wymyślonych ludzi, na piękne kobiece ciała, coraz doskonalsze tricki techniczne. Było rodzajem podróży odbywanej naraz w przestrzeni i czasie. Jednym słowem, kupowałem kinowy bilet, żeby oddychać powietrzem pustyni, włóczyć się uliczkami Chinatown, wciągać zapach ulewy na Sumatrze i razem z Kolumbem odkrywać Amerykę. Dotknęło mnie przekleństwo tamtych czasów – miłość do sztuki za to, że stwarza fikcyjną rzeczywistość, w której na dwie godziny można się schować przed tak zwanym zwyczajnym życiem. Potem zauważyłem, że przecież chowają się wszyscy – słuchacze rocka, napaleni dyskotekowcy, czytacze Stachury, prozy skandynawskiej lub, zależnie od mody, iberoamerykańskiej. To właśnie los naszej młodości – uciekać z jednej fikcji w drugą fikcję. Uciekałem również na dwie kinowe godziny od siebie – do postaci, którymi nigdy nie mógłbym być, do twardych i bezwzględnych facetów, dla których nie tylko kogoś zabić, ale także samemu umrzeć bez mrugnięcia okiem nie było żadnym problemem. Bywałem więc nadludzko mocny i zdecydowany jak Gene Hackman we Francuskim łączniku albo Rozmowie, oglądanej na jakimś DKFie, odważny i zaciekły jak Chuck Norris czy Charles Bronson w Życzeniu śmierci.
Grażkę znałem od dzieciństwa, mieszkała dwie ulice dalej. Latem chodziliśmy razem nad jezioro, pływaliśmy kajakiem i opowiadaliśmy sobie filmy. W czasie studiów spotykaliśmy się, kiedy przyjeżdżałem na ferie; ja przychodziłem do niej, ona do mnie. Dlatego pytanie, czy wyszłaby za mnie za mąż, zabrzmiało jak najbardziej naturalnie. Odpowiedź była równie naturalna: wyszłaby; bez rumieńców i napuszonych słów. Nigdy przedtem nawet jej nie pocałowałem. Pobraliśmy się. Całe dalsze życie spędziliśmy w tym samym mieszkaniu po moich rodzicach, przy ulicy prowadzącej do jeziora. Grażka pracowała w przedszkolu, ja w Banku Spółdzielczym. Po przełomie politycznym bałem się, że pójdę na bruk, jednak naszą firmę przejęło poważne polskO-Lniemieckie konsorcjum z Poznania i spokojnie dosiedziałem przy swoim biurku do emerytury. Nie mieliśmy dzieci, ale byliśmy szczęśliwi. Smak życia czuliśmy szczególnie w soboty i niedziele oraz każdego dnia po szesnastej, kiedy kończyła się praca i można było wrócić do domu. Od wiosny do jesieni spędzaliśmy wieczory w ogródku, wdychając zapach koniczyny rżniętej dla królików, woń świeżo podlanych grządek, słuchając rechotu żab i dalekich odgłosów pędzących gdzieś pociągów, jednym słowem, w klimacie i nastroju, jakich doświadczyć można było tylko na peryferiach małych miasteczek. Natomiast zimą oraz przy marnej pogodzie oglądaliśmy filmy. Nie jeździliśmy za granicę, kupowaliśmy tylko najtańsze, małe samochody, ale za to masę pieniędzy wydawaliśmy na elektronikę. W dawnych czasach musiały to być telewizory i magnetowidy najlepszych firm, później najwyższej jakości monitory cyfrowe i odtwarzacze DVD, wymyślne domowe kina, wreszcie największe, najbardziej pojemne ekrany, jakie się da umieścić w zwykłym pokoju, i najdokładniejsze czytniki chipów UD. Przez prawie sześćdziesiąt lat kolekcjonowaliśmy filmy z całego świata, choć od dawna nie miało to żadnego sensu, bo przecież wszystko w każdej chwili można ściągnąć do swojego terminalu. Była to jednak nasza wspólna pasja i obsesja zarazem. Nazbierało się tego około czterech tysięcy tytułów na różnych nośnikach. Trwaliśmy tak w niezmąconym życiowym spokoju, jakby zalani po głowy ciepłą galaretką, a filmowi bohaterowie żyli za nas, wyręczali w namiętnościach i emocjach, triumfowali, żebyś
my wiedzieli, co znaczy smak zwycięstwa, stawiali wszystko na jedną kartę, żebyśmy zaznali prawdziwego ryzyka, nie skąpili nam niebezpieczeństw i fizycznego bólu, wymagali siły, zręczności, kamiennych nerwów. Pozornie siedzieliśmy nieruchomo, najwyżej mieszając łyżeczkami w szklankach albo pogryzając serowe laysy, lecz tak naprawdę walczyliśmy, chwytaliśmy morderców, uciekaliśmy przez dżunglę, kochaliśmy i popełnialiśmy zdrady. W ten sposób wytworzyło się coś w rodzaju uruchamianej za naciśnięciem guzika wirtualnej psychiki nas obojga, gdzie żądze, marzenia, kompleksy zostają rozpisane na głosy i mają twarze Bogarta, Costnera, Catherine Denevue i Toma Cruise, Demi Moore i Harrisona Forda, którzy odgrywają nie wymyślone im przez scenarzystów role, ale autentyczne sytuacje z mojego i Grażki wnętrza.
W latach dziewięćdziesiątych, gdzieś na początku rządów Pawlaka, wezwał mnie kierownik i zaczął namawiać do wzięcia udziału w konkursie na program kredytowania mniejszych i średnich podmiotów produkcji rolnej. Konkurs ogłosiło Ministerstwo Rolnictwa, natomiast Izba Bankowości wszystko organizowała, rozsyłała prospekty. Stary mówił, że sprawa jest pilna, prestiżowa, że dzwonił sam wiceprezes Koszut z Poznania, któremu bardzo zależało, żeby z naszego konsorcjum napłynęło jak najwięcej prac. Wiadomo – może być udział w późniejszym ewentualnym wdrażaniu, mogą być rządowe gwarancje. Wykręcałem się, jak umiałem, nie byłem człowiekiem nowych czasów i nie lubiłem pracować ponad niezbędne minimum. Szef jednak nie dawał za wygraną, dręczył mnie ze trzy dni, nęcił premią specjalną, stawiał też argument moich studiów, ekonomiki przemysłu, które to rzekomo czyniły mnie jedynym w oddziale pracownikiem
zdolnym do realizacji tego zadania. Westchnąłem więc ciężko, przywiozłem z banku komputer, bo nie miałem jeszcze własnego, i wieczorami zacząłem się grzebać w temacie. Przez miesiąc coś tam wymyśliłem, nazwałem to programem ruchomych transz i amortyzowanych stóp procentowych, nie będę ci zawracał głowy szczegółami. Szef obejrzał projekty wraz z symulacjami, pokręcił głową, pocmokał, następnie kazał wysłać do Warszawy. Przesyłkę wyekspediowano, ja o całej sprawie zapomniałem.
Po paru miesiącach, tuż przed Bożym Narodzeniem, przyszedł faks, że mój program zajął drugie miejsce oraz że uroczyste wręczenie listów gratulacyjnych odbędzie się któregoś tam stycznia w warszawskiej siedzibie Izby Bankowości. Szef wręcz rozkazywał: „Jechać, jechać! Telewizja pana pokaże, a dla firmy to wydarzenie niezwykłe! Pan zobaczy, góra pana ozłoci, ja niedługo odchodzę do filii w Elblągu, pan zostaje, więc…”
Całe święta miałem spieprzone, o niczym innym nie mogłem myśleć. Nie cierpiałem oddalać się od domu, każdy samotny wyjazd dalej niż do Olsztyna był dla mnie niewyobrażalną męką. Wreszcie nadszedł termin i po ciemku, wczesnym rankiem, zaciskając zęby z wściekłości wyruszyłem na dworzec. Bałem się jechać samochodem, nie znałem Warszawy, przerażał mnie szaleńczy ruch w mieście i dwustukilometrowe telepanie się maluchem – bisem po zatłoczonej szosie. Z pociągu rzuciłem długie, tęskne spojrzenie za odpływającym w tył czerwonym dachem, pod którym Grażka kończyła pewnie malować oczy przed wyjściem do pracy.
W Warszawie wylądowałem koło dziesiątej rano i musiałem przełazić cały dzień, bo uroczystość zaczynała się dopiero o dziewiętnastej. Nie mogłem przyjechać inaczej, nie było innego sensownego połączenia. Pałętałem się więc po brudnym centrum, wdychając smrody od kiosków z zapiekankami i lawirując między wszechobecnymi straganami – szczękami oraz polowymi łóżkami z rozłożoną na sprzedaż pstrokatą tandetą. Błądziłem w przejściach podziemnych, piłem kawę bez smaku w jakiejś ponurej jadłodajni, odnalazłem także siedzibę Izby Bankowości i dobrze zapamiętałem drogę, żeby trafić wieczorem. Nie lubiłem tego przygnębiającego, amorficznego miasta, zupełnie jak z filmowej scenografii Roku 1984. Byłem tam tylko kilka razy w życiu, i to z najwyższej konieczności. Coś mnie zresztą zawsze stamtąd wypychało, zniechęcało, przyprawiało o ból głowy. Może to ojciec i matka zza grobu strzegli swojej nieprzeniknionej tajemnicy?