Выбрать главу

W latach siedemdziesiątych zarośla wykarczowano, nagrobki wywieziono i sprzedano kamieniarzom, kaplica poszła do rozbiórki. Z boku, przy ulicy powstało kilka bloków, dalej park, gdzie między starymi drzewami bawiły się dzieciaki, a dorośli mieszkańcy wyprowadzali pieski na spacer.

Po szkole przesiadywałem zwykle u kolegów mieszkających obok, Jędrka, Staśka, Karola. Ich babki, ciotki, sąsiadki żyły przeszłością zupełnie inną od tego świata, który mnie otaczał. Powtarzały w kółko obce nazwy: Wilno, Kuczkoryszki, Porubanek, Nowa Wilejka, dla nas zupełnie bez znaczenia. Wyciągały sfatygowane pocztówki, zdjęcia dawno nieżyjących ludzi, obcych domów, placów, budowli, potrafiły godzinami mówić o najbłahszych rozgrywających się tam sprawach, o pieleniu ogródka i szyciu płaszczy, o kinach, obiadach, gazetach i suszeniu grzybów. Miały własne

określenia czasu: „za Polski”, „przy Niemcach”, „przy Ruskich”. Nikt natomiast nie znał ani jednego mieszkańca naszego miasta sprzed lat zaledwie dwudziestu, nikt, choćby najstarszy, nie umiał nam powiedzieć, jak wyglądało kiedyś nasze podwórko, kim byli ci, którzy jedli, spali, kłócili się i kochali w naszych pokojach, patrzyli przez nasze okna i mieli w oczach ten sam widok, pociągali za tę samą spłuczkę w klozecie. Przeszłość przemawiała do nas w obcym języku z wyłażących tu i ówdzie spod kiepskiej farby szyldów i napisów, ze znalezionego w piwnicy pudełka po ciastkach i butelek ze znakiem nieistniejącego browaru, z mebli, na których niewątpliwie zaschły odciski palców tych, którzy je kupowali. Czasem też płatała figle. Nasze klucze nie pasowały na ich nakrętki, nasze gwinty do ich rur, nasze wtyczki do ich gniazdek. Trzeba było bebeszyć mury, wymieniać całe instalacje wodociągowe, kanalizacyjne, elektryczne. A więc nawet formy, rzeczy materialne i zewnętrzne wykluczały się wzajemnie. Mówię o tym, bo niepewność, stała konieczność odgadywania, kim się naprawdę jest, mocno na mnie wpłynęła, wiąże się też, niestety, z moimi rodzicami.

Już od pierwszych klas podstawówki uświadamiałem sobie, że są dla mnie zagadką. Urodziłem się, gdy oboje mieli dobrze pod czterdziestkę. W domach wszystkich znajomych chłopaków panował rejwach i rozgardiasz, do którego tęskniłem z całego serca. Bracia, siostry, kuzyni, dorośli wpadający na chwilę albo przesiadujący całymi dniami; ktoś coś opowiadał, żartował, gonił do roboty w ogrodzie czy poniemieckim garażu, gdzie urządzano składy węgla albo trzymano świnie. My żyliśmy tylko we trójkę, bez babć, dziadków, żadnych bliskich. Nikt do nas nie przychodził, nigdzie nie wyjeżdżaliśmy. Pamiętam jedynie dwie, może trzy wizyty starego

wuja z Łęczycy, który zresztą prędko umarł, a żadne z rodziców nie pojechało na jego pogrzeb. Moje wakacje były zawsze samotne. Koledzy spędzali je na koloniach nad morzem czy w górach, a resztę u rodziny na wsi, ja jeździłem rowerem po nieżywych od upału ulicach albo siadałem rano pod dziką jabłonką na równie bezludnym tak zwanym małym boisku, kotlince między dwoma rozchodzącymi się nasypami kolejowymi, wdychałem woń smoły z podkładów i patrzyłem w dal, gdzie znikała para wyślizganych szyn.

Rodzice byli całkowicie, z pełnym przekonaniem niewierzący, choć żadne nie zapisało się do partii i nie musiało tego ateizmu nikomu okazywać. Matka nie należała do tych, którzy mają do Boga pretensje, winią Go za brak powodzenia, powodowanie ludzkich cierpień, nieudane życie. Uważała po prostu, że nie istnieje. Kiedyś powiedziała mi, że zginął na wojnie pod gruzami i nie ma go, jak każdego umarłego.

Rozmawiali zawsze poważnie, prawie że oficjalnie. Nigdy nie widziałem ich kłótni, nigdy nie słyszałem od obojga ani jednego mocniejszego słowa. Lubili przebywać tylko ze sobą, nie mieli przyjaciół ani bliższych znajomych. Wieczorem pili herbatę z porzeczkami, rozwlekle opowiadali, co zdarzyło się w pracy i o czym dziś pisze gazeta. Widzę ich też, jak skupieni siedzą przed wodnistym ekranem telewizora marki „Szmaragd”, swojej dumy, symbolu materialnego dostatku, i oglądają Kabaret Starszych Panów, odcinek o niespodziewanym końcu lata, a potem bardzo na serio dyskutują, czy taki koniec byłby w ogóle możliwy.

Wściekała mnie wtedy ich inercja, dupowatość, sztywniactwo i brak jakiejkolwiek chęci do życia.

Dopiero później domyśliłem się, że wybrali ciszę, że to był odpoczynek po przedwczesnej dorosłości, w której

mroki wcale nie zamierzali mnie wprowadzać. Zauważyłeś? Wbrew temu, co pisały książki i pokazywały różne seriale, ludzie najczęściej woleli milczeć o przeżyciach z okresu wojny. Zależy pewnie jeszcze, co kto przeżył… W każdym razie nigdy nie dowiedziałem się niczego o tym czasie w ich życiu, poza tym, że poznali się w Warszawie i że nie ma już domów, gdzie mieszkali. Ja również musiałem być częścią ich wielkiego wytchnienia. Pamiętam matkę rozradowaną moimi czwórkami w szkole, jak patrzyła na mnie wzrokiem niemającym w sobie tak naprawdę niczego matczynego, żadnej troskliwości lub chociażby lęku, lecz ciągłe upewnianie się, czy daję gwarancję spokoju, czy nie zajdzie nic niespodziewanego, co mogłoby zburzyć porządek tego monotonnego egzystowania.

Matka umarła, kiedy byłem na studiach, akurat w środku zimy stulecia, w siedemdziesiątym dziewiątym. Głupio, na zlekceważone zapalenie płuc. Pamiętam, że nocny pociąg utknął za Gryźlinami i musiałem brnąć do domu piechotą, sześć kilometrów po zawianej szosie.

Ojciec po śmierci matki zdziwaczał. Mieszkał jeszcze z nami jakiś czas po moim ślubie z Grażką. Milczał, zamykał się całymi dniami i wieczorami w składziku na podwórku, gdzie miał warsztat: imadło, wiertarkę, młotki i pilniki. Nie było słychać jednak odgłosów jakiejkolwiek pracy. Raz podejrzałem go przez dziurę w desce – spał po prostu, oparty głową o stół z narzędziami. Którejś soboty w takiej samej pozycji znalazłem go tam martwego.

Wiele lat później, bodajże już w nowym tysiącleciu, oddawałem do renowacji stary kredens z pokoju rodziców. Fornirowe okładziny odłaziły i puchły ze starości, nie domykały się lewe drzwiczki, z nóg odpadały kawałki próchna.

Szkoda mi było tego pięknego mebla, miał szyby rżnięte w roślinne wzory, wysuwany marmurowy blat do trunków, rzeźbione kiście winogron i orchidee zdobiące bufet. Jeden z robotników ładujących go na półciężarówkę schylił się nagle i podał mi szorstkie od kurzu, złożone wpół i zagięte kartki papieru:

„Pan trzyma, wyleciało gdzieś spod desek albo ze schowka. W niektórych takich antykach robili schowki”.

Między kartkami była legitymacja szkolna z pieczątką VI Państwowego Gimnazjum imienia Stanisława Staszica we Lwowie, dokładnie pamiętam. Ze zdjęcia patrzyła chłopięca twarz mojego ojca, mającego dwanaście, może czternaście lat. Pod spodem figurowało zupełnie inne nazwisko.

Studia, mimo śmierci matki, przeszedłem bez zakłóceń i życiowych burz. Mieszkałem na stancjach we Wrzeszczu i na Przymorzu, uczyłem się akurat tyle, ile było trzeba, nigdy więcej, piłem wódkę raz w semestrze, po sesji. Przez całe cztery lata nie zdarzyło misie zdawać egzaminu w „kampanii wrześniowej”, magisterkę też napisałem i obroniłem terminowo. Polityka mnie nie rajcowała, wyznawałem zasadę: Jest, jak jest. Miałem plecak i dobre buty, jeździłem na rajdy w Bieszczady i w Karkonosze, słuchałem Jesiennej zadumy Eli Adamiak, Wolnej Grupy Bukowina i Starego Dobrego Małżeństwa, jeszcze od liceum interesowałem się filmem. W kinach spędzałem każdą wolną godzinę, należałem też do różnych klubów dyskusyjnych, gdzie urządzano zamknięte pokazy. Siadałem zawsze w pierwszych rzędach, z zadartą głową, żeby być jak najbliżej, widzieć szczegółowo przedmioty z pierwszego planu i dokładnie plan dalszy, widzieć każdy fałd skóry, każdy grymas twarzy aktora. Pójście do kina nie było dla mnie tylko okazją do pogapienia się na perypetie