temu przeciwdziałać. Kolejny kompakt, mimo niezwykle już natrętnego lansowania, opłacanego przez wytwórnię, był po prostu kompletnym gniotem, sprzedawanym w supermarketach z wielkich koszy, do których wrzucano wszelkie muzyczne barachło. Wreszcie rozwścieczona publiczność w Jarocinie, gdzie występowaliśmy jako gwiazdy, bardzo dobitnie wykrzyczała nam chórem, co mamy ze sobą zrobić. Zeszliśmy, podaliśmy sobie ręce i każdy wsiadł do swojego samochodu. Kotłowy płakał. Pewnie był pijany albo znowu wyczyniał jakieś jajca.

Skończyła się pierwsza połowa mojego życia, zaczęła druga, dłuższa, spokojniejsza, ale o niej nie mam prawie nic do powiedzenia. Iweta związała się z pewnym Hiszpanem, przedstawicielem firmy winiarskiej, ja udawałem, że o niczym nie wiem, bo byłem już z Kaśką. Tym razem nie pozwoliłem zrobić z siebie durnia, przy pomocy Ciechana zaangażowałem partyjnych prawników, tak że po rozwodzie moja ostatnia żona została bez grosza i w jednej kiecce, a alimenty mogłem sobie ustalać sam. Kaśka miała dziewiętnaście lat, ja czterdzieści dwa, była raczej głupawą panienką z buzią zawsze zaklejoną gumą, powtarzającą co drugie słowo „super”, „fun”, „dokładnie” i ożywiającą się wyłącznie na widok sklepu z ubraniami. Nauczony doświadczeniem, nie chciałem brać ślubu. Kupiłem okazyjnie dom w Wiązownie i tam długo ze sobą mieszkaliśmy. Ja starzałem się coraz bardziej, a ona dojrzewała. Żyłem, z czego mogłem, byłem producentem nagrań Dasi Szczerbickiej. The Skunks, Saturatora, komponowałem muzykę do filmów gorszej klasy, czasem pisałem piosenki i sprzedawałem je różnym wykonawcom. Rzadko bo rzadko, ale nagrywaliśmy też własne płyty, jeszcze występowaliśmy z Klapperstorchem, ostatni raz na Old Rock Meeting Festival w Międzyzdrojach, gdy miałem siedemdziesiąt lat, we czwórkę, bo Kotłowy spoglądał już na nas z nieba. Kaśka spotykała się z różnymi facetami i wcale tego przede mną nie kryła. Udawałem, że niczego nie widzę, zamykałem się w pokoju, puszczałem muzykę albo sam głośno grałem, a rano rozmawiałem z nią normalnie, niby nie zauważając podpuchniętych oczu i kociej lubieżności ukrytej w każdym ruchu. Zawsze starałem się być tolerancyjny i pozbawiony przesądów, ale teraz wzbierała we mnie patologiczna zazdrość, tym boleśniejsza, im byłem starszy. Wreszcie jakiś szpanowaty gościu zakotwiczył u niej na stałe i tak siedzieliśmy – ja na górze, oni na dole, jak młode małżeństwo z samotnym tatusiem. Urodziła im się dwójka dzieci, które podrosły i wołały na mnie: „Dziadek, chodź tu!”, „Dziadek, poczytaj nam!”, „Dziadek, on mi miśka zabrał!”, Dziadek to, dziadek sio.

Wyniosłem się stamtąd. Krytycznie patrzyłem do lustra, ale czułem, że zostało mi jeszcze sporo siły i zdrowia. Założyłem sprawę o dom i choć przeciętny człowiek by jej nie wygrał, to ja przy pomocy adwokatów Ciechana wygrałem. Poszli na bruk, dom sprzedałem ambasadzie Sri Lanki.

Mieszkałem potem w różnych miastach, w Gdańsku, w Krakowie, dłużej w Sandomierzu. Potrzebowałem czyjejś bliskości, szukałem kontaktu z dziećmi. Jedne traktowały mnie jak obcą, oficjalną figurę, inne z miejsca straszyły procesami. Pojawiło się na horyzoncie jeszcze parę kobiet, ale byłem już podejrzliwy i przekonany, że myślą wyłącznie o moich kontach. Na koniec wróciłem tutaj, niestety, nie do Giżycka, bałem się, że rodzina wywęszy. Wybudowałem sobie odgrodzoną od świata oazę na Warmińskiej, w której dopadło mnie to, co kiedyś uważałem za przypadłość nieudaczników, ludzi bez głębokiej duszy i bogatego wnętrza – choroba samotności.

Wiecie co? Cały czas zastanawiałem się, czemu w ogóle opowiadam wam o tym wszystkim, tak długo, ze szczegółami. I teraz wiem. Po to, żeby pokazać, jak wygląda życie bez puenty. I jeszcze jedno wiem – że z własnej woli przyszedłem tu, na Oddział O-L, żeby tę puentę dopisać.